O naturze polskiego cierpięnictwa

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Pamiętam jak kiedyś miałem w życiu swym taką fazę, że wszystkie teksty puentowałem „a najgorsze jest to”, przebijając następnie poziomy najgorszości kolejnym straszliwościami, jakie przydarzyły mi się w ciągu konkretnego tygodnia. Jak gdybym sam sobie przybijał kolejne gwoździe do nadgarstków i tymi stygmatami chciał, żeby ktoś z empatią spojrzał na moje poranione ciało i powiedział – o, ten to ma przejebane.

I może to właśnie kwestia nie tylko tego, że czas ten w życiu mym był trudny i ciężki, ale że jest to cecha narodowa moich pobratymców po prostu, która za dobre rzeczy każe, a złe nagradza.

Chcieliśmy być w końcu Chrystusem narodów, wiecie, zbawić świat swoim cierpieniem, żeby, jak już wszyscy na nas spojrzą wzrokiem sprawiedliwych, powiedzieli sobie – o, ten naród to miał tak przesrane, że od teraz będziemy zachowywali się w porządku. Koniec wojen, widzieliście co zrobiliśmy z Polską?

I stąd może bierze się w nas to takie powszechne czczenie wszelkiego rodzaju męczennictwa. Ludzi walczących, ale najlepiej – ginących, za to, żeby żyło się nam teraz tak, jak się żyje. Czy żyje się dobrze? W izolacji na to pytanie pewnie większość pobratymców powie, że no średnio na jeża, wszyscy to debile i tylko ja mam rację, ale nie słuchają. Jeśli natomiast jednak postawiłoby się ich w sytuacji – co sądzisz o ludziach, którzy walczyli o ten kraj i czy cieszysz się z bycia Polakiem i mieszkania w Polsce to, cóż, odpowiedzi mogłyby być z goła odmienne.

I mój największy problem z tym wszystkim, wniosek, do którego dąży to moje myślenie to to, że właściwie dlaczego nie stawiamy tylu pomników Flemingowi albo Pasteurowi? Statystycznie bowiem rzecz biorąc, tych dwóch ziomków ocaliło więcej żyć Polaków niż jakiekolwiek żołnierskie podboje i walki wyzwoleńcze. Ba, można nawet powiedzieć, że jest Chrystusem narodów bardziej niż ten nasz polski naród, bo Ci dwaj to, można rzec, uleczyli jak niegdyś Jezus trędowatych, niezliczone ilości ludzkich żyć, a zapobiegli śmierci jeszcze większej ilości.

I zdaje mi się, że rozumiem ten system. Podobnież bowiem jak w przypadku szybkich sukcesów w opozycji do długotrwałej pracy nad czymś, ludzie rozumieją lepiej szybką gratyfikację, ale nie są w stanie zobaczyć dalekosiężnych skutków pewnych działań. Podobnie jest w przypadku walki narodowowyzwoleńczej w opozycji do zmieniających świat osiągnięć naukowych. Taką mamy głowę jako Ci homo homo czy jakoś tak. Jak pies jesteśmy w stanie zdekoncentrować się w sekundę latającym przed naszym pyskiem dyskiem, ale nie widzimy długotrwałej pielęgnacji i opiekowania się naszym zdrowiem przez tego wstrętnego weteryniorza jak to mówią na regionach.

Jaka z tego płynie dla nas nauka? Jeśli chcesz osiągnąć sukces to lepiej mocno błyszczeć niż długotrwale zapewniać światło. Bo to ostatnie to pewnik i właściwie nikogo nie interesuje.

Reklama

Warszawskie muzea

Muzealny szał centralnej Polski W związku z poluzowaniem koronawirusowych obostrzeń,