Zdatne do niespożycia

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Siódma trzydzieści, pobudka. „Wyjdź, wyjdź” – krzyczy budzik w telefonie. Wyjdź i spójrz na tę brązowo-szarą siatkę blokowiska, w którym przyszło ci mieszkać. Wyjdź na te dziury w chodniku, w których wczorajszy deszcz stworzył dzisiejsze sadzawki. Wyjdź na tę klatkę schodową, na której może dziś nikt nie naszczał. A gdy już wyjdziesz to pamiętaj, żeby zmotywować się do życia. Bo przecież każdy dzień to twój dzień, jeśli tak postanowisz.

Piotr usiadł na łóżku. Szybka prasówka, czy nie stało się już coś ważnego, szybki facebook, twitter, instagram, google jak się mówi po japońsku „dzień dobry”, żeby zabłysnąć w newsroomie, sennik i na koniec youtube, by potowarzyszył we wstawaniu. Następnie kawa parzona we french pressie, czy jak to mówią polscy tłumacze – zaparzaczu tłokowym – i 15 minut w toalecie. Przestał pić rozpuszczalną po tym jak, gdy kiedyś przyznał się do tego wśród znajomych, jedna z jego co bardziej wyrafinowanych koleżanek zrobiła wielkie oczy i zapytała – naprawdę? – ze szczerym zdziwieniem kogoś, kto właśnie napotkał klasę niższą i jest zdziwiony jej obyczajami. Nigdy więcej, nikt – postanowił wówczas Piotr i od teraz parzy zawsze sypaną. Zajmuje to trochę dłużej, ale wstydu trochę mniej. Na śniadanie przygotował sobie musli, składające się z ziaren, trochę większej ilości ziaren i kandyzowanych owoców, których nikt nie znosi. Wszystko to zalał półtoraprocentowym, bezlaktozowym, zimnym mlekiem. Zjadł na szybko i poszedł się umyć. Mleko bez laktozy też zaczął pić pod wpływem wstydu. Podczas jednej z rozmów w redakcji jeden z jego kolegów wygłosił długą tyradę na temat tego jak idiotyczne jest picie mleka innego ssaka przez ssaka z gatunku człowieka i jak beznadziejnie mocno nie tolerujemy laktozy. Przynajmniej tym razem wyprzedził potencjalne zażenowanie.

Wyszedł o ósmej trzydzieści. Dzień przywitał go niezbyt entuzjastycznie, ale na tyle przecież zasługiwał. Był dilerem adrenaliny za marne pieniądze, nikt nie witał go entuzjastycznie. Lokalni alkoholicy cieszyli się na jego widok spojrzeniem pełnym nadziei i zaraz fakiem za plecami, gdy ignorował ich dwuzłotowe lub nikotynowe prośby. Zardzewiały plac zabaw i zamarznięte piaskownice pełne kocich odchodów są tylko teraz – powtarzał sobie Piotr. Tylko teraz i nigdy więcej ich nie będzie. Tylko dzisiaj muszę je ignorować. Tylko dzisiaj muszę mieć na nie czas.

W redakcji pustka, o tej godzinie byli tylko ci, którzy mieli najwięcej do zrobienia, czyli strażnik i sekretarka, która przyszła ze świeżo zaparzoną kawą w termosie. Sekretarka zarabiała dwa razy tyle co Piotr, czego ten ostatni się domyślał, choć nie chciał się do tego przyznać. Do wielu zarobków w tym budynku nie chciał się przyznawać. Do zarobków pań z działu handlowego, które sprzedawały reklamy mające być przyciągane przez magnetyzm jego tekstów. Do zarobków woźnego, który pilnował, żeby nie zgasło mu światło podczas pisania, choć zazwyczaj palił papierosy przed kamienicą i rzucał kurwami w stronę telefonu. Do zarobków stażystów, sprzątaczek, hydraulików, osób z drukarni, kioskarzy, gazeciarzy, informatyków i wszystkich innych, którzy zajmowali się obsługą jego jaśnie-kreatywnej osoby. Jego pióra i zmysłu dziennikarskiego, którym to szachował małe lokalne aferki czy co bardziej twardogłowych miejscowych polityków. O zarobkach tych osób, gdy kupował bilet miesięczny, nie myślał. Myślał o podróżach. O swoim przyszłym, słusznym zacietrzewieniu. O złotym nadruku na grzbiecie jego reportażu, który zmienił ten kraj. O własnym mieszkaniu.

Włączył komputer i przejrzał swoje notatki. Gdy przejechał na drugą stronę, na której powtórzył w każdym wierszu i w każdej kolumnie słowo „dupa”, wyciągnął telefon. Dwa nieodebrane. Jedno od sekretarki, drugie od tej, która wstała wcześniej od niego. Oba telefony oznaczały problem. Zadanie. Gdzieś trzeba wejść, skądś trzeba zejść, dokądś trzeba dojść i coś załatwić. Nie miał teraz na to siły. Kobiety w jego życiu zawsze kojarzyły mu się z zadaniem. Od dziecka, gdy słyszał głos matki, sztywniał, wiedząc, że nie będzie mógł już bawić się dalej. Będzie musiał się ubrać, zjeść coś, chociaż nie był głodny, wypić coś, chociaż nie chciało mu się pić, przejść się do sklepu, odebrać coś z poczty, a wieku późniejszym, skoczyć po setkę czy paczkę Sobieskich.

– Hej – rzucił wchodzący do newsroomu redaktor prowadzący.

– Hej – odpowiedział Piotr.

Atmosfera nagle stała się ciężka przez społeczny, poniedziałkowy obowiązek komunikacyjny, mający na celu albo pochwalenie się własnym weekendem wolnym od pracy i tym jak niesamowicie został on zagospodarowany, albo rozdeptaniem czyjegoś ego, zniszczeniem drobinki nadziei, że to dwudniowe chlanie, by zapomnieć, miało na celu coś innego niż ono samo. Miało na celu coś pięknego.

– Jak tam weekend? – spytał redaktor prowadzący, nawet nie patrząc w stronę Piotra.

–Dobrze – odpowiedział.

–Zrobiłeś to ten? O tym? – zapytał redaktor.

– Dziś będzie – odpowiedział Piotr zupełnie niezgodnie z prawdą.

– Miało być w piątek.

– W piątek mnie nie było.

– Ale miało być w piątek.

–Będzie dziś.

–Dobrze. Idziesz na szluga?

– Nie palę już.

– Ja też nie.

Rozmowa urwała się zupełnie spodziewanie. Coś takiego jak początek, rozwinięcie i koniec, jest tylko zmyłką stosowaną przez pisarzy, żeby mamić nas ułudą struktury. W życiu Piotra istniały tylko chaotyczne strzępki, które łączyły się ze sobą za pomocą leniwego odbijania, bardziej na zasadzie ruchów Browna niż kosmicznego uporządkowania.

Niewątpliwie jednak, rozmowa ta wniosła do życia Piotra coś ważnego. Wniosła lęk. Powolne budzenie się do roboty zmieniło się w minutnik odliczający czas do jego nieuchronnej porażki. Wiedział, że nie powinien był obiecywać naczelnemu złotych jajek, ale był pod kreską. Wszystkie jego ultra-ważne społecznie teksty o nowo otwartych salonach fryzjerskich, czy wywiadu z koleżanką, która robi plecaki, a zrobiła ich łącznie dwa, może i faktycznie bawiły znajomych Piotra, aczkolwiek, z niejasnych przyczyn, zupełnie nie trafiały do szerszej publiczności. Dlatego, gdy napisał do niego ten pseudo-mafiozo, Piotr był wniebowzięty. Koniec z festynami zupy, dupy i kupy, teraz zajmę się prawdziwym światem, pełnym brutalności, pościgów, wymuszeń i kradzieży, których nie przepisuje się z kroniki policyjnej, ale jest się ich bezpośrednim świadkiem. Tortury z pierwszej ręki, martwe dzieci w beczkach, wszystko, co widziały oczy tego mężczyzny, musiało być tak wspaniale okropne, że tekst miał się Piotrowi pisać sam. Wrzucałby tylko co pikantniejsze fragmenty między coraz to bardziej prowokacyjne nagłówki jak np. „Jeb… dzieci. Dlaczego? Nie wiem.” I masz panie artykuł roku. Podczas spotkania okazało się, że niekoniecznie.

Otóż, Stanisław, gdyż tak kazał się tytułować mężczyzna, który zgłosił się do Piotra, wcale nie był gangsterem w wydaniu wysokobudżetowych produkcji amerykańskich. Był raczej polską amatorską produkcją, nakręconą za pomocą telefonu zasilanego ziemniakiem, w której główną rolę gra rozjechana na drodze wiewiórka. Pan Stanisław z kolegą ukradli kiedyś sąsiadowi wiertarkę i jego pomysłem na zadośćuczynienie było uchylenie rąbka tajemnicy na temat innych potwornych kradzieży, do których został zmuszony przez okoliczności. Były to – 100 zł od teściowej, dwa zardzewiałe rowery ze złomowiska, cztery zdrapki z monopolowego oraz pół litra wódki, które to podebrał z wesela, na które nie został zaproszony. A także, co jasne, ktoś podsłuchiwał, bo słyszał dziwny klik w telefonie. Piotr odkładał więc tę sprawę aż do teraz, gdy przyparty niewidzialną siłą do niewidzialnego muru, musiał oddać dziś tekst, którego ani nie miał, ani nie mógł stworzyć.

Chyba że mógł. Zatytułowałbym go – „Łabędzie wersy” – pomyślał. – Wrzuciłbym go do publikacji na rano. I tyle. I koniec z tym wszystkim. Koniec z porankami, koniec z wieczorami, jedyne, co zostaje do napisania, to własne epitafium i potem, fruu, do nieboskłonu, czy gdziekolwiek, ostatni strzał, jedyny możliwy, a reszta to istnienie w nieświadomym, ale spełnionym płynie ustrojowym wszechświata, jak wieczny płód, nigdy nienarodzony, kąpiący się po wsze czasy w matczynych sokach, tam, gdzie było mi najlepiej.

Zaczął więc pisać. Napisał o swoim dzieciństwie, matce, babce, o tym jak molestowała go ciotka i jak klepnął kiedyś w dupę nauczycielkę od polskiego. Przeszedł stamtąd do koniecznej reformy edukacji. Od tego natomiast do obecnej sytuacji w naszym kraju, od sytuacji w kraju do sytuacji na świecie, napisał coś o Strefie Gazy, choć nie miał pojęcia gdzie ona jest, przeanalizował kwestie zmiany klimatu i stwierdził, że w sumie jest ok, a kilka foliowych torebek to za mało, żeby zniszczyć glob. Pisał o swojej byłej, obecnej, przyszłej i tym, jak powinny te związki wyglądać. Opisał swoje życie erotyczne, skomentował obyczaje homoseksualistów, transseksualistów i wszystkie inne sprawy, których nie rozumiał, ale miał na ich temat wyrobioną opinię. Gdy skończył, wrzucił tekst do systemu, ustawił publikację na rano, następnego dnia i wrócił do domu. Wybrał pionowe podcięcie żył, by nie zostawić żadnych wątpliwości.

W redakcji natomiast zdarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Dziewczyna z działu handlowego, flirtując z redaktorem, oparła się o stolik, na którym stała kawa, i niechcący stuknęła termos łokciem. Resztki płynu spłynęły po kablu do gniazdka, które już dawno miało został uszczelnione, woźny jednak nie przykładał się specjalnie do swojej pracy, gdyż zbyt zajęty był obstawianiem meczy na telefonie. Podpięte do prądu komputery doznały spięcia. Podobnie zresztą znajdujący się w piwnicach redakcji serwer, na którym informatyk z lenistwa zostawił wszystkie kopie zapasowe. Gazeta nie ukazała się tego dnia, a naczelny napisał na ten temat długą notatkę, dodając w tym żartobliwe uwagi na temat sytuacji w kraju. Wpis spodobał się na tyle, że naczelny szybko wpadł na pomysł, żeby robić to częściej. Ostatecznie wydał książkę z kolekcją esejów nominowanych do nagrody Nike. W dedykacji napisał: dla Piotra, który otworzył dla mnie świat. Mając na myśli swojego nowo narodzonego syna.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama