Życie jak z baj(ader)ki

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Słyszeliście historię bajaderki? Podobnież jest to ciacho o niższym pochodzeniu – nie indywidualnie przygotowany wytwór, a zlepek wszystkiego, co zostało z innych ciast. Wyobraźcie sobie, że usłyszałam to jako dziecko od mamy, która była niegdyś cukierniczką. Oczami wyobraźni zobaczyłam wtedy zamiatane zewsząd odpady, które później były zlepiane w jedną wielką czekoladową kulę. I tak rozpoczął się chroniczny strach przed bajaderkami. O kupnie ulubionego przysmaku nie było już mowy. Za każdym razem, widziałam panie z cukierni jako okrutne wiedźmy stojące nad wielką miską, złowrogo szepczące „a teraz dodam ząb rozpaczy i włos nieszczęścia”.

Niecałe dwie dekady później wiedźmy zamieniły się w czarodziejki. Ciastka z resztek, które zostałyby wyrzucone? Przecież to perełka kuchni zero waste. Można by więc rzec, że płynie z tego bardzo krótki morał – empiryzm jest źródłem nauki o życiu. Człowiek z czasem uczy się, że prodiż u babci jest piekielnie gorący, koguty to przerażające kreatury, a kawa wypita o 18.00 może trzymać do 2.00.

Oczywiście edukacja jednostkowa jest co najmniej niewystarczająca. Myślimy „ochrona środowiska”, „niemarnowanie żywności”, a mimo to, boimy się przyjść do restauracji z własnym opakowaniem, do którego zwinęlibyśmy resztki jedzenia (dla tych, którzy mają odwagę przyklasnę), dlatego że tutaj dochodzi jedna istotna kwestia. Jest pewien autodestrukcyjny twór, do którego należą jednostki. Te jednostki są przyciągane magnetyczną siłą, zlepiając się w jedną wielką kulę, nazywaną społeczeństwem i to ono staje nam na drodze. Jednak w tym przypadku, okruchy są tworami bardziej wartościowymi niż czekoladowy zlepek. Dlatego na warszawskiej patelni często słyszy się krzyki „Edukacja seksualna!” (ktoś powinien stanąć obok i dodać „i ekonomia!”).

Społeczeństwo jest właśnie takim dziwnym stworzeniem, które czym starsze, tym głupsze. Stale wygłodniałe. Jeżeli nie otrzyma ofiary, to sobie ją znajdzie, a jedynym sposobem prewencyjnym jest właśnie edukacja. To edukacja zastąpiłaby patologiczną ciekawość i morze niezrozumienia.

Może wtedy nikt w autobusie nie sprzeciwiałby się, że ktoś mówi w innym niż polski języku. Albo że ktoś ma tęczową torbę czy krzywą twarz. Że zupa nieco za słona i źle zasłonięta zasłona. I nie krzyczałby w niebogłosy „mój jest ten kawałek podłogi”. Bo podłoga jest wspólna, więc tańczcie na niej razem. I „proszę się nie szczypać”.