Chwiejna perspektywa

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Jestem silna. Zawsze to mówiłam. Mówiłam to wszystkim. Jestem silna. Wmawiałam sobie. Hipokrytka. Nie byłam. Nigdy nie poprosiłam nikogo o pomoc. Kulturowo się nie przyjęło. Nie wypada. Po co? Jak się odwdzięczę? Mogę sama. Mówili, że się zajadę i zatyram. Mówili, że trafię do szpitala. Mówili, że się doigram. Proroctwo.

Jest rok 2018. Mam 23 lata. Studiuję od czterech. Pracę w zawodzie zaczęłam już na drugim roku licencjatu. Bezustannie się szukam, ale od czterech lat nie ma dla mnie życia bez kalendarza. Elektroniczne ustrojstwo wie o mnie wszystko. Jestem logistykiem z natury. Mogę policzyć razy, w których świergotałam przez telefon, załatwiając ważne sprawy, zamiast oddać się chwili. Nie było ich tak wiele. Jednak mam uczucia.
Kończąc jednak tę dygresję, reasumuję w jednym zdaniu: plan mojego życia to od trzech do dziesięciu miesięcy w przód. Dni, godziny, miejsca, osoby, zadania, tip-top.

Wspominałam, że ból fizyczny mi niestraszny? Ano też. Nie zliczę w dzieciństwie chwil, w których nazywałam się dalmatyńczykiem z uwagi na liczbę siniaków na nogach. Byłam spokojnym i aspołecznym dzieckiem. Ale mało skoordynowanym, więc wypadki się zdarzały. Wtedy to było normalne. – Wiesz, im jestem starszy, tym bardziej przeżywam każdą kontuzję. Wszystko dłużej się regeneruje – powiedział znajomy na jednym z spacerów. Puściłam mimo uszu. Tydzień później zaczęła się moja droga krzyżowa. Jezus upadł trzy razy, ja zaledwie dwa.

Maj. Spadam z roweru w dzień 20-lecia pierwszej gazety, dla której pracowałam. Nic to. Wstaję, jadę dalej. Szykuję się, kupuję kwiaty dla naczelnej, idę na uroczystość, słucham jak na gitarze brzęczy Tomek Żółtko, który był zachwycony moją żółtą wtedy sukienką. Chodzę z rozwaloną nogą na obcasach. Boli, ale co mi tam. Przecież jestem kobietą i zawsze wyglądam pięknie. Lubię to. Wieczorem wracam do domu. Już nie chodzę. SOR, szybka akcja. Nic to. Dalej nie chodzę. Noga nie działa. Nieruchome trzy dni. Pusta lodówka. Nieskalana duma. Coś zasugeruję, o nic nie poproszę, wszystkie oferty pomocy odrzucę. Dam radę sama. Potem będę miała pretensje. Do nich, że się nie narzucali i do siebie, że nie umiem okazać słabości.

Jestem zdrowa.

 
Reklama
 
Reklama

Nie mija kilka dni. Ciagle maj. Spadam ze schodów. Z rowerem. Na rower. Zamortyzował. No dobrze. Na nim już nie zdążę, kostkę opatrzę, pewnie zbita, skoczę kolejką. Egzamin na piątkę. Po nim czas na podróż, bo czeka mnie ślub jedynej siostry. Chrzciny jedynej, jak dotąd, siostrzenicy. Mija 48 godzin. Przymierzam ubrania. Nie mogę chodzić na obcasach. Dobrze, pójdę do lekarza, niech dotknie.
Nie dotknął. Spojrzał. Trzy zdjęcia. Gips.
Dwa dni do ślubu.

Trzy dni do wakacji w Wiedniu.

Tydzień do przeprowadzki.

Sesja egzaminacyjna w toku.

Gips.

Kontrola za siedem dni.

Kurrrwa.

Zwolnienie na trzy tygodnie.

Liczby symboliczne jak w Biblii. Trójkę lubię, choć nie wierzę. Siódemka doskonałość, pełnia. Co za ironia losu! Dwójka. Pewność. Dobre sobie. Kalendarz już mi niepotrzebny, plany na miesiąc zniweczone, a na trzy zmienione.

Nic.

Nie chodzę, nie umiem.

Trzy dni leżę i ryczę.

Kule. Trochę chodzę.

Dzwonię do wykładowców i wysyłam kartkę z tym 21-dniowym przekleństwem. Dzwonię do linii lotniczych i pytam, co z kulami.

Siedem dni wbijam sobie igły w brzuch. Takie zalecenia. Homemade scarification. Krew coraz rzadsza.

 
Reklama

Jednak jestem słaba. Przyznaję się pierwszy raz.

Ślub przesiaduję. Świadkuję. Chrzestną jestem. Nawet dziecka na ręce nie mogę wziąć. Są zajęte. Dobrze, że to uroczystość pozbawiona tańca.

Do Wiednia lecę inaczej niż zwykle. Zawożą mnie na wózku na kontrolę bagażu, żebym nie musiała stać za długo w kolejce, zawożą mnie też do bramki. Spojrzenia bezcenne. Znajomi mnie nie zauważają.

Pierwszy dzień w Wiedniu zwiedzam najwięcej. Skaczę na jednej nodze. Spowalniam koleżanki. Nieźle. Austria bardzo empatyczna. Czasem pełna politowania. Kiedy indziej obrzydzona. Pozostałe dni chodzę z nogą na ziemi. Robię dziurę w gipsie, bo się ściera mimo warstw zabezpieczeń.

Reszty historii nie opowiem. Nie powiem tak o dyskryminacji, jak i otrzymanej pomocy. Nie lubiłam niepełnosprawnych. Zawsze wydawali mi się roszczeniowi. Denerwowali mnie w sytuacjach wychodzących dalej niż rozmowa, choć wśród znajomych i rodziny mam takie osoby. Teraz wiem, że oni są po prostu sfrustrowani. Wejście gdziekolwiek, poruszanie się po nierównym terenie. Obojętność. Wyrzutek. Klątwa. Prozaiczny wypadek nauczył mnie pokory. Empatii niestety dotąd nie mam. Nie chcę już spadać.

Autor

Monika Stawińska – Skrupulatny grammar nazi, copywriter, dziennikarz, redaktor. Słowotwórca. Prawie jak Shakespeare. Hipokryta z osobowością typu ISTJ-T. Uważa się za rzemieślnika, bo rzeźbi w słowie. Zawsze pisze Timesem. Z wykształcenia jest filologiem, a prywatnie pasjonatką jazdy konnej, kultury zagranicznej, literatury pięknej oraz… gier. Właśnie dlatego dla TVP Sport pisze o sportach elektronicznych.

Przeczytaj również

Smak umami

Umami to jeden z pięciu podstawowych smaków, odczuwalnych przez człowieka

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama