Pseudożycie

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie wiem, jak to się stało, że dopiero w entym felietonie obwieszczam, że jestem na diecie roślinnej. Nie do pomyślenia, przecież ta informacja determinuje jakim człowiekiem jestem. Wrażliwym, ale tylko na dobro zwierząt. Nietolerującym mięsożerców i stawiającym się w roli Mesjasza, który miałby uratować ludzkość i całą planetę przed zagładą zła.

I krzyczę też przecież „masz krew na rękach!”

I krzyczę przecież „jesz zwłoki!”

I krzyczę „jesteś taboretem nieczułym na zło!”

Bo krew krwi i ciało ciele równe.

Ze swoim umysłem walczyłam, aby nie ulec stereotypom i walczę stale. I całkiem mi to wychodzi. Problem napotykam czasem w rozmowie z drugim człowiekiem, który nie wszystko mówi w pełni świadomie (mnie się naturalnie również zdarza). Podobnież, zanim słowo, jawiła się myśl. Może i tak, jednak czasami mechanizm, który łączy te dwie determinanty ze świadomością lekko szwankuje. I zanim przemyślimy, wymawiamy. Jednak nie jest to walka z wiatrakami, a plastyczna umiejętność – do wypracowania. U każdego, bowiem choć każdy chciałby być jedyny w swoim rodzaju, jesteśmy kwiatkami, jakich wiele. A właściwie ślimakami, czekającymi na krople deszczu. Szkoda tylko, że ten deszcz trzeba teraz wcześniej zapowiedzieć.

Pomimo świadomości o swojej małostkowości, czasami zastanawiam się, dlaczego wiem, że jestem tak podobna i jednocześnie czuję się odmienna (może to przysposobienie każdej jednostki)? Nie jem mięsa, ale na widok pieska, nie krzyczę w niebogłosy „ojejku, ale uroczy słooodziak, no choć tu do mnie, kochanie!”. Jak myślę „piesek”, to od razu czuję zniechęcenie. Jak to tak mieć w domu kreaturę, która tak bardzo pragnie bliskości, że jest właściwie cały czas tuż obok? Jak to tak wracać wycieńczonym do domu i za każdym razem po otwarciu drzwi czuć kulkę napierającą na Twoje nogi, przeszczęśliwą i pragnącą miłości, na którą Ty de facto obecnie nie masz sił? Jak widzę owada, to podskakuję przerażona (z ludźmi jest bardzo podobnie). Choć za każdym razem, kiedy chcę jakiegoś latającego lub biegającego delikwenta zabić, zastanawiam się – jakim prawem? Jak zobaczę osobę, która je mięso, nawet nie przejdzie mi przez myśl, żeby ją nawrócić. Sama nie dzierżę, jak babcia pyta, czy oby na pewno nie chcę mięska, bo przecież ono takie smaczne „Spróbuj, pewnie już nie pamiętasz”. A i owszem, nie pamiętam, taki był zamysł.

Nie ruszają mnie też małe kotki. Jedynie takie dorosłe, z wyrobionym charakterem (ale to już tylko szacunek) i zastanawiam się, czy cokolwiek jest w stanie mnie ruszyć? Filmy? Już nawet łezki nie uronię. Idealnie poukładane kolorami ubrania? Oko lekko ukontentowane i tyle. I wtedy, dzieje się. Ta jedna jedyna rzecz, która zmienia wszystko. Widzisz przed sobą coś, co sprawia, że miękniesz w środku odrobinę i uśmiechasz się ciepło. To on. Jest tutaj, w przepięknej pozie:

Otwieracz do wina, pozostawiony w pozie baletnicy. Czy mógłby istnieć bardziej doskonały zbieg okoliczności? Może pieski byłyby już lepsze. Ale nieważne. Właśnie przekonałam się, że życie nie jest fatamorganą, więc gram dalej.