Marcelina: Sens życia tu i teraz

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Podglądam ją na Instagramie – jak zresztą ponad 20 tysięcy innych użytkowników. Zaraża uśmiechem, przyciąga głosem i intryguje stylem życia. Skończyło się lato, a ona nadal tańczy nad morzem lub śpiewa w samochodzie. Bo „Koniec lata” to dla Marceliny dobra pora – tak bowiem zatytułowała swój najnowszy album.

Jak szczęśliwym trzeba być, żeby mieć ochotę tańczyć podczas apokalipsy?

W utworze „Tańcz” chodzi bardziej o umiejętność bycia tu i teraz, odcięcia się od wszędobylskich wiadomości o końcu świata, o złych rządach, premierach i protestach. Owszem, warto to wszystko wiedzieć i być świadomym, ale czasem warto ten natłok myśli, analizy, poczucia winy i stresu wyłączyć. Taniec tych dwojga kochanków jest tu wątkiem pobocznym.

Protestujący i aktywiści raczej takiej postawy nie poprą…

To nie chodzi o to, by kogoś popierać czy nie. Nie wypowiadam tu swoich poglądów, nie o to mi chodzi. Warto wypośrodkować to wszystko i zrobić sobie dzień detoksu od informacji z zewnątrz, a skupić się na informacjach z wewnątrz, z ciała, głowy, własnym poczuciu szczęścia czy bezpieczeństwa. Wierzę, że świat zależy od jednostki. Szczęśliwa, spełniona i pokojowo nastawiona jednostka razy milion robi nam jakiś ogół. Ludzie czasem potrafią zapędzić się w myśleniu o tym, co było i co będzie, a przecież żyjemy tu i teraz.

marcelina_1

Jaki jest twój sposób na bycie tu i teraz?

Muzyka sprawia, że często zaglądam w siebie. Piosenki czasem przychodzą do mnie podświadomie, teksty też. Pozwalam wtedy takiej myśli płynąć i obserwuję, dokąd mnie zaprowadzi. Nie analizuję. Dopiero potem dochodzi do mnie puenta i to, skąd ona nagle się wzięła. Okazuje się, że rzeczywiście jakieś konkretne wydarzenie czy obserwacja wpłynęły na to, że wena przyszła akurat w takiej formie. Poza tym kocham wysiłek fizyczny. Uprawiam sporty, szczególnie zimą potrafię się ze sobą super bawić, jeżdżąc na nartach. Ścieram się z mrozem, prędkością, zajawką przeplataną z wysiłkiem. Wtedy po prostu zalewają cię endorfiny, krew krąży, myśli skupione są tylko na jednym, a nie płyną bez sensu, zadając ci te wszystkie pytania o istotę życia. Bo ten sens życia właśnie się „zadziewa”. Robię, co lubię, z ludźmi, których kocham, albo sama, przełamując jakieś swoje kolejne bariery, co sprawia mi satysfakcję. Wracam do domu z wolną głową pełną pomysłów, jestem kreatywna, dobrze się czuję, a więc przelewam ten pozytyw na bliskich.

Czy to oznacza, że zrezygnowałaś z czegoś, co ciągnęło cię ku ziemi, przytłaczało, niepotrzebnie zajmowało myśli?


Reklama
Advertisement

Raczej poszukuję rzeczy, które mnie uziemiają. Inaczej latałabym właśnie w chmurach. W takich momentach zdarza mi się analizować za bardzo i żyć czasem przeszłym lub przyszłym. Jedyne, z czego rezygnuję, to z relacji, które czuję, że wysysają ze mnie życie. Zdarzają się ludzie-wampiry. Nie chcę być dla nikogo wampirem, rezygnuję też ze spotkań z kimś, kto pozostawia po sobie jakieś dziwne uczucie beznadziei, przytłoczenia czy wyrzutów.

Kogo zaprosiłabyś do tańca podczas końca świata?

Kogoś, kto ma dwie maski gazowe!

Jednak – uprzedzając fakty – płytę kończysz już nie tak euforycznie. „Wanna Dance” zmienia się w „Wanna Die”.

I to jest kwintesencja płyty „Koniec wakacji”. Stąd wzięła się myśl przewodnia. Nasze życie to wieczna sinusoida. Zawsze po burzy wiosna i odwrotnie. Jak się to zaakceptuje, to dopiero można doświadczać piękna życia. Najpierw tańczyłam, później chce mi się ryczeć, a potem idę oglądać niesamowity fioletowy zachód. Polubiłam wszystkie te stany.

Nie za dużo na raz?

To jest skrót. To nie dzieje się z sekundy na sekundę. Choć i tak bywa! Zwyczajnie porzuciłam pęd za lepszą sobą, za jakimś ideałem. Akceptuję to, jaka jestem w danej chwili. Mój rozwój płynie naturalnie i wynika z tego, że mam ambicje, a nie, że chcę komuś dorównać albo kogoś zadowolić. To, że są lepsze i gorsze momenty, wpisane jest w naturę. A ja jestem #naturelover. (uśmiech)

Marcelina11661

W jakim momencie życia jesteś?

W najlepszym jak dotąd.

Czym spowodowanym?

Chyba z tych właśnie przemyśleń. Uważam, że dobre myśli przyciągają dobre zdarzenia. I jak przestałam pędzić, zaczęłam zauważać, co się dzieje koło mnie, i zapraszać do życia to, co mi robiło dobrze. Cały czas się tego uczę. Natomiast zdecydowanie jestem teraz szczęśliwa prywatnie, znalazłam swoje miejsce do życia i najlepszego kompana tej drogi. Za tym idzie spokój w tworzeniu i to, co z tego powstaje. Ja mam satysfakcję, to najważniejsze.

To czasy, kiedy Instagram jest najlepszym źródłem informacji, a tam piszesz o sobie: singer, songwriter, nature lover.

Pogadajmy o tych trzech słowach. Pamiętasz moment, kiedy określiłaś się wokalistką?

Nie lubię określenia wokalistka. Ma energię wyrobnika, który odtwarza, a nie tworzy. Artystyczną duszę mam od dziecka. Ale zrobiło się poważnie, gdy przyszedł czas na podejmowanie decyzji – wybór studiów, wyjazd z rodzinnego miasta, postawienie wszystkiego na jedną kartę. Nie pochodzę z muzycznej rodziny, ale się udało. Zawsze też wiedziałam, że chcę śpiewać swoje piosenki. Czas śpiewania coverów okroiłam do minimum. Na studiach śpiewałam standardy jazzowe, później z zespołem gdzieś po knajpach, żeby nauczyć się współpracować z muzykami, obyć z różnymi warunkami, scenami czy organizatorami. W tym czasie już pisałam swoje piosenki i powoli wdrażałam je w materiał tych występów, aż pojawiła się propozycja nagrania płyty. No i wtedy już weszłam na ścieżkę zawodową.

Pamiętasz tę pierwszą napisaną piosenkę i moment, kiedy pomyślałaś, że chcesz zaprezentować ją światu?

Pamiętam. To było „There is no one”, bardzo prosta soulowa piosenka o miłości na gitarę i hammonda. To były czasy, gdy chciałam być jak Erykah Badu. (śmiech) Piosenkę zamieściłam na My Space, był wtedy taki portal dla muzyków, coś jak teraz Facebook. Na drugi dzień zadzwonił redaktor z Radia RAM we Wrocławiu z informacją, że chce ją umieścić na składance! A jakiś czas później odezwała się wytwórnia, że chcą wydać mi płytę… Tego się nie spodziewałam. Myślałam bardziej – wstawię, co mi tam, może komuś się spodoba. W sumie – niewiele myślałam… Na pewno nie o płycie. Byłam przerażona, ale weszłam w to. Z tą jedną piosenką. I powstała cała płyta.

O ile dla słuchaczy słowo songwriter przestało już być zagadką, ja zastanawiam się, co ono znaczy dla artysty. Czujesz odpowiedzialność i siłę tego słowa?

Ja zawsze lubiłam momenty twórcze. Pracę w zespole, obserwowanie, jak rodzą się pomysły, jak same z nas wychodzą jakoś tak podświadomie. Czasem tekst budził mnie w nocy. Wstałam kiedyś o 4 nad ranem, za oknem była mgła i zaczynał się wrzesień. W mojej głowie pojawiło się zdanie: „Lato kończy się już niebezpiecznie, pola zakrywa mgła i zaraz pęknie czar wesołych much…” i cała dalsza część piosenki „Miły mój”. Szybko nagrałam ten słowotok na dyktafon i poszłam dalej spać. Potem wychodzi płyta, a ludzie piszą maile ze swoim osobistym odbiorem tych utworów, opisują ważne dla nich momenty, w których muzyka im towarzyszy, i to jest największa wartość. Dużą odpowiedzialność za teksty czułam też w projekcie „Panny Wyklęte”, gdzie pisałam o czasach wojny, powstania i życiu konkretnych ludzi, między innymi walczących w AK. Te piosenki mają swoje drugie życie w szkołach, na apelach, śpiewałam je nawet na Majdanie w Kijowie. Wtedy poczułam, że powstało coś ważnego. Że dzięki temu pamięć nie umiera, a piosenka czegoś uczy.

Czy z piosenek można uczyć się emocji? Komuś, kto nigdy nie kochał, dzięki tekstowi piosenki miłość będzie bliższa, mniej obca?

Myślę, że tak. Przynajmniej takie informacje mam od ludzi, słuchaczy. Często ktoś dziękuje za piosenkę, pisze, że pomogła mu przejść jakiś ciężki czas albo coś zrozumieć. Mnie czasem też otwiera oczy jakiś fragment książki. Po prostu ktoś czasem w końcu nazwie w odpowiednich słowach to, czego ty nie potrafisz. To, że ktoś też tak ma i jeszcze potrafi wyjaśnić, czy nazwać, bardzo pomaga i otwiera jakąś przegródkę w głowie.

Czy bycie wokalistką zawsze szło w parze z songwriterką, czyli autorką?

Zawsze. Zawsze chciałam pisać, komponować i pracować z różnymi muzykami. Rzadko odczuwam satysfakcję ze śpiewania czyjegoś utworu, ale oczywiście są takie momenty np. koncert pamięci Grzegorza Ciechowskiego, na którym śpiewałam „Syberię” czy „Sexy doll”. Ciarki i ogromne wyzwanie. Lubię też śpiewać standardy jazzowe, bo to jest taka forma, która zawsze jest otwarta, jest dużo wolności i możliwości interpretacji, improwizacji.

I… pułapek? Standardy jazzowe nie należą przecież do najłatwiejszych.

To prawda. Ale to też zależy od utworu. W większości są to bardzo melodyjne i nawet łatwe piosenki, ponieważ stanowią punkt wyjścia do improwizacji i interpretacji właśnie. Możesz zrobić to „po bożemu”, a możesz zupełnie odlecieć, jak robią to mistrzowie. Natomiast sam proces nauki jest bardzo przyjemny. Obywasz się, osłuchujesz z milionem wersji różnych królów tego gatunku. A czasami ktoś zaśpiewa tak po prostu z odpowiednią emocją i to właśnie bierze cię najbardziej! W tym wszystkim właśnie chyba najważniejsze jest odnalezienie swojego sposobu, swojej historii i bycie w tym autentycznym. Cała technika nagle schodzi na drugi plan. I to jest w tym wszystkim takie piękne. Emocje.

Kim jesteś na nowym albumie „Koniec wakacji”?

Jestem absolutnie sobą.

A więc Marceliną jaką?

Marceliną ze wszystkim, co przeżyła, wylewającym się na prawo i lewo. Natomiast na tym albumie opowiadam z lekkim przymrużeniem oka, jest tu dużo dystansu do siebie. Ja się bardzo dobrze bawiłam przy pracy nad tą płytą.

Zostało nam jeszcze ostatnie określenie: nature lover. A to popularny trend na Instagramie. Widzę tam surferkę, miłośniczkę biwaków i kamperów – tak spędzasz czas?

Właśnie tak. Wiodę podwójne życie rozdzielone pomiędzy Warszawą a Szklarską Porębą, gdzie znalazłam swoje miejsce na ziemi. Sama pochodzę z Beskidów, wychowałam się w rodzinie bardzo aktywnej. Co weekend chodziliśmy w góry. Moi rodzice założyli mi narty, gdy tylko zaczęłam chodzić. Nie potrafię z tego zrezygnować i staram się to wszystko ze sobą łączyć. Kocham takie życie, bo daje mi równowagę wewnętrzną, bardzo inspiruje i napędza do działania. Nie przepadam za ekskluzywnymi hotelami, choć oczywiście jak już w nich jestem, to jest bardzo przyjemnie. Jednak gdy planuję wakacje z rodziną, to wystarczy mi samochód czy kamper. Nie ogranicza nas wtedy nic, żadne zasady, możemy zabrać psa i zatrzymać się gdziekolwiek. Uwielbiam taką formę odpinania się od rzeczywistości i odpoczywania.

marcelina_2

Czy zawsze tak było?

Ostatnio moja mama miała okrągłe urodziny i ojciec zrobił jej w prezencie taką fotoksiążkę. Gdy ją oglądałam, miałam wrażenie, że widzę siebie za 30 lat. Moja mama z tatą na nartach, na biwaku, w autobusie, w samolocie, na łące na trawie, a obok barany. Mama śpiąca w bagażniku samochodu gdzieś w górach itd. Chyba zawsze tak było. (uśmiech)

Dźwiękom z płyty też bliżej do wiejskiej sielanki niż zgiełku miasta.

Jest i to, i to. Ja lubię duże miasta. Kocham to, że mogę mieszkać w obu tych miejscach. Zanudziłabym się w jednym. Uwielbiam szybkie tempo Warszawy i moich artystycznych znajomych, imprezy, koncerty, wschody słońca, bo zasiedzieliśmy się za długo. Kina, teatry i rozmowy o muzyce. A potem jadę do Szklarskiej poręby i gadamy o testach nowych nart!

Nadszedł „Koniec wakacji”. I co dalej?

Koncerty!

Deskę surfingową zamieniasz na kanapę, a sceny plenerowe na koncerty klubowe?

Deskę zamieniam na snowboard i narty, a plenery – tak jak powiedziałaś!

A więc stoki w najbliższym sezonie należą do ciebie? Uważajcie na Marcelinę? (uśmiech)

Grywamy też na stokach, ha!

 

fot.: Weronika Kosińska 

Autor

Aleksandra Budka – wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama