Daria Zawiałow: Włóczykij i chłopaczara

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Ultimate Video Player with preset id 8 does not exist!

Podczas pracy nad nowym albumem odkryłam w sobie więcej męskich cech – mówi. Jej zespół tworzą wyłącznie mężczyźni, z którymi założyła się nawet o to, że nauczy się grać na gitarze. Nadal pozostaje jednak jedną z najbardziej charyzmatycznych artystek młodego pokolenia. Druga płyta Darii Zawiałow to podróż do Helsinek inspirowana fińską baśniowością. Trudno się dziwić, w końcu Włóczykij pochodzi właśnie stamtąd.  

To nasza trzecia rozmowa dla Anywhere.pl. Pierwszy wywiad był o debiutantce, ale jeszcze przed płytą, drugi raz spotkałyśmy się tuż po premierze pierwszego albumu i teraz – przed wydaniem „Helsinek”, czyli płyty numer dwa. Jak widzisz te ważne etapy z dzisiejszej perspektywy?

Te wydarzenia były i w dalszym ciągu są ogromnym zaskoczeniem. Za chwilę światło dzienne ujrzy już drugi album, a wciąż to do mnie nie dotarło, choć to musi się stać, bo wypadałoby, żeby trzeci album też kiedyś powstał (śmiech). Faktycznie nie mam chyba jeszcze do tego dystansu, żeby móc odpowiedzieć na to pytanie na chłodno, w dalszym ciągu jestem na adrenalinie wszystkiego, co się dzieje i cały czas działam na wysokich obrotach.

Czy można złapać dystans do swojej muzyki?

Pewne nie do końca, choć może kiedyś, jak dożyję sześćdziesiątki, usiądę i pomyślę o tym, co stworzyłam – zobaczymy ile tego będzie. (uśmiech)Może wtedy spojrzę na to chłodnym okiem, surowym, a może bardziej pobłażliwym? Póki co jestem wobec siebie krytyczna. Obiłam się o syndrom drugiej płyty i uważam, że każdy, komu powiedzie się muzycznie w kwestii debiutu, ściemnia, jeżeli powie, że ten syndrom go nie dotyka.

A może to jest przekleństwo drugiej płyty?

Może to rzeczywiście nie syndrom, a przekleństwo…

Swoje oczekiwania wobec drugiego krążka mają i słuchacze, i dziennikarze. A jakie są twoje?

Byłoby bardzo miło, gdyby była odebrana przynajmniej tak dobrze jak „A kysz!”. Jestem na tej płycie sobą i jest to 100% Darii Zawiałow i producenta Michała Kusha. Ostatecznie jesteśmy w miarę zadowoleni.

W miarę to dobrze?

Nie potrafię mówić pochlebnie o swojej twórczości, natomiast materiał jest bardzo „nasz”. W dalszym ciągu brzmi eklektycznie, bo lubimy eklektyczne płyty, co więcej – jest jeszcze bardziej różnorodnie niż poprzednio, a wydawało mi się, że bardziej być nie może. Lubię  takie płyty, na których każdy może znaleźć coś dla siebie. Kiedy pokazuję komuś płytę, to za każdym razem słyszę inne opinie co do ulubionych kawałków. Komuś podoba się jeden, innemu drugi. To świadczy o tym, że płyta jest mocno zróżnicowana i że każdy widzi tam inny kącik dla siebie.

Nagroda Fryderyka za debiut pomaga czy przeszkadza?

Mi chyba pomogła. Traktowałam ją trochę jak nagrodę, która zwieńczyła etap płyty „A kysz!”. Wiadomo, że graliśmy jeszcze sporo koncertów z tym materiałem, ale ten etap się zamknął i mocno zaczęliśmy działać z drugą płytą.

Co dziś z tamtego etapu przeklinasz?

Powiem szczerze, że chyba nic. To było pasmo trudnych, ale i fajnych momentów, zaskakujących i spektakularnych. Staram się niczego nie żałować i wyciągać wnioski. Nawet jeśli coś mi nie szło albo przeszkadzało, coś było nie tak, to było po coś. I w muzyce, i w życiu po prostu wszystko dzieje się po coś.

A jak u ciebie z przeklinaniem na co dzień?

Staram się tego nie robić, ale przeklinam, przepraszam mamo. (śmiech)Zrzucę winę na moich kochanych, najwspanialszych kolegów z zespołu, ale może to jest trochę ich wina, bo spędzam bardzo dużo czasu w busie z ośmioma facetami. Mam ten ogromny przywilej, że traktują mnie jak swojego kumpla, więc nie mają żadnych hamulców. Oczywiście – bardzo mnie szanują, nie każą nosić sprzętu, (chociaż teraz będę grała na gitarze, więc zamierzam sama ją nosić), natomiast faktycznie traktują mnie jak kumpla. Ja zawsze byłam chłopaczarą, więc bardzo mi to odpowiada.

Jak wygląda to życie w trasie wyłącznie z facetami-kumplami?

Jeździmy busem, gramy koncerty, czasem pijemy piwko, ale muszę przyznać, że mimo wszystko jesteśmy bardzo grzeczni. Chłopaki tworzą bardzo grzeczną bandę, nie ma skandali. Zdarza się nam słyszeć od organizatorów czy personelu hotelowego, że tak grzecznego zespołu jeszcze nie widzieli. Jak ktoś chce posiedzieć po koncercie nawet do rana, to siedzi, ale nie ma demolki. Co ja wiem? Jesteśmy dopiero po pierwszej płycie. Może wszystko jeszcze przed nami? Może demolka urodzi dopiero się na „Helsinki Tour”? (śmiech)

Wspomniałam o przeklinaniu dlatego, że media od początku zakwalifikowały cię jako buntowniczą alternatywną artystkę. Postawiono cię obok Kasi Nosowskiej, Brodki, Edyty Bartosiewicz po latach, ale czy było określenie, któremu musiałaś się sprzeciwiać?

Nie. Mam totalny luz, jeśli chodzi o szufladkowanie mojej muzyki. Ja sama jej nie szufladkuję, nazywam ją po prostu moją. Dla niektórych coś jest popem, dla kogoś innego może już być alternatywą czy rockiem. To jest bardzo indywidualne podejście i nie mam z tym problemu.

Nie można cię obrazić, nazywając artystką popową?

Absolutnie nie. Mogę być nawet metalową, jazzową. (śmiech)

A jaki masz dziś stosunek do mediów, do prasy, portali?

Bardzo pozytywny. Oczywiście nie jestem wokalistką ściankową, nie pokazuję się często na ściankach, ale pojawiam się w miejscach, które mnie interesują, na przykład na pokazach mody. Nie czuję, że muszę gdzieś być, pokazać się na urodzinach jakiegoś portalu itp. Nie zmuszam się. Prowadzę Facebooka, Instagram, wiem, co to Instastory. Sama działam w Internecie, jestem obecna.

8 marca to data premiery płyty. Ponownie, jak w przypadku „A kysz!” będzie to płyta dziewczęca?

Bardzo lubię dziewczyńskie płyty, bandy i dziewczyńskie granie, zwłaszcza rock’n’rollowe, natomiast wydaje mi się, że na tej płycie wyszły ze mnie moje męskie cechy. Trochę odjechaliśmy z Michałem (Kushem – przyp. red.) przy syntezatorach, eksperymentach z elektroniką. Natomiast nie mogliśmy odejść od zamiłowania do gitarowych riffów, więc Piotrek Rubens Rubik nadal jest bardzo mocno obecny w naszej twórczości, kolektyw jest niezmienny. Ta płyta na pewno będzie bardziej elektroniczna, ale nie chcieliśmy się całkowicie nawrócić, ja nie czuję elektroniki na tyle, bym miała ją grać na co dzień.

Kolektyw Zawiałow, Kusz i Rubik to mocna ekipa, a jednak zrobiliście lekki zawrót, obejrzeliście się za siebie, bo na albumie słychać lata 80. To był efekt przypadkowy czy zamierzony?

My uwielbiamy lata 80. i 90. i już przy „A kyszu!” słuchacze zauważyli, że kłaniamy się w pas tym epokom. Podczas pracy nad „Helsinkami” wysyłaliśmy sobie całą masę inspiracji, ale zamykaliśmy się na nowości, czyli muzykę, która ukazywała się w tym czasie. Chcieliśmy żeby to było inne, żeby to było nasze i tylko nasze, nie było pod wpływem kogoś albo czegoś. Michał wysyłał mi wstępny szkic, ja nad tym siedziałam, potem gitary, nagrania, produkcja, miksy, mastering.

Właśnie, sama sięgnęłaś po gitarę. Ale tylko na potrzeby trasy czy już podczas nagrywania albumu?

Studyjnie jeszcze sobie nie ufam i chyba nie dałabym rady nagrać nawet jednego dźwięku, bo wychodzę z założenia, że tam wszystko musi się zgadzać i brzmieć jak milion dolców. A Piotrek Rubik zdecydowanie brzmi jak milion dolców. Bardzo długo dywagowałam z kolegami na temat mojego grania, wręcz nie wierzyli, że się tego nauczę. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że strasznie się cieszę, bo odnalazłam kolejną pasję. Jestem nowicjuszem i przede mną jeszcze lata pracy. Mam w zespole dużą konkurencję, ale nawet nie podejmuję walki, mam dodawać smaczki, mam być tłem. Fajne jest to, że będę miała instrument w rękach, że się rozwijam i już nie mogę się doczekać naszych koncertów.

Granie na gitarze jest bardzo dziewczyńskie. W warstwie lirycznej „Helsinki” to także lata 80., bo to rodzaj odrealnionej wędrówki, obijanie się od bandy do bandy rzeczywistości i snu.

Bo ja jestem włóczykijem.

Skąd u ciebie takie teksty?

Sama codziennie się nad tym głowię. Może przez to, że już jako 10-latka, kiedy jeździłam na konkursy i śpiewałam piosenki, to nie sięgałam po piosenki w stylu „My jesteśmy krasnoludki, tylko od razu łapałam za piosenki Osieckiej, Młynarskiego, Niemena. Bardzo mnie to interesowało, brałam udział w konkursach recytatorskich, w konkursach piosenki aktorskiej.

Sama docierałaś do tych tekstów czy miałaś przewodnika?

Kiedy miałam 10 lat, zapisałam się do koszalińskiego Studia Poezji i Piosenki. I tam była pani Ewa Turowska, która bardzo pomogła mi otworzyć się na scenę, na interpretację piosenki, dodała mi odwagi. To nie były stricte zajęcia z emisji, bardziej interpretacyjno-aktorskie. Oczywiście nie chcę porównywać się do Osieckiej, po prostu myślę, że mogło to mieć jakiś wpływ. Jeszcze niedawno nie wiedziałam, że umiem cokolwiek napisać. Druga płyta ma mniej poetyckości, a więcej spojrzenia świeżym, surowym okiem na świat. Jest bardzo dużo moich spostrzeżeń, które nabyłam w ciągu dwóch lat. To dużo narracji, historii, dużo syfu, który zaobserwowałam. Samo wyszło, samo się przelewało na papier.

Często powtarza się słowo nie. Czy poza sceną też z taką łatwością przychodzi ci mówienie: nie?

To zależy od sytuacji, ale zawsze staram się być sobą i być ze wszystkimi szczera. Mówię to, co myślę, czasem dostaję za to po łapach. Ale faktycznie mam momenty, że nie chcę kogoś zranić i ciężko odmówić, kiedy ktoś czegoś potrzebuje. Jestem wrażliwa na ludzką krzywdę, więc nie zawsze potrafię mówić nie. Na scenie mocno się buntuję i wychodzi ze mnie cały ogień, emocje, które się we mnie kłębią, kiedy jestem na co dzień Darią mężatką, robiącą zakupy, płacącą rachunki, oglądającą seriale na Netflxie, choć teraz nie mam na to czasu.

Helsinki potraktowałaś dosłownie czy metaforycznie?

Samo słowo? Dosłownie, metaforycznie, dużo się na to składa.

Dlaczego akurat to miasto?

Zawsze chciałam tam pojechać, ponieważ wymyśliłam sobie, że Helsinki to bajkowa, magiczna kraina. Azyl, do którego mogłabym uciec, zaszyć się. Helsinki są otoczone wodami, mają mnóstwo jezior, to jedno z najbardziej zielonych miast Europy. Poza tym odkrywam ciągle nowe aspekty Helsinek i utwierdzam się, że nie jest to przypadek. Włóczykij, moja ulubiona postać, do której nawiązywałam już w piosence „Kundel bury”, pochodzi z Finlandii. Tove Jansson (autorka książek o Muminkach – przy. red.) zachęciła mnie do tego, żeby poszperać w fińskiej literaturze, którą ostatecznie się zachwyciłam. Pochłaniam książki fińskich twórców, czytam fantastyczny zbiór pieśni i legend, fiński epos narodowy „Kalevala”. Tolkien, którego jestem psychofanką, inspirował się tym eposem, a język elfów, który wymyślił, bazuje na staro-fińskim. To wszystko łączy się w całość i sprowadza mnie do tych Helsinek. A poza tym to po prostu super słowo, które świetnie brzmi.

Moment pisania płyty to przystanek czy wrzucenie jeszcze wyższego biegu?

Nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie, dlatego że u każdego artysty tworzenie albumu wygląda zupełnie inaczej. Niektórzy rozkładają to na lata, robiąc zupełnie coś innego albo cały czas koncertując, nie chcą skondensowanej, szybkiej pracy, tylko chcą dać sobie więcej czasu. W moim przypadku tworzenie pierwszej płyty było dosyć spokojne, bo nikt nie wsadzał mnie w ramy czasowe, płyta była gotowa i jeszcze pół roku leżała, czekając na swoją premierę, natomiast z „Helsinkami” było już inaczej. I to był ogień.


Reklama

Zastanawiam się, kiedy ją zrobiłaś? Bo 2018 rok był dla ciebie bardzo intensywny.

Właściwie ja też się nad tym zastanawiam. (śmiech)Zaczęliśmy robić płytę z końcem 2017 roku i skończyliśmy 31 grudnia 2018 roku. Co to jest rok na stworzenie płyty? To jest nic, naprawdę nic. Robiliśmy ją w pośpiechu. Nie na tyle, żeby nie przemyśleć, nie czuć, ale nie mieliśmy swobody, że mogliśmy sobie spokojnie umawiać muzyków, że mieliśmy przywilej odkładania sobie czegoś. Już we wrześniu mieliśmy prawie skończoną płytę, ale doszły nowe numery i w grudniu chłopaki siedzieli jeszcze w studiu i nagrywali nowe piosenki. Tworzenie „Helsinek” było ogniem, ale myślę, że może był mi potrzebny taki ogień. Płynnie przeszłam z promocji pierwszego albumu w etap tworzenia drugiego i z etapu tworzenia drugiego do jego promocji.

Masz dziś swój azyl czy jesteś obywatelką świata?

Myślę, że mam. Pierwszym azylem jest mój mąż, który bardzo mocno mnie wspiera, gra ze mną w zespole, dużo razem podróżujemy i nawet kiedy wydaje mi się, że jest koniec świata, to mój mąż bardzo szybko uświadamia mi, że do końca świata jeszcze daleko. Natomiast drugim azylem jest moje mieszkanie, do którego mogę wrócić, odpocząć, złapać trochę dystansu, poczekać, aż zejdzie ze mnie adrenalina pokoncertowa, ugotować coś, odpalić telewizję i poleżeć chwilę na kanapie. Dziś bardzo doceniam takie momenty. To jest dla mnie luksus.

A czy pomyślałaś o sobie: jestem kobietą sukcesu?

Nie przywykłam i nie lubię słowa sukces. Cieszę się z tego, co się dzieje, ale twardo stoję na ziemi, bo znam i obserwuję historie, w których artyści myślą o sobie w kategorii Boga. Myślą, że to będzie trwało wiecznie, że zawsze będą na świeczniku. Życzę tego wszystkim, bo zawsze życzę wszystkim dobrze, ale z tyłu głowy mam to, że ja na tym świeczniku mogę nie być. Teraz jestem, a za chwilę mnie nie ma.

To jest ten syf, o którym wspominałaś?

Tak, między innymi. Choć ten syf rozkłada się na bardzo wiele rzeczy. Też na to, co się dzieje poza rynkiem muzycznym. Dużo zła się dzieje, ogólnie, wszędzie na świecie.

Patrzą dziś na ciebie tysiące kobiet i dziewczyn, więc może warto im powiedzieć: Tak, sukces jest na wyciągnięcie ręki i to, co zrobiłam, to jest właśnie sukces i wy też możecie go odnieść. Niekoniecznie w muzyce, ale w każdej innej dziedzinie, którą się zajmujecie.

Ja postrzegam kobietę jako siłę, która może wszystko. Żyjemy w XXI wieku i kobieta, jeśli chce, może przenosić góry. Od 15. roku życia mieszkam sama w wielkim mieście i praktycznie sama się utrzymuję. Mama pomagała mi wiązać koniec z końcem, ale musiałam też na dużo zapracować sama. Nauczyłam się, że warto mieć w sobie dużo pokory i należy ciężko pracować. Nie chcę się tym zachłysnąć, nie chcę mówić o sobie, że odniosłam sukces. Chcę cieszyć się z tego, co się dzieje, ale dalej cisnąć, pracować, robić swoje.

Ultimate Video Player with preset id 8 does not exist!

A jak nie oszaleć w tym świecie pełnym syfu, egoizmu i tego, o czym śpiewasz na płycie?

Ciężko powiedzieć i ciężko nie oszaleć, bo to faktycznie nie jest łatwe. Dużo złego się dzieje, może zawsze się działo, natomiast ja mam receptę dla siebie samej – pamiętam, kim jestem i staram się twardo stać na ziemi, mój mąż jest moim najlepszym kumplem i gdyby nie on, to może bym ześwirowała. Albo gdybym dopiero teraz przeprowadziła się do dużego miasta, zaczęła tworzyć i próbować się przebić, to może bym nie dała rady.

Może by cię to zjadło.

Tak. Kiedy byłam nastolatką, miałam w sobie dużo buntu, dziecięcej charyzmy.

To się traci z wiekiem.

Jeździłam wtedy nocnymi pociągami. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym dziś wsiąść samotnie do nocnego pociągu! Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych, z wiekiem zaczęłam mieć lęk wysokości, paniczny strach przed ciemnością, stałam się bardzo przezorna. To, że byłam taka niepokorna, ten mój bunt pomógł mi dotrzeć do tego miejsca, w którym teraz jestem. Jestem wdzięczna tamtej Darii, nastolatce, która dużo zrobiła, nie poddawała się.

 

fot.: Piotr Porębski

fot. backstage: Dominiki Woźniak

Reklama