Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wszyscy, którzy znają mnie trochę lepiej wiedzą, że orientacja w przestrzeni nie jest moją mocną stroną. Potrafię zgubić się zawsze i prawie wszędzie. Każde większe miasto jest dla mnie zbiorem takich samych ulic i chodników, bliźniaczych przejść podziemnych, zbyt długich torowisk, podobnych do siebie głównych arterii i małych uliczek. Ktoś zadał sobie trud, żeby je nazwać, ale tak naprawdę wszystkie mogłyby się nazywać tak samo. Dla mojego umysłu to bez znaczenia.

Pamiętam swoje niegdysiejsze częste wizyty w Warszawie. Przez kilka lat nie udało mi się ogarnąć topografii Dworca Centralnego – zawsze wychodziłem nie tam, gdzie powinienem. Plątałem się wśród tych wszystkich budek z zapiekankami o smaku pieczarkowym, sklepików z uśmiechającymi się zza szyby bułami nabitymi glutenem i tanią szynką. Za to Poznań, gdzie od lat mieszkam, cenię za jego kompaktowość. Praktycznie wszystko, co się tu dzieje w kulturze, aktywnościach społecznych i w zakresie dobrego jedzenia, odbywa się w bliskiej odległości od centrum albo na moich ulubionych Jeżycach. Miasto skrojone pode mnie i moje możliwości poznawcze.

Nie tylko się notorycznie gubię, ale również jestem dyletantem w planowaniu jakichkolwiek wojaży. Podróżowanie ze mną jest jak gra w totolotka. Czasem trafisz w dziesiątkę, ale na pewno nie od razu, zaręczam. Zdarzyło mi się już kupić bilety na trzydniowy city-break tylko dlatego, że w danym mieście było metro i w dwadzieścia minut można było dostać się z lotniska do centrum. Później ku mojemu zdumieniu okazało się, że owszem – kupiłem tanie bilety, ale końcową destynacją był port lotniczy znajdujący się półtorej godziny od miasta-matki, do którego pierwotnie planowałem dolecieć…

Na liście najlepszych wynalazków ostatniego stulecia wysoko plasuje się u mnie GPS. Najpierw korzystałem z takiego wielkiego samochodowego ekranu, który albo gubił zasięg w najmniej oczekiwanym momencie, albo odczepiał się od szyby, żeby spaść z impetem tuż przed skrętem w jedną z pięciu nieznanych ulic. Później zastąpił go oczywiście GPS wbudowany w telefon. Co ja bym zrobił bez Google Maps w obcym mieście, na wakacjach, a nawet dwie dzielnice dalej? W mojej głowie nie istnieją strony świata, a drogę zapamiętuję po dwudziestym przejechaniu nią. To chyba jakaś dysfunkcja mózgu, której niestety nie da się naprawić, choć zdaje się, że nie tylko mi przyszło z nią żyć. Niektórzy mówią, że gubią się, bo lubią. Ja się gubię, bo nie umiem inaczej.

Reklama

Banacek

W 1972 roku w paśmie telewizyjnym Mysery Movie stacji NBC