Jakub Gierszał: Co mi tak każe iść do przodu?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kiedy rok po otrzymaniu dyplomu krakowskiej szkoły teatralnej zagrał główną rolę w „Sali samobójców”, wylądował na ustach wszystkich. Dekadę później Jakub Gierszał wciąż świetnie radzi sobie na aktorskim szlaku. Nigdy nie przestał być ciekawy nowych wyzwań. Z czasem do ról w polskich produkcjach („Yuma”, „Nieulotne”, „Córki dancingu”, „Zgoda”, „Pokot” i hitowy „Najlepszy”) zaczął dokładać występy za granicą („Drakula: historia nieznana”, „Morris from America”). Choć urodził się w Krakowie, całe dzieciństwo spędził w Niemczech i ze swojej dwujęzyczności robi użytek, coraz więcej grając też po niemiecku – ostatnio w „Pomiędzy słowami” Urszuli Antoniak. Niedawno zadebiutował też w serialu. W „Chyłce”, pokazywanej na Player.pl, partneruje charyzmatycznej Magdalenie Cieleckiej. Na premierę czeka też, opóźniona przez pandemię komedia o PRLowskim półświatku „Najmro”. W rozmowie z Anywhere Gierszał opowiada Annie Tatarskiej  o zawodowych doświadczeniach i planach, ale też życiu pomiędzy kulturami, pracy z emocjami i przemyśleniach na temat współczesnego świata.

 

Jako aktor pracujesz od ponad dwunastu lat, a jednak serial „Chyłka” – teraz już w czwartej odsłonie pt. „Inwigilacja” – to twój debiut w tym formacie. Co takiego było w tym projekcie, co pozwoliło ci zaufać, spróbować?

Wydaje mi się, że czasami w życiu przychodzi taki moment dziwnie przejściowy, że świat się zmienia. Pomijając pandemię, która panuje, a może też ją w to włączając… Miałem to poczucie od jakiegoś czasu, więc pomyślałem sobie, że trzeba wprowadzić jakąś zmianę. Seriale nie są tym samym, czym były, jak zaczynałem przygodę z aktorstwem, wtedy synonimem serialu była raczej opera mydlana. Dzisiaj najczęściej opowiadają historie w zamkniętej formie. Można je postrzegać jako nowe, topowe medium rozrywkowe. Można chodzić i udawać, że tego nie ma, ale stwierdziłem, że nie ma co udawać i że już czas spróbować na tym polu sił.

Od dawna aktywnie zabiegasz, żeby regularnie pracować za granicą, z sukcesami. Udaje ci się to wszystko pogodzić, zorganizować?

Staram się, na pewno produkcja serialu bardzo mi w tym pomaga. Aktorsko oczywiście można się rozwijać tutaj, w Polsce, i też to robię, ale chcę też rozszerzać swoją perspektywę – stąd Niemcy i inne kraje. W każdej kulturze, w każdym kraju ludzie trochę inaczej myślą, inna jest mentalność, podejście do tematów. Szansa, by się z tym zmierzyć daje mi dużo osobistej satysfakcji. Nie jestem zatrudniony na stałe w teatrze, a serial Chyłka dał mi rodzaj zakorzenienia, czegoś, do czego wracam. Może to ma związek z tym, że w moim życiu pojawiła potrzeba takiej „kotwiczki”? Nie wiem, teraz zgaduję, na potrzeby naszej rozmowy. W każdym razie, póki co z tej decyzji wynikają dla mnie same pozytywy.

Kiedy zaczynałeś pracować za granicą, realizowałeś głównie projekty niemieckojęzyczne, co wydaje się dość naturalne, biorąc pod uwagę, że jesteś dwujęzyczny. Jak wygląda to teraz?

Mam nadzieję na jakieś projekty, ale kilka razy taką nadzieją żyłem, a potem nic z tego nie wyniknęło, więc nie wybiegam zbyt daleko w przyszłość. Mogę mówić o konkretach: miałem zdjęcia do filmu niemieckiego na Kubie, nosi tytuł Hello my friend. Spędziliśmy na wyspie kilka tygodni, film w dużej mierze był kręcony dwiema metodami. Klasycznie – czyli kamera, plan ogólny, kontrplan, one budują linię narracyjną tej opowieści. Druga rzecz, to każdy z aktorów dostał telefon z kamerą i prowadziliśmy takie video dzienniki, nagrywaliśmy interakcje z tamtejszymi ludźmi. Niestety – film jeszcze nie miał premiery, wszystko się przesunęło przez pandemię. Nieco wcześniej grałem natomiast w filmie The Girrafe, który też w Polsce jeszcze nie wszedł do dystrybucji. Oprócz trójki aktorów zawodowych większość obsady to byli naturszczycy, ludzie żyjący na wyspie, gdzie kręciliśmy film. Dla mnie jako aktora, który próbuje w tym się odnaleźć, to był taki „slalom”, żeby być na ich tle wiarygodnym. Tego typu wyzwania bardzo cenię i mam wrażenie, że interakcje z rzeczywistością mnie najbardziej rozwijają aktorsko. Sam jestem tym zaskoczony.

 
Reklama

To też jest pewien przywilej, który mają aktorzy pracujący w różnych środowiskach. Zamiast odkrywać świat jak patrzący z zewnątrz turysta, dostajecie szansę zajrzeć od środka.

To wejście w inny świat jest niezbędne, ale zawsze coś kosztuje, bo to rodzaj przezwyciężenia czegoś. Może własnych blokad, może wyobrażenia na dany temat? Wydaje mi się, że moje doświadczenie życia w dwóch krajach pomaga mi wejść w inną kulturę z pewną dozą otwartości.

A myślisz, że przyzwyczajenie do życia między miejscami, w ruchu, było atutem, kiedy się posypał świat, cały porządek funkcjonowania, harmonogram i zasady? Byłeś bardziej gotowy?

 
Reklama

Być może? Mój punkt widzenia na sytuację pewnie wynika z tego, że nie jestem tak przywiązany do jednego, stałego rytmu. Ale lockdown wybił mnie z życia, zwłaszcza zaraz po Kubie, skąd wróciłem taki bardzo rozochocony. Miałem plan, żeby polecieć do Nowego Jorku, w którym jeszcze nigdy nie byłem, zaplanowałem to sobie na maj… No, ale to są tzw. „problemy pierwszego świata”. Osobiście nie mam powodów do narzekania. Chyłka pozwoliła mi ten czas spędzić częściowo na planie. Dzisiaj dzięki pracy jestem w stanie choć trochę podróżować. A przecież są kraje, gdzie swobodna praca jest to wciąż niemożliwa… Wtedy to był szok, dzisiaj już jesteśmy na takim etapie, że każdego z nas ta sytuacja bardziej męczy. Staram to sobie jakoś po swojemu ułożyć. Mam takie wrażenie, że najbardziej fascynujące w tym czasie jest to, że jesteśmy wszyscy w tej samej świadomości. Nie wiem czy za mojego życia to się kiedykolwiek wcześniej wydarzyło: że żyliśmy, jako ludzie tej planety, w tym samym momencie jakiegoś zdarzenia, z tą samą świadomością.

Życie w pandemii przyniosło też kryzys zdrowia psychicznego. Jako aktor czerpiesz z emocji, twoja psychiczna dyspozycja jest istotna dla tego, jak funkcjonujesz. Odnalazłeś się w tej sytuacji?

To taki stan pomiędzy totalną paniką, a takim dobrym skontaktowaniem się ze sobą. Panika dlatego, że jak nie ma do roboty nic konkretnego, to zaczynam się gubić. I ten moment pozwolił mi to jakoś oswoić. Musiałem sobie zadać pytanie: co to jest, to, co mi tak każe iść do przodu? Co w nas powoduje, że pędzimy, za czym tak podążamy, gdzie idziemy, w jaką stronę? A dobre skontaktowanie się ze sobą, bo staram się świadomie przeżywać ten czas, pozostać uważny. W tym sensie doświadczenie pandemii okazało się czymś bardzo dobrym i rozwijającym.

Dziwne połączenie chaosu i komfortu.

A może komfortu, który przestaje być komfortem?

Wszystko przestaje być komfortem jak nie masz wyboru i jest to jedyna opcja.

 
Reklama

Nagle trafiamy do świata, w którym umycie włosów to już jakieś wydarzenie dnia. Albo wyniesienie śmieci.

Do tego dochodzi jeszcze ten element zdalności, dla ciebie być może bardziej oswojony, bo pewnie robisz zdalne castingi, nagrywasz self-tape. Ale on wszedł w nasze relacje prywatne, co dla mnie było dość trudne. Nagle nie było takiego naturalnego ogniska, z którego się wyłania rozmowa. Wszystko trzeba dokładnie zaplanować, wino ze znajomymi pije się na zoomie. Dla ciebie to było dziwne?

Na pewno. Wszyscy, nie tylko aktorzy, czerpiemy z interakcji międzyludzkich. Z czegoś żywego, co się dzieje. A żywe się wydarza właśnie w zderzeniu z drugim człowiekiem. Jak zaczyna tego brakować, to trzeba tą pustkę jakoś wypełnić i naturalnym jest to, że się wchodzi w siebie. Jakiś czas temu robiliśmy takie czytanie scenariusza, też na zoomie, z różnymi aktorami Maćka Sobieszczańskiego, z którym kilka lat temu nakręciłem film Zgoda. To było bardzo dziwne doświadczenie, żeby czytać scenariusz z podziałem na role, z ośmioma aktorami, z widzami, którzy tam byli… podobno, bo jest to świat surrealistyczny, jak w jakiejś bańce.

Z jednej strony musimy utrzymywać dystans, a tym samym wycofywać się z życia społecznego. Z drugiej to życie społeczne, polityczne, zrobiło się niebezpiecznie intensywne na przestrzeni ostatnich miesięcy. Kiedyś mówiłeś, że zabierasz głos w sprawach przez swoje filmy. Czy teraz czujesz potrzebę, żeby także poza ekranem głośniej mówić o tym co jest dla ciebie istotne?

Mam ambiwalentne uczucia wobec tego, że żyjemy w czasach, gdzie każdy musi pokazać co myśli, co czuje. Wydaje mi się, że przez to te deklaracje trochę tracą na wiarygodności. Tam, gdzie można jakoś aktywnie kogoś wesprzeć, zawsze jestem do tego chętny i gotowy. Ale nie czuję kompletnie, żebym miał te kompetencje, więc dlaczego miałbym być w tym bardziej wiarygodny od kogokolwiek innego? Tylko dlatego, że jestem aktorem? Po drugie – sam przestaję trochę w to wierzyć. Dlatego mam problem z mediami społecznościowymi, które są takim największym polem do popisu.

 
Reklama

Nowym autorytetem w dzisiejszych czasach jest influencer.

Ja jestem defluencerem.

Może taka jest twoja intencja, ale nie do końca się ona spełnia. Wiesz, że masz masę fake’owych kont na Instagramie?

 
Reklama

I dlatego założyłem w końcu konto na Instagramie, żeby jakoś zablokować te fake’owe konta. Ludzie w nie wierzyli, dostawałem różne zapytania, maile z zaniepokojenia, że tam są rozpowszechniane treści, że ktoś z kimś rozmawia w moim imieniu… To są jakieś niszowe sprawy, gdybyśmy o tym teraz nie powiedzieli, to nikt by się nie dowiedział. Ale niestety mnie to osobiście dotknęło, więc musiałem założyć konto, żeby to zablokować. Żeby było chociaż wiadomo, że to jest naprawdę moje konto. Co ciekawe, musiałem udowodnić, że to jestem ja. W tym celu trzeba było wysłać zdjęcie paszportu, żeby dostać weryfikację – i ja jej nie dostałem! Nie wiem, co o tym myśleć.

Wielu aktorów buduje równoległą karierę w sieci. Niektórzy robią spektakle i performansy, inni reklamują rozmaite produkty i dokładają sobie do budżetu. Jak ty jako aspirujący „defluencer”, widzisz swoją pozycję w sieci?

Nie widzę.

W ogóle?

Na dzień dzisiejszy nie wiem, muszę się zastanowić. Każdy aktor ma w sobie tę konieczność wypowiedzenia się, więc ona tym silniej się na takim Instagramie objawia. To jest chyba takie medium, które powoduje, że ta potrzeba dzielenia się, uzewnętrzniania się, jest. Wszystko, oczywiście, za jakimś A żeby wrócić na ziemię: wydaje mi się, że ciekawym zagadnieniem jest, jak to zjawisko zmienia aktorstwo, bo wydaje mi się, że zmienia je w sposób fundamentalny. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do obecności kamery, do wypowiadania się, otwierania, tworzenia jakiegoś rodzaju persony. Staram się obserwować, jaki to ma wpływ teraz i jaki będzie miało za 20 lat. My, ludzie, którzy próbują coś wiarygodnie zagrać, zawsze funkcjonujemy w kontekście swoich czasów. Aktor jest tu i teraz. Pytanie brzmi: co to w ogóle jest wiarygodność dziś?

Życzę ci pomyślnej weryfikacji tożsamości, żeby się okazało, że to jednak ty! I dziękuję, że byłeś z nami.

To ja dziękuję.

 

 
Reklama

wywiad: Anna Tatarska

 
Reklama

fot.: Paulina Pawłowska

Reklama