Kalekie piękno (Frida Kahlo)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Krew, pot, łzy i ból. To było paliwo, które napędzało wyobraźnię Fridy Kahlo, kobiety, która jako jedna z nielicznych, może konkurować z mężczyznami o palmę pierwszeństwa w dziedzinie malarstwa. W przeciwieństwie do koleżanek malarek, nie tworzyła ckliwych pejzaży, różowych kwiatków czy pustych portretów na zamówienie bogatych burżujek.

Nie upiększała rzeczywistości. Połowa jej dzieł to autoportrety. Zapytana dlaczego maluje siebie, odparła: bo tak często jestem sama, no i jestem najlepiej znanym sobie przedmiotem.

Wszystko zaczęło się od katastrofy autobusowej, w której bardzo poważnie ucierpiał jej kręgosłup i kobiecość. Między innymi, metalowy pręt przebił jej pochwę co praktycznie uniemożliwiło macierzyństwo. Gdyby nie ten wypadek, Frida prawdopodobnie zostałaby lekarką, bo była jedną z 35 studentek przyjętych do grona renomowanej szkoły medycznej przygotowującej do studiów. Po tym wypadku jej ciało było do końca życia zamknięte w gorsecie ortopedycznym. Drugim gorsetem była miłość do Diego Rivery, wielkiego twórcy murali, uwielbianego przez swą dzikość w świecie sztuki. Diego, kobieciarz i hulaka, zawładnął jej sercem na resztę życia. Paradoksalnie, bez bolesnych miłosnych i fizycznych doznań, Frida nie namalowałaby tak mocnych obrazów. Każdą życiową burzę i emocjonalną udrękę symbolicznie przenosiła na płótno i na strony pamiętnika, w którym teksty uzupełniają się z ekspresyjnymi rysunkami.

Pozostawiła po sobie ponad 200 prac, z czego większość stanowią pełne osobistej ekspresji autoportrety. Malowała siebie krwawiącą, z poszarpanym ciałem, alegorycznie przedstawiając najtragiczniejsze wydarzenia swojego życia: wypadek, koszmar kolejnych operacji, poronienia. Z jej oryginalnych prac wyłania się obraz skomplikowanej artystycznej osobowości. Malarstwo Fridy wydawać się może czasami nieco prymitywne. Oprócz postaci ustawionych niekiedy w sztywnych pozach (Autoportret dedykowany Lwu Trockiemu, Frida i Diego Riverowie, Pamięć) i żywych, jaskrawych barw, typowych dla prymitywistów, mamy tu cały zestaw pozornie oklepanych symboli – łzy wyrażające smutek (Frida i poronienie) czy serce – znak miłości i miłosnego cierpienia (Pamięć, Dwie Fridy). Siła tych symboli w malarstwie Fridy tkwi w ich oczywistości, ale także w dalekiej od banalizowania dosłowności. Serce u Fridy nie jest banalnym serduszkiem w umownej, stylizowanej i często kiczowatej formie, rozumianym tylko w znaczeniu takim, jakie nadała mu europejska tradycja – jako symbol miłości. Frida maluje serce, pokazując bez upiększeń i heroizacji cały swój ból, fizyczny i duchowy, nie tylko cierpienia miłosne. Maluje prawdziwe, żywe serce, oplecione żyłami, z kapiącą lub buchającą z jego uciętych arterii krwią, gdy ból jest świeży i natrętny (Pamięć, Dwie Fridy), i podobnie naturalistyczne serce, zranione, lecz zgodnie zrośnięte z powtarzającą jego kształt malarską paletą, gdy Frida jest świadoma konieczności bólu (Autoportret z portretem doktora Farilla). Krew, żyły, kości, narządy wewnętrzne i inne fizjologiczne “części składowe” człowieka pojawiają się u Fridy często, nie po to, by epatować okropieństwem, lecz by pokazać fizyczną stronę cierpienia.

Nie da się oddzielić jej życia od twórczości. Autobiograficzne obrazy układają się w intymny pamiętnik, niejednokrotnie drastyczny i równie szokujący jak jej życie. Nie potrzeba wykształcenia z dziedziny sztuki, żeby docenić twórczość Fridy Kahlo, gdyż podstawą jej obrazów zawsze były emocje i dlatego właśnie jej dzieła wywierają tak duży wpływ na widzów, nawet tych współczesnych. Jednak cierpienie (stały towarzysz życia malarki) nie zniszczyło radości życia. Ból traktowała jak coś nierozłącznego z ludzką egzystencją, więc nie przeszkadzał jej bezgranicznie kochać życie. Czerpała z niego pełnymi garściami, wiedząc, że choroba lada dzień może zniszczyć jej ciało. Niespożyte pokłady energii i prześmiewcze poczucie humoru nigdy nie opuszczały Fridy. Kilka dni przed śmiercią na obrazie przedstawiającym rozkrojony owoc arbuza domalowała na plastrze owocu napis: “Viva la Vida!” (“Niech żyje życie!”). Był to ostatni hołd oddany światu, który opuszczała. Mówi się, że za życia nie doceniano jej malarstwa, to jednak nie jest prawda. Autoportret „Rama” (połączenie farby olejnej, metalu i szkła) będący cudownym świętem koloru, zakupił Luwr. Zakup pracy przez Luwr był wielkim wydarzeniem, ponieważ „Rama” to pierwsze w historii dzieło meksykańskiego artysty nabyte przez tę instytucje. Andre Breton chciał ją nawet włączyć do grona surrealistów, ta jednak uznała ich za leniwych i schlebiających burżuazyjnym elitom. Jako zagorzała komunistka, wolała iść własną drogą. Ukazywała siebie w stroju wieśniaczki, obrazy często niewielkie i z tanich materiałów nawiązują do meksykańskiej sztuki ludowej, wyrażanej wszelkimi dostępnymi środkami.

Kolejne autoportrety nigdy nie są do siebie podobne, a jednocześnie coraz bardziej przypominają Fridę. Są zarazem zmienne i stałe. Autoportrety rejestrują każdą niemal zmianę w jej życiu i nastrojach. Przez wiele lat malarstwo pozostawało prywatną sprawą Kahlo, narodziło się z potrzeby wyrażania siebie. Musiała minąć dekada zanim Frida zaczęła zaczęła traktować malarstwo jako źródło zarobkowania. Wyprzedzała swoją epokę, a jej wstrząsająca sztuka obrazowania była zbyt radykalna dla przeciętnego widza. Nawet jej wielbiciele z trudem znosili ból emanujący z jej prac. Kahlo miała silną charyzmatyczną osobowość, oddziaływała na wiele wpływowych osób ze świata sztuki i polityki min. na swojego sławnego męża Diega Rivere.
Pablo Picasso, który, mówiąc kolokwialnie, był oszczędny w ferowaniu komplementów, powiedział kiedyś Diego Riwierze: „Ani ty, ani ja nie umiemy tworzyć takich portretów jak Frida”.

Frida Kahlo zmarła w nocy z 12 na 13 lipca 1954 roku. Jej ostatni zapisek głosi: „Mam nadzieję, że odejście jest radosne…i mam nadzieję, że nigdy nie powrócę. Frida.” Jednak nawet jej ostatnia podróż nie była szablonowa. Kiedy umarła jej koleżanka, podczas pożegnania zaczęła krzyczeć i przysięgała, że widziała gęsią skórkę na jej czole. Diego Rivera twierdził, że gdy pocałował jej zwłoki na pożegnanie, jej włosy się zjeżyły, a gdy wsuwano ją do pieca krematoryjnego, ciało Fridy dosłownie usiadło, co zobaczyli wszyscy uczestnicy pogrzebu. Oczywiście, Frida była martwa, a dziwne zdarzenie jak z horroru to tylko skutek wysokiej temperatury. Może jednak to znak, że Frida chciałaby tu wrócić. Na Ziemię. Gdyby tylko Życie nie było tak bolesne.

Fot. Bartek Maciejewski

Reklama