„Po prostu” nie istnieje

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W pisaniu chodzi tak naprawdę o spokój. Nie taki zewnętrzny, kiedy jak tetryk przerzucamy palce nad klawiszami w nadziei, że nie umknie nam myśl. Raczej taki wewnętrzny, monologizujący sposób poruszania się po klawiaturze.

Z rzeczy najnowszych to cały czas się martwię.

Nie wiem czy mieliście kiedyś takie doświadczenie.

Budzę się co jakiś czas, bo mam wrażenie, że stanęło mi serce. I wtedy, jak szaleniec, bo inaczej się tego debilizmu nazwać nie da, sprawdzam, oddychając i żyjąc, czy mam jeszcze tętno. Czasami idzie to kilkoma partiami, bo najpierw sprawdzam, ale coś nie mogę znaleźć pulsu, więc wstaję z łóżka i idę do łazienki, zapalam światełka i patrzę, wciąż oddychając, wciąż żyjąc, czy mam jeszcze tętno. Jak już się udaje to uspokajam się na chwilę, ale to tylko krótkie takie, bo wiadomo, że to wróci za chwilę.

Podobnie zresztą mam z myciem się. Skoro lockdown, home-office i inne angielskie słowa, które się rozgościły w naszym języku jak w swoim, to i ja też sobie siedzę i właściwie zapominam dlaczego miałbym się umyć tego dnia. Ale przypominam sobie. Tylko nie mogę się zdecydować kiedy. Zgodnie z logiką bowiem, od razu się nie opłaca i nawet niespecjalnie się chce. Coś trzeba się poruszać. Więc człowiek spocony to też nie ma sensu, bo potem trzeba by myć się ponownie, więc marnowanie wody itd. Mycie się połączone jest również z myciem zębów, więc i w tym sensie nie ma potrzeby chodzenia do łazienki przed śniadaniem, bo co, umyję przed, zjem i potem będę miał znowu brudne. Tragizm.

I chyba najbardziej doskwiera mi to, że nie wychodzę z domu. Tłumaczę sobie – no bo po co? Co ja mam zrobić? Gdzie mam iść? Jeszcze jakiś czas temu moimi ścieżkami kierował POWÓD i SENS, POTRZEBA i CHĘĆ, obecnie natomiast, chodzenie samo w sobie stało się czymś zupełnie zbytecznym. Idea spaceru niszczy mi głowę i nie mogę tego sobie uzasadnić, choć wiem, że człowiek potrzebuje więcej tlenu. Którego więcej jest zresztą na dworze, bo w domu nie ma najwidoczniej, a otwarte okno daje go mniej niż jest go w ogólności na zewnętrzu. Albo inaczej. Nie rozumiem tego.

Chcę mi się płakać, ale nie mogę, bo jestem mężczyzną i społeczne stereotypy się ze mnie śmieją albo, co gorsza, gratulują mi, bo uwolniłem swój wewnętrzny krzykopłacz i to takie dzielne.

Chyba nie ma nic po prostu. Nie?

Reklama