The White Stripes – My Sister Thanks You And I Thank You, czyli krótka historia amerykańskiego duetu przy okazji premiery nowej płyty ze starymi piosenkami.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wydanie pierwszego w karierze albumu z największymi hitami 10 lat po rozwiązaniu zespołu wpisuje się w nurt swego rodzaju dziwactw, towarzyszących The White Stripes od samego początku swojej egzystencji. Pierwszym był już sam skład zespołu. Dwuosobowy, co w latach 90. było rzadko spotykane. Ze śpiewającym i grającym na gitarze tapicerem, mającym za sobą krótką karierę perkusisty. I jego ówczesną żoną, barmanką z lokalnej knajpy z Detroit, która została perkusistką, choć w zasadzie na początku kariery duetu, nie umiała grać na bębnach.

To jej nazwisko znalazło się w nazwie kapeli, bowiem Jack przyjął nazwisko Meg, biorąc z nią ślub rok wcześniej. Mimo to przez sporą część kariery duet przedstawiał się, jako rodzeństwo. Sprzyjał temu brak małżeńskich relacji, gdyż państwo White rozwiedli się w roku 2000, mając na koncie jedynie debiut, który był wówczas co najwyżej lokalną ciekawostką. Jack sądził, że zespół tym samym przestanie istnieć, ale Meg namówiła go na dalszą działalność. Jak widać, muzyka łagodzi obyczaje i była para kontynuowała swoją karierę, ku chwale rock’n’rolla. Wydany chwilę po rozwodzie album De Stijl zdobył sobie pewną popularność, windując duet na wyższy poziom rozpoznawalności, ale to kolejna, trzecia płyta White Blood Cells była tą, która z lokalnej atrakcji zrobiła zespół światowy.

Na pewno karierze kapeli pomógł rosnący wówczas w siłę nurt New Rock Revolution. Napędzany podobnie myślącymi zespołami, w swojej twórczości odwołującymi się do garażowych korzeni muzyki rockowej, stawał się coraz popularniejszy na świecie. Niektórzy widzieli w nim wówczas nową eksplozję rocka, podobną tej, która opanowała świat 10 lat wcześniej, jednak po latach widać, że NRR w świadomości ogółu pozostawił po sobie zaledwie garstkę kapel (w tym TWS, The Strokes, Franz Ferdinand, The Hives czy Interpol), których dzisiejsza popularność nijak się ma do sławy największych zespołów ery grunge.

To wtedy widziałem Jacka i Meg White pierwszy raz na żywo. Było to na Roskilde Festival, imprezie na którą jeździłem w latach 1999-2008, oglądając największe ówczesne gwiazdy muzyki rockowej i nie tylko. W roku 2002 TWS grali na drugiej co do wielkości scenie, pod ogromnym namiotem, w ciągu dnia. Zebrali solidny tłum, na tyle solidny, że wejście do zadaszonego sektora było niemożliwością, postałem więc na zewnątrz i posłuchałem koncertu zespołu. Nie powiem, żeby powalił mnie na ziemię. Był trochę koślawy, surowy, momentami zahaczający o bardziej o performance, niż koncert jako taki. Niemniej był ciekawy, bo inny. I szczery. Pozostawił ślad w mojej pamięci, a przecież setki innych występów zlały się w jeden, długi festiwalowy film.

Rok później na rynek trafił album Elephant, który z duetu zrobił mega gwiazdę. To na tej płycie znalazł się słynny Seven Nation Army, z riffem śpiewanym na stadionach przez ludzi, którzy pewnie w życiu nie słyszeli o ex-tapicerze pół-Polaku i jego byłej żonie. Płyta była bardziej dopracowana, lepiej brzmiała, choć cały czas osadzona była w blues-rockowych korzeniach. Za to następny krążek „Get Behind Me Satan” pokazał, że zespół potrafi dobrze odnaleźć się w nieco innych klimatach, a Jack jest nie tylko świetnym gitarzystą, ale i pianistą. Na płycie pojawia się też marimba, sporo jest brzmień akustycznych, co bynajmniej nie oznacza, że zespół nagrał album spokojny.

Nie wiem, w którym momencie w karierze zespołu pojawiła się pierwsza rysa, ale faktem jest, że w roku 2005 Jack White zrobił krok w bok, formując razem z Brendanem Bensonem grupę The Raconteurs. Może chciał spróbować czegoś innego, na przykład grania z całym zespołem. A może miał dość noszenia ubrań jedynie w trzech kolorach: czarnym, białym i czerwonym, bo wizualna strona duetu opierała się na tym kolorystycznym trio. The Raconteurs wydali bardzo dobry debiut Broken Boy Soldiers w 2006, a rok później światło dzienne ujrzał ostatni studyjny album TWS Icky Thump. Duet wrócił na nim do swoich korzeni, zagrał trasę koncertową po Kanadzie i USA, po czym zawiesił swoja działalność. Jack zajął się kolejną kapelą, The Dead Weather, w której przede wszystkim grał na perkusji, temat TWS powracał, ponoć szykowana była kolejna płyta, niemniej w końcu, w roku 2011 grupa wydała oświadczenie, w którym pożegnała się ze sceną.

10 lat później na rynek trafiła pierwsza w karierze zespołu kompilacja My Sister Thanks YOu And I Thank You The White Stripes Greatest Hits . Znalazło się na niej 28 piosenek, bardzo różnych, dobrze pokazujących fenomen tego specyficznego duetu. Są tu surowe nagrania z początków kariery, są dopracowane hity z późniejszych krążków. Obok albumowych piosenek są też dwie, które znalazły się jedynie na singlach, w tym kower z repertuaru Dolly Parton „Jolene”. Słucha się tego wydawnictwa bardzo dobrze, choć trzeba się nastawić na ogrom materiału, pojemność płyty CD została wykorzystana niemal do maksimum, a w wersji winylowej mamy dwa krążki.

Czy ten album to jakiś znak? Trudno powiedzieć. Być może to badanie terenu pod ewentualną reaktywację. A może po prostu zwykłe wydawnictwo, jakich wiele. Kariera Jacka kwitnie, zarówno solo, jak i ze swoimi zespołami, niemniej to on jest bardziej zainteresowany ewentualnym come backiem The White Stripes. Ponoć zdarzało mu się namawiać do niego byłą żonę. I ponoć Meg nie była zainteresowana, ale… kto wie, co przyniesie popandemiczna przyszłość. Przebieg niejednej kariery udowadnia, że w show biznesie niczego nie można być pewnym.

Reklama

Reklama