Francja elegancja, Paryż Haj Lajf

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wycieczka do Paryża z grupą. Grupa bardzo sympatyczna, zdyscyplinowana, szybko się zgrała. Żadnych problemów, spóźnień, pretensji, awantur. Wszystko szło jak z płatka. Trzy dni intensywnego zwiedzania. Jak zawsze wkładam w pracę całe serce, a jak widzę, że turyści zainteresowani to i duszę im oddaję.

Kolejności nie pamiętam, ale w programie jak zawsze: Luwr, Katedra Notre-Dame, Dzielnica Łacińska z Sorboną i Panteonem, malownicze wzgórze Montmartre z bazyliką Sacré –Cœur, Fragonard, Bulwary, Opera, Łuk Triumfalny z Polami Elizejskimi, Plac Concorde. No i tak sobie zwiedzamy, jeździmy autokarem, metrem, spacerujemy. Pobyt w Paryżu dobiega końca, a na koniec zazwyczaj zostawiam to, czego wszyscy się już nie mogą doczekać od pierwszego dnia, symbol niemalże całej Francji – wieżę Eiffla. Tam lądujemy najczęściej popołudniu i wtedy mam w zwyczaju dawać grupie dużo czasu wolnego – do samego późnego wieczora. Przede wszystkim nigdy nie przewidzi się kolejki po bilet na wieżę. Czasami samo czekanie na wjazd do góry zabiera dobre dwie godziny. Ponadto jest jeszcze rejs, spacer na wzgórze Trocadero, z którego rozciąga się cudowny widok na wieżę i inne atrakcje. A to wszystko w okolicy. Wtedy turyści mają okazję pospacerować indywidualnie, nie biegać za przewodnikiem i nie zwiedzać „na komendę”. To jest czas, kiedy mogą poczuć klimat Paryża, wtopić się w jego atmosferę, i wypić kawę w kawiarni, zrobić zakupy i zrelaksować po minionych dniach intensywnego zwiedzania. A i ja w tym czasie mam chwilkę, żeby odetchnąć. Więc wypiłam kawę, pospacerowałam po okolicy, sprawdziłam co u kierowców, i jakoś mi czas upłynął.

Zbliżała się godzina naszej zbiórki. Jedna z turystek uprzedziła mnie, iż nie wraca z nami do Polski, tylko jedzie na dworzec autobusowy a stamtąd do Szkocji, bo tam pracuje. Chciałaby tylko odebrać bagaż. Poprosiłam więc panów kierowców, żeby podjechali w umówione miejsce pół godziny przed planowaną zbiórką, żeby dziewczyna mogła przyjść i zabrać swój bagaż. Zbiórka była o 22.00 i mogłaby nie zdążyć na swój autobus do Szkocji. Panowie trochę nosami pokręcili, bo to logistycznie nie zawsze jest takie proste (przepisy, czas pracy kierowców i takie tam), no ale stwierdzili, że te pół godziny wcześniej to jednak mogą podjechać. Autokar przyjechał i czekamy. Pięć minut, dziesięć minut, piętnaście minut…a naszej turystki nie ma. No cóż. Problem nie nasz, ale może dziewczyna zapomniała? Mam numery do moich turystów, więc dzwonię… nie odbiera. Nic już więcej zrobić nie mogę. W końcu tuż przed samą zbiórką pojawiła się nasza turystka. W nastroju iście weselnym i stanie wskazującym jakby właśnie z dobrej zabawy wracała. Tanecznym krokiem weszła do autokaru i śpiewającym głosem oznajmiła, że przybyła po walizkę. Kierowca otwiera bagażnik a laska z głupawym uśmieszkiem patrzy się na 80 walizek (tak, tyle miałam osób) i szuka swojej:

-O to ta!

Kierowca wyciąga walizkę, ale dziewczę stwierdza:

– A nie, to nie moja. – I pokazuje inną.

Kierowca chowa jedną, wyciąga drugą, po czym przyglądając się torbie z bliska, zainteresowana stwierdza, że ta też nie należy do niej. Ludzie się już zebrali, 22 wybiła a panienka siedzi z czerwonym ze złości kierowcy w bagażniku i szukają torby:

– Dobra jest ! – torba się w końcu znalazła.

 
Reklama

Czas już naglił, a że nasz pan furman miał dobre serce, złapał szybko taksówkę, wepchnął pannę do samochodu, wrzucił bagaż do bagażnika i odesłał na wskazany dworzec.

Mi w między czasie grupa się zebrała, była chwila po dziesiątej, można odjeżdżać. Oczywiście najpierw liczę moje towarzystwo. No i co? I brakuje dwóch osób. „Pewnie dobrze się bawią” – myślę sobie, bo widzę, że co niektórzy są w nastrojach nieźle oprocentowanych. „10 minut to jeszcze nie zbrodnia” – chodzi mi po głowie i próbuję dojść, kogo mi brakuje. Więc się okazuje, że nie ma koleżanki naszej bohaterki, która odjechała przed chwilą na dworzec oraz męża jednej z turystek, która czeka grzecznie w autokarze, w stanie także wskazującym na spożycie. Więc się pytam gdzie jest mąż.

 
Reklama

Ne wem, pszesiiiiiiiies szeeeeedł za mną.

– No ale nie odłączył się??

-No, nie weeeem, moooożżżzze????- pani się rozgląda i spostrzega, że męża rzeczywiście nie ma – To ja do neeego zaaaaaaaaacfonie!!!

No i pani dzwoni a rozmowa wygląda następująco:

Alllleeee kochaaaanie, ja cie nie zoostafiłammm, no jak gdzie? W autokarze!! Gdzeeee jesteś? Na miejscu zbiórki?? To gdze jest meeeesce zbiórki? Ale ja tu jestem!! Kochanie!!! No to musiiiiz tu przyjść, do aautokaru – dwa czknięcia – no tu stoimy pod wieżą.. Ty tez pod wieza??? Gdzeeee? Nie wiccce cie!!– znów dwa czknięcia, i pani zaczyna tłumaczyć ukochanemu jak dojść do autokaru. Jak ja to usłyszałam, poprosiłam panią grzecznie:

Czy mogę?- bo nie wiem, gdzie by koleś zaszedł według wskazówek żony. Chyba do Marsylii. Pani gibając się tona lewo, to na prawo, czasem w tył, oddaje mi telefon:

Witam, Ania mówi, wasza pilotka…

 
Reklama

Buuuuu Gooooosia mnie zostawiła!! Jak ona mogła? Poszła sobie i jej nie ma – ryczy do słuchawki, i zaraz do kogoś stojącego obok – no trzzzzyyymaj się mnie

W tle słyszę kobiecy płacz – gdziii oni są, niech po nas przyjdą…

Wzięłam głęboki oddech:

Wy jesteście we dwójkę, tak?

-Tak. – odetchnęłam z ulgą, bo miałam jeszcze namierzyć drugą zgubę.  A że zaginęła z mężem innej?? To już niech między sobą załatwiają:

No dobrze, to teraz mi powiedzcie, gdzie jesteście?

 
Reklama

-Buuuuuuuuuuu!!! Gosia mnie zostawiła, jak ona mogła?

– Gosia tu czeka, tylko powiedz, gdzie jesteście.

– No, tu gdzie zbiórka ma być.

– Ale zbiórka była już pół godziny temu, wszyscy są na miejscu zbiórki tylko nie wy.

 
Reklama

– No to nie wiem. Buuuuuuuuuu Gosia mnie zostawiła!!!

Coś zerwało połączenie. Kierowcy patrzą na mnie, ja na kierowców. Dzwonie jeszcze raz:

Ania z tej strony. Przyjdę po was, tylko powiedzcie mi gdzie jesteście – rozejrzałam się dookoła, ludzi to chyba z milion „taaa ciekawe jak ich teraz znajdę”.

-No tu gdzie miała być zbiórka, a gdzie Gosia??

-Gosia tu czeka, tylko musicie mi powiedzieć gdzie jesteście, żebym mogła po was przyjść.

-No pod wieżą

 „Ekstra” – myślę sobie. Wieża ma cztery nogi pod wieżą tłum olbrzymi, oni są pod wieżą.

I tak dzwoniły telefony, raz do mnie raz do Gosi. Zabroniłam Gosi iść i ich szukać, gdyż w ogóle, ale to w ogóle nie byli w stanie podać swojej lokalizacji. Poza tym było pewne, że jak Gosia pójdzie, to też przepadnie. Sama tylko rozejrzałam się po okolicy, ale nie było większego sensu, żebym wtapiała się w ten tłum. Minęła godzina, ludzie zaczęli się kręcić, niecierpliwić, wychodzić na papieroska. Jeden pan popatrzył na mnie:

 
Reklama

– Teraz to już się pani chyba wkurwiła, co?

 
Reklama

Myślę, czekam, sama z dziesięć fajek wypaliłam, jeszcze chwila i zgłoszę zaginięcie na policję, choć policja w Paryżu pomocna, że pożal się Panie Boże. „Siedzę i siedzę, myślę i myślę”… patrzę IDĄ!!!!!!!BIEGNĄ!!

– Jest!!! Jest !!!! Nasz autokar! Gosia dlaczemu mnie zostawiłaś buuuuuuuuuuu????

Nastąpiły gorące powitania Gosi z mężem, który przywlókł drugą koleżankę nie wiem, jakim cudem, bo dziewczyna tak narąbana, że na własnych nogach nie stała. Koleś przeprosił publicznie wszystkich czekających w autokarze turystów, usiadł koło żony, położył jej potulnie głowę na kolanach i odleciał w trzy sekundy. Natomiast jego kumpela od zaginięcia rwie się do mikrofonu i kawały będzie opowiadać. Wtedy sobie przypomniałam, że miałam się ubezpieczyć od odpowiedzialności cywilnej, w razie, gdybym kiedyś, straciła panowanie nad sobą. Zachowując resztki cierpliwości, posadziłam dziewczynę na miejsce, i pod groźbą wezwania policji, nakazałam zapiąć pasy. Zanim jeszcze koleżanka odpłynęła, przyniosła nam telefon do ładowania.

Ruszyliśmy z przeszło godzinnym opóźnieniem. Jedziemy, jedziemy, dojeżdżamy już do granicy francusko-niemieckiej, dzwoni telefon. Tylko który? Tyle tych telefonów na pulpicie, że chwilę nam zajęło namierzenie tego, który dzwonił. Dzwoni telefon narąbanej turystki. Budzić jej nie będziemy, bo i tak nie dobudzimy, a jak dobudzimy to jeszcze pawia puści. Patrzę na ekran, wyświetla się zdjęcie jej koleżanki, która do Szkocji miała jechać. „No pięknie” myślę… coś się święci. „Zaraz przestanie, na pewno nic się nie stało, pewnie chce tylko powiedzieć, że jest już w drodze do Szkocji” pocieszam się w myślach. Dzwoni raz, dzwoni drugi raz, dzwoni dziesiąty raz. Odebrałam:

-Cześć tu Ania, pilotka. Twoja koleżanka śpi i zostawiła nam telefon do ładowania.

– Aaaaaa czeeeść Anaaa!! Bo ja na polyycji jesteemmmmm…

– Gdzie jesteś??

-Nooo nnaaaaa polyyycjii.

– A co tam robisz? Co się stało?

-Neeee weeem.

 
Reklama

– Jak to nie wiesz? Co się stało? Jak się tam znalazłaś?

– Neeeee weeeem.

 
Reklama

– No jak nie wiesz? Nie wiesz, za co się znalazłaś na policji??

-No nneee wiem..Cos do mniiee mówiąąaa, ale ja tu nyyyc nie hozzzumiem. Neee weeim o co im chooodzii.

-…- nie wiem, co powiedzieć, nie wiem, co zrobić. Czy się zacząć śmiać, czy płakać, czy zemdleć.

– Allle sieeee paniii nie marrrfffii. Ja jus z nie takich opresji wychhhodziłam. Tylko jak ssiieee Anka obudzzzii, to nieeech zacfoni do mnie. Bo miii mussi kassse przesłać na teen bilet do Szkocji. Przekkaże pani??

-Przekażę.

Reklama