Kilka słów o starzeniu się w młodym wieku

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Podczas nieuchronnego procesu powolnego niszczenia komórek własnych, człowiek dowiaduje się o sobie wielu rzeczy od swoich znajomych. Chcący lub niechcący.

Na ten przykład, zaraz po skończeniu, powiedzmy, 27 lat, wszyscy zaczynają Ci przypominać, że tak naprawdę masz już 28 i łohooho, to już 30, zaczynamy się sypać, mordeczko, weź może jakąś witaminkę, bo to już końcówka.

Albo, na ten przykład, postanawiają nieustannie uświadamiać Cię w tym, że już na pewno coś zaczyna Cię boleć, a zwykle urazy nie są zwykłymi urazami, ale to kwestia Twojego wieku i się, mordeczko, po prostu sypiesz. Ostatnio na ten przykład naciągnąłem sobie pachwinę, coś co dzieje mi się cyklicznie, bo nie umiem się ruszać i jestem totalnym drewnem. Nieuchronnie, otrzymałem bardzo wiele komentarzy od znajomych, że chyba powinienem poszukać jakiejś laski w lesie, żeby podeprzeć swoje kiepskiej jakości kości, przemyśleć rodzaj trumny jaki wybiorę i spisać najlepiej testament.

Miałem też ostatnio kaca po kiepskiej jakości wódce, a że staram się coraz lepiej odżywiać i piję coraz rzadziej to ból głowy następnego dnia nie był zbyt przyjemnym uczuciem. Niewątpliwie jednak, nie to było przyczyną tego stanu, ale fakt, że oto właśnie zaczyna się mój danse macabre, oto jest ciało moje, które nie ogarnia już 300 g 40% alkoholu.

I właściwie najdziwniejsze jest to, że nawet nie czułbym tego całego upływu czasu, gdyby nie fakt, że nieustannie przypomina mi się o tym, bym uważał na siebie, bo nie jestem już młodzieniaszkiem. Wydaje mi się nawet, że nie zauważyłbym tego w ogólności, gdyby nie to, że wokół mnie wszyscy bardzo chcieliby, żebym tak się poczuł. Niezależnie od pokładów energii i chęci robienia czegokolwiek, za każdym razem ktoś czuje niezłomną potrzebę, by uświadomić mi własną śmiertelność.

I najgorsze w tym wszystkim jest to życie w nawiasie. Utrata jurności spowodowana permanentnym strachem przed tym, że może mają ziomki rację. Że może to właśnie już koniec, a co jeśli ten ból to nie jest zwykłość, ale niezwykłość mocarna, rak jakiś albo, co gorsza, przeziębienie? I przez ten nawias, który uwiera, ani w lewo za mocno się nie da, ani w przód, bo człowiek tak, zarówno przez rozumienie więcej zagrożeń, jak i bycie o ich istnienie uświadamianym nieustannie, zaczyna żyć w sposób niespontaniczny i zachowawczy. A wszyscy wiemy, że to właśnie kończy się miałkością i brakiem hartu ducha.

Na razie leci mi drugi rok bez żadnego przeziębienia nawet, więc staram się myśleć pozytywnie. I też proponuję to wszystkim. Nie jest bowiem dobrze istnieć w pomiędzy. Nie jest bowiem dobrze własnego strachu przerzucać jak gnoju na drugiego człowieka, bo po prostu oboje zaczniecie śmierdzieć. Statystycznie rzecz biorąc – będzie dobrze. Musicie mi zaufać.