Mgła na mózgu

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

A co mi tam, podzielę się z Wami, może macie podobnie. Czy też macie tam na swojej kwarantannie z konkubentem, psem czy kotem, że macie absurdalną wręcz niemożliwość skoncentrowania się na jednej rzeczy? Nawet nie chodzi mi już o sam home office, bo ja tak pracuję już od jakiegoś czasu, ale o ten dodatek covidowy, niemonetarny (ale na to nie ma co liczyć), który wprowadza oczopląs, gdy patrzy się na jakiekolwiek zadanie prze człowiekiem postawione i od razu do głowy przychodzi milion spraw dodatkowych?

Nie wiem, nie miałem tak chyba. Wszystko wydaje mi się ostatnimi czasy rozmyte, złączone w jeden, długi dzień przepleciony ośmiogodzinnymi drzemkami. Ostatnio na przykład ktoś mi puknął w samochód, cofając paskudnie na kałuży lodu i w trakcie konfrontacji nie byłem nawet połowicznie w stanie wzbudzić w sobie emocji żadnego rodzaju, żeby może krzyknąć na delikwenta i powiedzieć mu: oto nagranie moje, za Twoje grzechy będzie wydane. Po prostu powiedziałem – spoko, są inne drogi. Pożegnaliśmy się czule.

Podobnie zresztą, gdy sprzedawałem coś ostatnio przez jakiś tam portal o nazwie muzycznej i spotkałem się z osobnikiem, który ów rzecz ode mnie zamówił i w ogóle mnie nie zdziwiło, gdy wyciągnął nóż sprężynowy, by pomóc mi z otwarciem mojego pakunku.

Jak gdyby to limbo, w którym wszyscy się znaleźliśmy nie tylko sprawiło, że jesteśmy istotnie poirytowani, ale także rozsądnie beznamiętni.

I to właśnie, oprócz recesji gospodarczej, ogromnej ilości rozwodów, zapaści finansowej u przeciętnego Polaka, wzrostu przemocy domowej, konieczności gotowania w domu, braku świeżego powietrza w większych miasta, wzrostu zgonów i to nie tylko wirusowych, słabej jakości snu, rozpadzie wielu znajomości, tragedii życiowych niemożliwych do przeżycia z bliskimi, brakiem empatii do bliźniego swego i całej tej zabawy politycznej pt. co by było, gdyby jeszcze bardziej dojebać do pieca, ciekawe co by się stało, no, to oprócz tego ta beznamiętność jest najgorsza. Człowiek pozbawiony chęci życia i możliwości rozwoju zamiera sam w sobie, hibernuje jak niedźwiedź, podtrzymując tylko konieczne funkcje życiowe.

Czasy beztroskich podróży po własnej egzystencji pełnej bodźców i możliwości dawno minęły. To dziś nastały czasy, kiedy to człowiek został postawiony przed potrzebą zmuszenia się, by robić cokolwiek. Wstać rano, zrobić 10 przysiadów, ogarnąć sobie obiad, lunch, kawę zaparzyć, ser pokroić, niektórzy pieką chleb, zagadać do kogoś nieprzymuszenie przez komunikatory, pozbyć się nieśmiałości i walczyć. A jest to praca trudna i często nie wychodzi dobrze, bo nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni.

Płynie z tego jeszcze jeden ważny wniosek, który nie może zostać pominięty. Jak się bowiem okazuje – energia życiowa człowieka to inni. Doświadczyłem tego szczególnie, gdy ostatnio zawitałem na kameralnym spotkaniu towarzyskim. Choć w swej samotności nie byłem w stanie wykrzesać z siebie nawet pół myśli, drugi człowiek wyzwolił we mnie nieznane nawet mnie samemu pokłady wiedzy i kreatywności intelektualnej, o które się nawet sam nie podejrzewałem.

Nom. W każdym razie, fajnie gdyby się już skończyło, bo naprawdę nie daję już rady, umieram za młodu jeszcze i każdy dzień do kolejny gwóźdź do rychłej śmierci intelektualnej. Najlepszym tego przykładem jest to, że zacząłem ostatnio popełniać błędy ortograficzne, co mi się nigdy nie zdarzało. Zawsze szybko się poprawiam, ale wyobraźcie sobie, że ktoś to jeszcze zobaczy? I najgorsze ze wszystkiego, jeszcze powie mojej matce? Dlatego postuluję – ogarnijmy to szybko, dobrze? Ile można się pieprzyć z wirusem, naprawdę.

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy