Cząstki Kobiety kontra Cząstki kobiety, czyli jak Mundruczó poradził sobie na wielkim ekranie

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jak część z Was pewnie wie, a druga chciałaby się dowiedzieć, “Cząstki kobiety” nie zadebiutowały w wersji filmowej węgierskiego reżysera na ekranach kin domowych. Kornel Mundruczó postanowił bowiem przenieść spektakl, który pierwotnie przygotował dla TR Warszawa, na „netflixowe ekrany”. Pamiętał przy tym, aby dostosować sztukę do popularnej platformy streamingowej (choć nadal jest to produkcja, do której jednak warto się przygotować).

Film zaczyna się, chciałoby się rzec, „na poważnie” (co byłoby zupełnym brakiem powagi) około 30 minuty, kiedy to długa scena porodu kończy się, a obraz uderza swoim naturalizmem (kłaniam się tutaj szczególnie w stronę Vanessy Kirby i jej fenomenalnych zdolności aktorskich). To wydarzenie determinuje dalsze losy bohaterów.

Choć to kanadyjsko-amerykańsko-węgierska produkcja, film zrobiony jest z rozmachem typowym dla amerykańskiego kina, który sprawia, że wkrada się tam pewnego rodzaju sztampowość. Mamy tu więc pewien problem, który wysuwa się na plan pierwszy i pożera rodzinę, pragnącą poradzić sobie z nim na jak najbardziej swojski ze swoich sposobów (co prowadzi do konfliktu interesów). Mundruczó podczas pierwszej części zestawił mnogość bliskich, niemal klaustrofobicznych kadrów o ciepłych barwach z dokumentującym sposobem kręcenia porodu, czym praktycznie uniemożliwił oderwanie się od obrazu i zdystansowanie od wydarzeń dziejących się przed oczami widza.

Sceny są maksymalnie zintensyfikowane, dzięki czemu odbiorca usprawiedliwia późniejsze zachowanie głównej bohaterki. Choć nie wiemy, kim Martha była rok wcześniej, nagle stała się wycofana, w wokół niej powstał mur nie do przebicia. Prowadzi cichy protest, usta otwiera tylko w przypadku wyższej konieczności, a jej działania są przeciwne do porad oraz próśb rodziny. Zachowanie Marthy także wpływa na postać Seana, którego poznajemy jako kochającą i troskliwą osobę. Wraz z rozwojem fabuły, bohater jest ukazywany poprzez pryzmat innych osób. Mimo, że próbuje dojść do głosu, szybko zostaje zdominowany przez kobiety (nie bez powodu „Cząstki…” są określane feministycznym manifestem).

Losy bohaterów przeplatane są kadrami miasta – Boston został pozbawiony charakteru. Użycie chłodnych barw dobrze oddaje pustkę, pozostawioną w głównych bohaterach przez dziecko.

W przypadku spektaklu w warszawskim ATMie rzecz wyglądała nieco inaczej. Poród był równie intensywnym wydarzeniem. Mimo, że odbywał się na żywo, aktorzy w pierwszej części byli odizolowani od widzów, którzy oglądali sceny wyświetlane na ścianach zewnętrznych domu głównych bohaterów. W ten sposób Mundruczó wprowadza kolejną bohaterkę – plotkę.

Szalę przechylił tutaj ku relacjom rodzinnym – obraz wypełniony jest postaciami, z których każda ma swoje 5 minut. To momentami retrospektywny wgląd do beztroskich czasów dzieciństwa i nieskomplikowanych relacji. Reżyser używa włoskiego utworu z lat 80. “Felicita”, aby podróżować w czasie. Tańce, harce i swawole nadają wydarzeniom lekkości i przypominają, że życie nie jest skomplikowane już od momentów poczęcia.

W TRze od początku widać, że mąż głównej bohaterki jest szemranym typem. Znamy jego pochodzenie, wiemy czym się (nie) zajmuje. Pozwala to na poznanie intencji postaci, czego zabrakło w odświeżonej wersji. Wątek Seana został zepchnięty w najdalszy z możliwych kątów. Nie znamy jego motywacji, a jego głos odbija się pustym echem. Głębi została pozbawiona również Elizabeth, matki Marthy, której rola ograniczyła się do jednego zadania: „do wypełnienia za wszelką cenę”.

I takie wrażenie pozostawia netlixowa ekranizacja. Trochę za dużo banału, trochę za mało trójwymiaru. Mimo tego, „Cząstki kobiety” pozostają pozycją wartą uwagi.

 

Reklama