ANYWHERE          TV

Chaos codzienności i sypialnia krwiście czerwona

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Od momentu kiedy skończyłam studia i zaczęłam pracować jako projektant wnętrz, aż po dzień dzisiejszy jestem zwolennikiem teorii, że nasze otoczenie, to jak żyjemy, a dokładniej, to jak mieszkamy ma ogromny wpływ na nas samych i naszą psychikę. Nie wierzę w projekt, który jest tylko ładny, uważam, że rola designu jest dużo głębsza i ma on za zadanie albo stymulować, albo inspirować, albo nakręcać do działania, albo relaksować i spowalniać. Musi być dostosowany do indywidualnych potrzeb, tego jak zamierzamy wykorzystać daną przestrzeń i czego od niej oczekujemy. Projektowanie wnętrz to tak naprawdę zamknięte koło, w którym najpierw to my tworzymy otoczenie ale kiedy ono już powstanie i zaczynamy w nim funkcjonować to ta nasza przestrzeń ogranicza nas samych, determinuje jak się po niej poruszamy i jak się w niej czujemy. Im lepiej ją zaprojektujemy tym bardziej schematycznie i intuicyjnie będziemy się w niej przemieszczać. Jeżeli każda rzecz w kuchni będzie miała swoje łatwo dostępne miejsce, to nie będą się one gromadzić na blacie. Stąd w projektowaniu tyle psychologii i socjologii.

Kiedy pomiędzy tysiącem innych zajęć na studiach doszła mi jeszcze psychologia koloru, stwierdziłam, że to kompletna strata czasu i byłam gotowa myśleć tak dalej, gdyby nie własne doświadczenie z sypialnią pomalowaną na czerwono. Powiem tylko tyle, że był to koszmar i błąd, którego już nigdy nie popełnię. Na szczęście doświadczony na własnej skórze.

Reklama
Advertisement

Kiedy projektant wnętrz zadaje swojemu klientowi trylion pytań, włączając w to ile par butów posiadasz i jak golisz nogi to nie dlatego, że jesteśmy z natury super wścibscy i chcemy wiedzieć wszystko o naszym zleceniodawcy ale dlatego, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie stworzyć udany projekt. Komunikacja, porozumiewanie się, mówienie wprost o swoich potrzebach jest kluczem do stworzenia przestrzeni, w której od pierwszego momentu poczujemy się u siebie.

No właśnie, u siebie.

Odwiedzając ostatnio wygodny dom rodziców, przypomniały mi się mieszkania, w których się wychowałam. Przypomniały mi się dwa pokoje z kuchnią, z których jeden należał do mnie, a drugi był połączeniem salonu i sypialni rodziców. W tamtych czasach wydawało się nam to absolutnie normalne, a wręcz, w porównaniu z innymi przypadkami wielodzietnych rodzin, nawet komfortowe. Kiedy jednak myślę o tym dzisiaj, szczególnie z perspektywy wykonywanego zawodu, pojawia się tylko jedno przekonanie, a mianowicie – większość z nas była notorycznie pozbawiona poczucia prywatności. Kiedy ktoś przy mnie wspomina, że wtedy było tak fajnie, bo żyliśmy “na kupie” to dostaję gęsiej skórki. Nie widzę w tym nic fajnego. Wręcz przeciwnie, zastanawia mnie jaki to miało na nas wpływ? Jak bardzo brak możliwości zamknięcia się we własnym pokoju czynił nas bardziej rozdrażnionymi, nie pozwalał na, przysłowiowe, złapanie oddechu. A może, co za tym idzie, wielu z nas nie nauczyło się odpoczywać? Nie nauczyło się szukać i znajdować miejsc, w których możemy pobyć tylko ze sobą? 

Poszerzając teorię wpływu naszych mieszkań na nas samych, myślę że żyjemy w świecie, a może nawet kraju, w którym nie doceniamy tego wpływu, także w przestrzeni publicznej. Nie odkryję przed nikim wielkiej tajemnicy stwierdzając, że żyjemy w ciągłym otoczeniu chaosu, zgiełku, pośpiechu, stresu. Ściśnięci w tłumie komunikacji miejskiej, stojąc w korku na skrzyżowaniu jak często potrzebujemy po prostu uciec i co nasze nowoczesne miasta mają nam wtedy do zaproponowania? Mówiąc o miejscach, w które uciekamy, chciałam pisać o Storm King Art Center i wspominając to magiczne miejsce byłam coraz bardziej zła, że istnienie takich pereł nie jest powszechne, a wręcz obowiązkowe wszędzie.

Storm King Art Center położone jest niedaleko miasteczka Cornwall i oddalone na północ od Manhattanu o około godzinę jazdy samochodem. W największym skrócie jest to muzeum zorganizowane na otwartej przestrzeni. Na powierzchni 200 hektarów zgromadzono jedną z największy kolekcji nowoczesnej rzeźby przeznaczonej do wystawiania na zewnątrz, która rocznie przyciąga około 200 000 odwiedzających. Wśród wystawianych dziel podziwiać można również sztukę naszej Magdaleny Abakanowicz. Historia założenia muzeum sięga 1960 roku, a jego celem jest “kultywowanie związku ludzi ze sztuką i naturą, tworzenie miejsca gdzie odkrywanie pozbawione jest wszelkich limitów.” Właściwie nie wyobrażam sobie celu bardziej zacnego, który odwoływałby się głębiej do naszego humanizmu. Wspaniałość tego miejsca polega na tym, że praktycznie przez cały dzień można się włóczyć po trawie w otoczeniu majestatycznych rzeźb, można pożyczyć rower i zwiedzać, jeżdżąc wyznaczonymi alejkami, a nawet urządzić sobie piknik. Można też nic nie robić, usiąść i patrzeć, i być.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, że film ma język uniwersalny, że jesteśmy tym czym jemy – no, tutaj sama nie wiem… Ja wierzę w życie w harmonii z naszym otoczeniem. Wierzę w to, że po przebudzeniu chcemy widzieć kolor, który wprowadza nas w dobry nastrój, wierzę w ławkę otoczoną zielenią, wierzę w architekturę, która inspiruje do działania, wierzę w przestrzeń, która daje dobrą energię, wierzę w kuchnię, z której trudno wypędzić gości i stół, od którego nie chce się odchodzić. Wierzę, że powinniśmy szukać “naszego Storm King” dosłownie i w przenośni, a kiedy znajdziemy, uciekać do niego tak często jak to tylko możliwe, bo tak na prawdę to nasz związek ze sztuką i naturą i odkrywanie pozbawione wszelkich limitów to nasz największy przywilej.

Autor

Karolina Hrabczak-Duda –Ukończyła prestiżowy Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku na wydziale projektowania wnętrz. W 2006 wraz z mężem założyła w Nowym Jorku Interior Domi – działalność o charakterze projektowo-wykonawczym. W międzyczasie przez 4 lata była związana z firmą My Home na stanowisku projektanta i project managera. Od 2011 do 2014 związana z Atmosphere Kitchen and Bath w Nowym Jorku na stanowisku projektanta i managera salonu z wyposażeniem wnętrz. W 2014 wróciła do Polski, gdzie kontynuuje swoją pasję do projektowania i pisania. Łączy w sobie europejskie poczucie estetyki i zamiłowanie do minimalizmu z doświadczeniem zdobytym na rynku amerykańskim.

Przeczytaj również

Reklama