Na rauszu – przeprost formy i treści

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

12 nagród i 18 nominacji, a w mojej głowie odtwarza się w kółko pytanie „why, God, why?!” (Joey Tribbiani, Friends). Najnowszy film Thomasa Vinterberga zaintrygował pomysłem, Mikkelsenem w środku i wartką akcją (przynajmniej w zwiastunie), czy jednak suspens został utrzymany przez całe 1h 55min?

Historia opowiada o gronie znajomych nauczycieli, którzy spotykają się po godzinach. Jeden z nich, mimochodem wspomina o filozofii Finna Skårderuda, psychoterapeuty, który twierdził, że jednostka rodzi się ze zbyt małą dawką alkoholu w organizmie (idealna wynosiłaby 0,5 promila i wspomagałaby personalne umiejętności). Panowie ostatecznie dochodzą do wniosku, że chcą i przeprowadzić własny eksperyment, który skrzętnie dokumentują. Zasady są ściśle określone – piją tylko w godzinach pracy, stronią od procentów po ósmej i w weekendy, a podaż alkoholu winna dobić do wcześniej wspomnianego pułapu. W ich życiu pojawia się nowy przyjaciel, który z łatwością pomaga uciec od marazmu rzeczywistości.

Brzmi intrygująco, nieprawdaż? Dołączając do tego fenomenalną akcję marketingową wraz
z emocjonującym zwiastunem, mogłoby się wydawać, że trafiliśmy na „najlepszy europejski film roku” (Europejska Nagroda Filmowa) bądź „z pewnością na jeden z Waszych ulubionych filmów roku” (Piotr Piskozub, Na Ekranie). Spróbowałam, chwilę po ponownym otwarciu kin i moje wrażenie nie do końca się pokryło.

Fabuła jest ściśle określona od samego początku. Bohaterowie mają dookreślone życie, będące nader statyczne. Związek, praca, jedzenie, sen. Nic dziwnego, że mając okazję na zmianę, bez wahania ku niej sięgnęli (szczególnie biorąc pod uwagę ich lata i możliwy kryzys wieku średniego). Kiedy zostają dopuszczeni do procentów, jak to zwykle bywa, ich ambicje zaczynają sięgać wyżej.

Vinterberg po raz kolejny sięga do zakamarków umysłu ludzkiego, ukazując proste działanie człowieka. Podobnie, jak w „Komunie”, dopuszcza ciekawość jednostki i chęć zmiany na pierwszy plan. Film jest utrzymany w zimnych barwach, które bardzo dobrze oddają stagnację bohaterów. Braknie jednak scen dynamicznych, które oddawałyby stan umysłu nauczycieli po libacji alkoholowej (w toalecie, szatni, mieszkaniu). Reżyser zdecydował się na włączenie scen oddających negatywne skutki picia, jednak w całym gąszczu normalności nikną, sprawiając, że widz odnosi wrażenie, jakoby nic się nie stało (podobnie, jak w umyśle alkoholika).

Na pochwałę zyskują liczne nawiązania do wielkich postaci, które osiągnęły wiele będąc na rauszu. Przypominamy sobie o nich na lekcji historii, prowadzonych przez Martina (Mikkelsen), pojawia się sławetny Churchill czy wcześniej – Hemingway. Dzieło jest proste w odbiorze i niewymagające większego skupienia. Na ekranie widzimy typowe chwilowe uniesienia alkoholowe i udoskonalenie umiejętności społecznych, widzimy również skutki picia i nie zawsze dobre moralnie wybory postaci. Pozostają one jednak rozmyte w szarych barwach codzienności oraz braku wysnutych wniosków.

„Na rauszu” trafi do wielbicieli kina lżejszego, traktującego o potyczkach dnia codziennego. Osobiście, liczyłam na ukazanie bardziej skomplikowanych relacji międzyludzkich i sięgnięcia do niekonwencjonalnych rozwiązań. Być może, gdybym była na rauszu podczas seansu byłabym mniej krytyczna, niestety byłam dzień po.

Reklama

Reklama

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy