Co nas uratuje, co nas zbawi

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Że też każdy z nas nie ma grona specjalistów do zarządzania kryzysowego, zarezerwowanych do usług wyłącznie w swoim przypadku. Złe decyzje? Niemożliwe – wszystko jest strategicznie przemyślane. Żadnych błędów. No prawie, wszyscy wiemy, że nie można mówić „nigdy” i „zawsze”. Bo człowiek nigdy nie jest nieomylny i zawsze umrze.

Sytuacja ta wydawałaby się idealna. Widzicie jakieś minusy? Osobiście staram się jak mogę i przy racjonalnej wersji tego wyjścia byłoby ono co najmniej dogodne. Spójrzmy teraz zatem na państwa z politycznego półświatka. Swój zespół doradczy mają? A i owszem. Dlaczego więc pytam, nadal tkwimy w tej pandemii? 

Na ten temat dość już zostało powiedziane, każdy wylał żale i zapewne porozmawiał ze swoim własnym życiowym gronem, jednakże rzeczywistość jest pełna podziałów i każdy myśli, że ma najlepszą strategię. Ze wszystkich, bo sytuacja każdego państwa jest stale nadzorowana. I słusznie. Tylko dlaczego nikt nie pomyślał, żeby tak wcisnąć pauzę na całym świecie?  

Wyobraźcie sobie, że tuż po oficjalnym ogłoszeniu globalnej pandemii, głowy państw zebrałyby się w jednym miejscu (online oczywiście, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu – nawet każdy uczestnik musiałby mieć maseczkę, w razie, gdyby wirus przedostawał się przez sieć internetową). Porozmawialiby.

Hej, ziomki, a gdyby tak spalić wszystko nie w zarodku, bo na to trochę za późno, ale prawie. Zróbmy dwutygodniowy lockdown, niech Ziemia odpocznie od ludzi, a wirus wyparuje.

Lockdown zrobiony, wirus pożegnany, biznesy i społeczeństwo nie aż tak zrujnowane. Ponad rok później ludzie nawet zaczęliby żartować. Z wirusa, nie z rządu. I wszyscy żyliby długo i…ech, pewnie i tak nieszczęśliwie.

Każdy zapewne ma w swojej głowie pewną idyllę. Obraz świata, który nigdy nie dojdzie do skutku, ale byłby wolny od zmartwień. A przynamniej na tyle, na ile mógłby. Jeżeli chodzi o mnie, byłoby to połączenie wszystkich państw w jedną wielką Unię Światową. Zmniejszyłyby się podziały, waluta byłaby taka sama (przepraszam wszystkich pracowników kantoru, to wyższa idea). Ktoś mógłby rzec, że właściwie pozbawiamy się wtedy wszelkich znaków kulturowych, ale dlaczego to coś złego? Przy wszechobecnym braku zrozumienia sieją one niejeden konflikt. Chociaż właściwie ludzie uwielbiają konflikty zewnętrzne, odwracają one uwagę od tych w środku, obecnych na co dzień.

Co nam zatem pomoże? – przecież lubimy zawierzać nasz los różnym zjawiskom, ewentualnie różnym ludziom. Wtedy jest trochę lżej, mniej cegiełek na plecach a i mniej siwych włosów (chociaż one w sumie są całkiem modne). Kochanowskie fatum jednak nie istnieje, bo każdy jest swoim własnym fatum. Ale ja myślę, że człowieka można zbawić. 

I może to zrobić tylko człowiek. A zrujnować może go tylko człowiek.

Reklama