Piotr Fiedler: Poeta przeklęty 2.0

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

O poszukiwaniu czułości, publikowaniu wierszy w internecie, o warszawce, która uznaje cię za artystę dopiero wtedy, kiedy ktoś znany napisze o tym na przykład w Newsweeku z PIOTREM FIEDLEREM rozmawia Grzegorz Kapla 

Muzyk, didżej, poeta, teraz także prozaik.

Autor powieści. 

Jaka jest różnica między prozaikiem a autorem powieści?

Prozaik to praca, polega na tym, że piszesz książki. Autorem powieści to może być każdy, nawet ty.

W jakim sensie każdy? 

Każdy może napisać jedną książkę. Jeśli napiszesz kolejne, stajesz się prozaikiem. 

Jaka jest różnica w pracy, którą musi wykonać poeta i tej, którą musi wykonać autor powieści? 

Pisanie wiersza jest jak bójka na ulicy, bardzo szybko wiesz kto jest górą, bo sytuacja rozwija się błyskawicznie. Pisanie powieści jest, kurwa, jak bitwa pod Grunwaldem. Trzeba to robić z rozmachem, opracować strategię, zebrać ludzi, kto w lesie, kto na słońcu, rozdzielić kostiumy, przypisać role. To dużo poważniejsze przedsięwzięcie. Ja zdecydowanie wolę bójkę na ulicy.

Dlaczego się zdecydowałeś? 

 
Reklama

Kolega mnie namówił. 

Na to, żeby napisać 700 tysięcy znaków? 

Tyle wyszło?

 
Reklama

Tak myślę.

Kiedy wydałem tomik z wierszami to odeszła mi ochota uderzania ponownie w klawiaturę. Wtedy mój kolega, Marcin Bełza, który jest miłośnikiem literatury, zaczął pisać do mnie z pytaniem co się dzieje. Powiedziałem, że pierdolę to całe pisanie, że wydałem książkę i dość. On zaczął wysyłać mi jakieś wiadomości mailowe, na które odpowiadałem, on pisze przepięknym literackim językiem. Odpisywałem po swojemu. Prowokował mnie, a ja odpowiadałem na te prowokacje. Po dwóch miesiącach wysłał mi kilka stron gotowego tekstu. Przeczytałem i napisałem mu: stary, zajebiste. Co to jest? A on: Debilu, to jest twoje, ja to tylko zredagowałem. I jakoś tak, od słowa do słowa, napisałem tę powieść. „Czułość”. 

Ale to mnóstwo roboty, żeby zbudować tekst o takiej objętości, trzeba kilku, kilkunastu miesięcy siedzenia przy klawiaturze.

Wystarczyły dwa. Jeden był z przerwami, a  drugi to miesiąc pracy bez przerwy. Pojechałem do kolegi, do Kuala Lumpur, zamknąłem się w jego apartamencie, on sobie wziął wolne, myślał, że będziemy się bawić jak zazwyczaj, ale powiedziałem mu: sorry, man. Był zaskoczony, niepotrzebnie wziął urlop. I tam, w swoim pokoiku, spałem i pisałem. 

Jesteś poetą i wybitni znawcy tego gatunku wypowiadali się o tobie z zachwytem, choć nie  wszyscy podzielają tę opinię. Ja bardzo lubię twoje puenty. Zdziwiłem się, że wziąłeś się za gatunek, który wymaga zupełnie innego podejścia do języka. Nie możesz spuentować na każdej z kilkuset stron w taki sposób, w jaki to możesz zrobić w wierszu. Okładka krzyczy, ale krzyczy raczej „nie!”, takie mam wrażenie, a potem otwierasz pierwszą stronę i od razu trafiasz na fragment, który zdaje się być celowo źle napisany. Jakby nie chciało to czytelnika wpuścić dalej. Jakbyś pozamykał mnóstwo zamków, pozatrzaskiwał, trzeba się wedrzeć do momentu, w którym ta narracja porywa. 

To jest twoja opinia. Jest mnóstwo innych opinii, ja z nimi nie dyskutuję po prostu. Ja w ogóle nie chcę o tym rozmawiać, rozmowy o literaturze to jest gadanie kogoś, kto brał udział w wojnie z kimś, kto tego zupełnie nie rozumie. Nie zrozumie tego nikt, kto tam nie był. Albo jak gadanie z ptakami o lataniu. O czym tu, kurwa, gadać? Napisałem książkę i albo taka się komuś podoba, albo nie. Ktoś ma taki punkt widzenia albo inny, mnie tak naprawdę w ogóle on nie interesuje.

 
Reklama

Czyli nie chcesz, żebym ci powiedział tę historię jak dochodzę do momentu, w którym bohater ogląda naprzeciwko Smyka ten piękny plakat? 

Opowiadaj, możesz absolutnie. 

Czytam to w metrze i zaczynam płakać, a ludzie wokół nie rozumieją co się dzieje. Tak nierówna jest ta książka, że człowieka, który naprawdę dużo czyta pozostawia czasem kompletnie bezbronnego. 

I tak chyba powinna działać książka albo film, albo wiersz. Nie może cię cały czas trzymać w jednym stanie. Świetnie jak cię sponiewiera. Raz ci zrobi loda, a raz ci wypierdoli w zęby. Ja takie książki lubię i cieszę się, że udało mi się taką napisać. 

Mówią na mieście, że jest o prawdziwych ludziach, którym pozamieniałeś tylko imiona i nazwiska. Co ty na to?

Nie jest to powieść autobiograficzna, ale jest bardzo osobista. 

 
Reklama

Kilku naszych wspólnych znajomych rozpoznało się na stronach tej powieści, z dobrej albo ze złej strony. Sprawiało ci to radość, że piszesz powieść z kluczem? Chciałeś być Tyrmandem XXI stulecia? 

Nie, w ogóle w dupie to miałem. Chciałem napisać tę książkę jak najszybciej, skończyć ją i mieć to za sobą, żeby móc powiedzieć, że powieść też napisałem. Że spróbowałem. 

Czego jeszcze spróbowałeś?

 
Reklama

Wszystkiego czego chciałem. 

Przebiegłeś maraton?

Tak, przebiegłem maraton. Nie przygotowywałem się specjalnie, może tylko na dwa tygodnie przed startem przestałem pić. Przebiegłem w jakimś mało wybitnym czasie, bo zajęło mi to 4 godziny 32 minuty.

Ale zmieściłeś się w czasie.

Tak. I dumny jestem  z tego, że ani razu nie szedłem, tylko cały czas wolno, bo wolno, ale jednak biegłem.

Czyli sport mamy za sobą.

Inaczej by się nie dało funkcjonować. Ja dotychczas prowadziłem hulaszczy tryb życia.

Przed covidem?

Covid niewiele zmienił, wręcz przeciwnie.

 
Reklama

Zamknęli bary na Zbawixie.

 
Reklama

Ja i tak 90 proc. życia towarzyskiego prowadziłem jednak w domu, a podczas pandemii łatwiej jest zaprosić koleżankę do domu, bo nie ma alternatywy. Szczególnie jak jest zimno.

Masz jakieś specjalne techniki zapraszania?

Nie rozmawiajmy o warsztacie. 

Nie mówisz dziewczynom, że najważniejsza jest dyskrecja?

Nie.

A na co patrzysz?

Na twarz.

Myślałem, że powiesz, że w oczy, że jesteś jednak bardziej poetą. I od razu wiesz?

Jak skończymy to możesz wpaść do mnie i pogadamy. Masz długie włosy.

 
Reklama

Wiem, zawsze odkąd się znamy mówisz, że jestem starą Indianką.

Ale piękną, starość nie wyklucza urody.

 
Reklama

Urody duszy.

Przede wszystkim. 

Co z muzyką? Grasz ciągle muzykę w grupie Glass Hunters? 

Ostatnim boys-bandzie na ziemi. Puszczamy z Jankiem piosenki. Ale teraz nie, bo nie można. Kluby zamknięte, ludzie się nie mogą gromadzić. Straciłem źródło zarobku, ale życie toczy się dalej, to klubowe, podziemne także, nie wyobrażam sobie, żeby w mieście, który ma takie wspaniałe tradycje działań podziemnych, nagle nie było imprez. 

Żeby covid je powstrzymał? 

Okupacja nie zatrzymała, SS-mani nie zatrzymali to i covid nie zatrzyma.

Chcesz powiedzieć, że zarobiłeś na życie dzięki książce?

Nie, jeszcze nie dostałem ani grosza z książki, za wydanie jej. Nie pisze się takich rzeczy dla pieniędzy. ale z jakiejś potrzeby wewnętrznego głosu. Powinieneś to wiedzieć jako stara Indianka. 

 
Reklama

W pisaniu książek najgorsze jest to, że musisz spędzać dużo czas sam ze sobą, nie każdy jest w stanie zaglądać w siebie.

Dla mnie najgorszy jest moment, w którym musisz po napisaniu skonfrontować się z wydawcą, chociaż mam niezłego wydawcę, ale jakby cały ten proces, kiedy ta książka trafia do niego, rozmawiacie o okładce, promocji, to jest jakiś hardcore. 

Nie podoba ci się okładka?

Nie lubię jej. W ogóle nie jest kompatybilna z treścią, miałem inny pomysł na okładkę, ale okazuje się, że to czy autorowi okładka się podoba czy nie, nikogo nie interesuje. W pewnym momencie ta książka przestaje być częścią twojego ciała, staje się produktem, który ktoś musi sprzedać, żeby zarobić na tym pieniądze i koniec końców, żebyś ty też dostał swoje. 

 
Reklama

37 groszy za egzemplarz. Czasem 70. 

Tak.

Ale jakbyś był telewizyjnym celebrytą to byś dostał nawet parę złotych od sztuki.

Są duże szanse, że nie zostanę jednak celebrytą.

Dlaczego? Napisałeś książkę, która głęboko sięga do tej tzw. warszawki. 

 
Reklama

Bo mój bohater nie jest celebrytą. Bohater Franciszek Czuły jest postacią, która żyje wokół tego stada celebryckiego, warszawkowego. I kiedy ma ochotę wejść tam głębiej to wchodzi, a kiedy nie to staje na zewnątrz i patrzy zza pudełka. Był i selekcjonerem, i produkował jakieś sesje, więc żyje i korzysta z tego świata.

Wozi dziewczyny do złych miejsc.

Woził dziewczyny do złych miejsc?

 „Czułość” zaczyna się od aborcji i kulminacyjnym momentem też jest aborcja. 

W mojej książce? 

Zapomniałeś? 

Ja naprawdę jej nie czytałem i to jest tak, że jak ktoś wrzuca jakiś fragment i tam mnie oznacza na instagramie i facebook’u, to najpierw widzę tekst i czytam, bo mnie oznaczył i nie do końca wiem o co chodzi, czytam tekst i myślę sobie: o kurwa, fajne. Nie kokietuję teraz, naprawdę tak jest, przysięgam.

Ale bohater twojej książki mówi sławnemu aktorowi, który młode dziewczyny po szkole aktorskiej bałamuci, że aborcja to jest jednak zabijanie.

 
Reklama

On używa takiej formy po prostu, żeby to ładnie brzmiało, że jest cynglem. Ja myślę że super, że walczy się teraz o dostęp do aborcji, niezależnie od tygodnia, wieku, etc. Ale myślę, że zaraz potem jak to wywalczymy, wyjdziemy na ulice i będziemy walczyli o prawo do tego, żeby móc odebrać sobie życie, jeżeli zechcemy. Żebyśmy wszyscy mieli dostęp do eutanazji. 

Mamy dostęp do samobójstwa, to nie wystarczy? 

 
Reklama

Nie ma nic złego w momencie, w którym świadomie podejmujesz decyzję, że dziękujesz, schodzisz do takiej kabiny, widziałem kiedyś na targach, że była taka kabina specjalna do eutanazji. Wchodzisz, siadasz, tam są jakieś filmy, wpuszczają jakiś dym i zasypiasz. Wspaniałe. 

Smutne.

Dlaczego smutne?

Książka, którą napisałeś też jest smutna. Wulgarna i smutna. I o rozpuście. 

Bo takie jest rozpustne życie Franciszka Czułego, bo musi sobie jakoś brak czułości gdzieś uzupełnić. Szuka jej w jakichś przedziwnych miejscach i w przedziwny sposób jej nie znajduje. 

Napiszesz kolejną?

Nie mam pojęcia, może pojawi się jakiś głód w człowieku, żeby coś opowiedzieć.

Głód jak na pisanie wierszy? 

To nie jest głód, to jest jak oddychanie, musisz to zrobić. Wyciągasz telefon, notatki i leci. To taki upust.

Dlaczego publikujesz w internecie? 

 
Reklama

Bo wtedy pozbawiam się takiego nieprzyjemnego czynnika, jakim jest wydawca. Jest facebook, wrzucam, od razu jest feedback, ludziom albo się podoba albo nie, lajkują i zajebiście, ego jest naładowane.

 
Reklama

Czy myślisz, że papier się już definitywnie kończy?

Nie, w ogóle nie, ja nie potrafię w ogóle czytać ebooka, muszę mieć książkę, która żyje, jest poplamiona, pognieciona, muszę ją mieć w łapach. Papier w ogóle się nie kończy. Poza tym, też chyba wydanie i wierszy, i książki, jak to się dzieje na papierze to chyba się już tak uprawomocnia, że jesteś tą osobą piszącą. Tak to patrzą na ciebie i mówią: A, kurwa, pisze na facebook’u. Nikt cię nie bierze poważnie w materii tego pisania, chociaż sam siebie bierzesz oczywiście poważnie, ale jest to sytuacja w której musisz udowodnić coś ludziom. To chyba spowodowało, że przestałem publikować po książeczce z wierszykami na facebook’u i pisać w ogóle, bo miałem bardzo dobre recenzje tego tomiku, Piotrek Bratkowski nazwał mnie w Newsweeku poetą przeklętym 2.0 i zobaczyłem tytuł, bardzo pochlebny artykuł. Jak to zobaczyłem i jakby mi ktoś powiedział, w rozmowie luźnej, przed tym, że jestem poetą przeklętym 2.0 to bym pokokietował, powiedział przestań, ale byłoby miło, a jak zobaczyłem to na papierze to pomyślałem sobie: Ja pierdolę, co za, kurwa, żenada. 

Nie…

Żenujące było też to, że ludzie, jak pojawił się ten artykuł, zaczęli dzwonić do mnie i mówić: Stary, gratuluję, zajebiście, teraz jesteś poetą, super. Pomyślałem sobie: ja pierdolę, to ja tutaj flaki wypruwam…

Czyli w naszym świecie jesteś poetą w momencie kiedy napisze o tym Newsweek.

Tak. I właśnie dlatego powiedziałem: pierdolcie się, to ja tu flaki wypruwam, paznokcie ścieram do kości, już nie mówię o organach wewnętrznych rujnowanych przez alkohol i narkotyki.

I zewnętrznych, bo jednak to są wiersze dosadnie dotykające cielesnej natury człowieka.

Też.

 
Reklama

W metaforycznym sensie oczywiście. 

Oczywiście. I wtedy jak to przyszło to pomyślałem sobie: A co wy kurwa to potrzebujecie człowieka i papieru i jakiejś nazwy, żeby ktoś przyszedł i powiedział to jest ten gość, który potrafi pisać wiersze. On to robi, nasz poeta przeklęty 2.0. Jezu, chyba się wyrzygam krwią. I przestałem to robić, ale chyba byłem wtedy malutki, bo to było z 6 czy 7 lat temu i myślałem sobie, że świat wygląda trochę inaczej, ale nie wygląda. Chociaż cały czas sobie myślę, że wygląda inaczej i cały czas się przekonuje, że nie wygląda.

A kiedy myślisz o sobie to jak sam siebie widzisz?

Teraz? Jestem po wydaniu Czułości w momencie jakiegoś przepoczwarzenia się, jeszcze nie wiem w którą stronę, więc na razie, na wszelki wypadek, nie wyszedłem z kokonu, nie rozwinąłem skrzydełek. Jestem oblepiony. 

 
Reklama

 

fot.: Michał Buddabar

Reklama

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy