Gabriela Muskała: Być, a nie grać

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

W życiu Gabrieli Muskały wiele jest poszukiwań oraz spełnień artystycznych – aktorstwo, reżyseria, dramaturgia, scenariopisarstwo. Artystka pracuje wytrwale, w skupieniu i z pokorą, a sukcesy wpisane są w jej działania. Olśniewająco gra swoją postać w filmie Marka Koterskiego „7 uczuć”, imponująco współtworzy, jako aktorka i scenarzystka, „Fugę” Agnieszki Smoczyńskiej, poraża w roli Felicji w spektaklu „Jak być kochaną” Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym. Chociaż w sztuce Muskała zdaje się być nienasycona i niczym nieograniczona, w wywiadzie powściągliwie wymienia własne kompetencje, nawet tuż po otrzymaniu trzech nominacji do Polskich Nagród Filmowych ORŁY 2019.

Naszym gościem jest wyśmienita aktorka, utalentowana dramatopisarka, reżyserka i człowiek-tajemnica: Gabriela Muskała.

Dzień dobry, bardzo dziękuję za zaproszenie. Nie czuję się reżyserką po jednym doświadczeniu. Trzeba zrobić parę rzeczy, żeby móc tak o sobie powiedzieć. „Aktorka i dramatopisarka” brzmi ok, bo gram i piszę sztuki od lat. Oczywiście w swoim CV podaję też, że wyreżyserowałam sztukę – to był mój debiut, napisałam scenariusz – to mój debiut scenariopisarski. Ale za wcześnie, żebym mogła o sobie mówić „scenarzystka” czy „reżyserka”.

Twój debiut scenariopisarski zaowocował także główną rolą w filmie Agnieszki Smoczyńskiej „Fuga”. O kosztach tej pracy mogłybyśmy długo rozmawiać, gdybyś nie była chwilę po premierze spektaklu „Jak być kochaną” w Teatrze Narodowym. Co jest dla ciebie w tej chwili bardziej gorącym tematem?

Na pewno „Jak być kochaną”. Zaledwie cztery dni temu mieliśmy premierę [2. lutego 2019 r. – przyp. M.J.], jesteśmy po trzech miesiącach prób, więc siłą rzeczy to najbardziej mnie pochłaniało w ostatnim czasie. Do tego jest to główna rola. Choć emocjonalnie wyczerpująca, to też dająca niesamowitą artystyczną satysfakcję. Spektakl „Jak być kochaną” w reżyserii Leny Frankiewicz zrealizowany został według opowiadania Kazimierza Brandysa i filmu Wojciecha Jerzego Hasa z 1963 r. To zdaje się dopiero druga adaptacja teatralna opowiadania, jej autorką jest Małgorzata Maciejewska. „Fuga”, której premiera miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, trochę się tym samym oddaliła. Teraz jestem rzeczywiście bardziej Felicją [bohaterką „Jak być kochaną” – przyp. M.J.]niż Alicją [bohaterką „Fugi” – przyp. M.J.]. Na początku pracy nad spektaklem myliłam się czasem i zamiast „Mam na imię Felicja” mówiłam jeszcze „Alicja”. Lena wołała: „Gabryśka! Wyjdź już z tej „Fugi”, wracaj tutaj do nasna scenę!”. Po miesiącu intensywnych prób to oczywiście minęło.

A co jest ważniejsze dziś dla ciebie? Kino czy teatr?

Reklama

Jedno i drugie tak samo kocham. Od dawna tych dwóch światów już nie wartościuję. Kiedyś liczył się wyłącznie teatr. Przez pierwszych dziesięć lat mojej drogi aktorskiej nie ceniłam szczególnie filmu jako medium, nie marzyłam też o pracy w kinie. Ale kiedy mój ukochany reżyser, Mariusz Grzegorzek, napisał dla mnie główną rolę w swoim filmie [„Królowa aniołów”, 1999 r. – przyp. M.J.], to oczywiście zagrałam – choć na początku bardziej dla niego niż dla siebie. Pracowaliśmy w teatrze już wielokrotnie, wystąpiłam również w jego dwóch spektaklach Teatru Telewizji, paru teledyskach, uwielbiałam jego poczucie humoru i absolutny, artystyczny odjazd. [W Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi Muskała i Grzegorzek pracowali razem w spektaklach: „Agnes od Boga” Johna Pielmeiera, 1996 r., „Szklana menażeria” Tennessee Williamsa, 1997 r., „Rutheford i syn” Katherine Githa Sowerby, 1999 r., „Posprzątane” Sarah Ruhl, 2012 r. – przyp. M.J.] I nagle ten filmowy świat, który trochę wydawał się nie dla mnie, absolutnie mnie zaczarował, złapałam bakcyla i zapragnęłam dalej grać w filmach. Powolutku kino też zaczęło mnie lubić. Teraz łączę te dwie formy – kiedy gram w filmie, zaczynam tęsknić za teatrem, a gdy gram w teatrze, już ciągnie mnie do filmu.

Co czyni twoje role – filmowe i teatralne – niezapomnianymi, takimi, które nie pozwalają się widzowi otrząsnąć?

Dla mnie zawsze najważniejsze jest to, żeby nie  g r a ć, tylko  b y ć. Żeby zapomnieć o sobie i czuć się postacią. I żeby widz widział tę postać, a nie mnie, która ją gra. Bardzo nie lubię tych momentów, kiedy muszę włączyć technikę, bo czuję, że czegoś mi nie wystarcza – intuicji, emocji, świeżości, czegoś, co przypływa samo, a czego nie wypracowałam tylko przez głowę, co się samoistnie pojawia wraz z postacią, nad którą pracuję. Bardzo lubię, jak mnie rola niesie.

Technika jest rodzajem nieuczciwości?

Nie. Rutyna jest rodzajem nieuczciwości. Nieuczciwe jest, jeżeli jej się poddamy, jeżeli „przyśniemy” przy 150. przedstawieniu i, grając na przykład dramat kobiety tuż po utracie dziecka, pozwolimy sobie na równoległe myśli: a dzisiaj ugotuję sobie ziemniaczki i kupię fasolkę w drodze do domu. Gdy tylko pojawia się u mnie coś takiego, gdy zauważam, że łzy za łatwo przychodzą i nic mnie nie kosztują, od razu zapala mi się czerwona lampka! Natychmiast zaczynam szukać sposobu, by na nowo usłyszeć, co partner do mnie mówi, by odkryć nowe sensy w tym, co sama mówię, by dać się znów zaskoczyć własnym emocjom. To się udaje, kiedy odrzucimy przeświadczenie, że przecież już wszystko wiemy, znamy każdy ton, ruch i spojrzenie – swoje oraz partnerów. Pamiętam, że mój tata, jeszcze jak miałam cztery czy pięć lat, zawsze mnie męczył o naturalność, na przykład wtedy, gdy robił nam zdjęcia: „Gabrysiu! Rzucaj śnieżką! Ale bądź naturalna! Nie patrz w aparat! Zachowuj się, jakby mnie tu nie było! Bądź naturalna!”.

Twój pierwszy reżyser?

Wychodzi na to, że trochę tak. Tata jest lekarzem, kardiologiem. I do tej pory – mimo że jestem na scenie od niemal trzydziestu lat, a ściślej od 1992 r. – zawsze pyta: „To w czym teraz grasz?”. Odpowiadam na przykład, że gram Wassę Żeleznową w sztuce Maksyma Gorkiego. [Reż. Lena Frankiewicz, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, 2016 r. – przyp. M.J.] Itata pyta dalej: „A co to za kobieta? Jaki to człowiek?”, ja odpowiadam: „Wiesz, to trochę taka kobieta-potwór, jest bezwzględna, idzie po trupach do celu”. I wtedy tato radzi (i tak jest przy każdej roli!): „Gabrysiu, tylko pamiętaj, nie graj twarzą, że jesteś zła, czy bezwzględna. Nic nie „pokazuj”! Tylko pomyśl sobie: „nienawidzę was… nienawidzę…”! I poczuj to w sobie. Wszystko buduj OD ŚRODKA”. Od lat wszystkie uwagi taty przyjmuję z szacunkiem, choć też z lekkim rozbawieniem i rozczuleniem. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę, że przez to, iż tata mi od zawsze mówił: „Nie myśl, co i jak ma się malować na twojej twarzy, buduj od środka emocje i wtedy wszystko samo się zrobi!”, ja rzeczywiście w ten sposób pracowałam. Na ostatnim festiwalu w Gdyni ktoś mi zadał pytanie o mój niezwykły wyraz twarzy w jednej ze scen w „Fudze” – „Jak pani tę twarz zbudowała, jak pani tę twarz uzyskała?”. I zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć…

Łatwo się domyślić, o jaką scenę pytano. O tę w studiu telewizyjnym…

Tak, właśnie o nią. Nigdy nie wiem, jak „się robi” taką albo inną twarz, bo ostatnią rzeczą, o jakiej myślę, jest kontrola tej twarzy podczas sceny. Nikt z nas prywatnie, przeżywając jakieś emocje, nie myśli o tym, w jaki sposób malują się one na naszym obliczu. One po prostu są tam widoczne. Uwielbiam tatę za to, że mi to jako aktorce wpoił, że mnie – może nieświadomie – naprawdę tego nauczył. Ale też pamiętam, co mi Darek Glazer powiedział, gdy miałam zagrać w jego filmie rolę kasjerki, która pracuje w jakimś domu towarowym na dwie zmiany, bo mąż jest bezrobotny, pije, itp. – typowa polska „blokowa kobieta” z dwójką dzieci. [Krótkometrażowy film pt. „Podróż” zrealizowany w 2006 r. w Studiu Munka w ramach programu „30 minut” – przyp. M.J.] Tuż przed zdjęciami zapytałam, jakie by mi hasło dał na tę rolę, jakąś jedną wskazówkę. A on odpowiedział: „Gabrysiu, nie chcę, żebyś tu grała, chcę żebyś była”. I to mi dało skrzydła i zrobiło całą postać! Później przełożyłam to sobie na moją pracę w filmie w ogóle. Tego też wymagał od nas Marek Koterski: „Nie chcę, żebyście grali dzieci, chcę, żebyście nimi byli”. To woda na mój młyn. Z kolei Marian Półtoranos, z którym robiłam monodramy [„Lalki moje ciche siostry”, H. Bardijewskiego, 1988r. i „Pani dobra” wg. Thomasa Bernharda, 1990 r., Teatr KO-KU w Kłodzku, „Podróż do Buenos Aires” Amanity Muskarii, 2001 r., Teatr im. St. Jaracza w Łodzi – przyp. M.J.], nauczył mnie, że wszystko, co znajduje się na scenie, musi być PO COŚ, musi mieć jakieś znaczenie.

Współpraca z nim to twoje początki.

Tak, w Kłodzkim Ośrodku Kultury, byłam wówczas licealistką. Marian Półtoranos nauczył mnie praw, jakimi rządzi się teatr, tego, co jest w nim najważniejsze – zanim jeszcze dostałam się do szkoły aktorskiej. Nauczył mnie rytmów, precyzji, tego, że wszystko ma znaczenie: jak jestem ubrana, jak siadam, ale też, że wszystko, co znajduje się na scenie, powinno, w pewnym momencie, „zagrać”, mieć jakieś znaczenie, nie może być tylko pustym ozdobnikiem.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z twoim teatralnym aktorstwem – to była „Koronacja” Marka Modzelewskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie. Spektakl z 2004 roku w reżyserii Łukasza Kosa, któremu bardzo w tamtym czasie kibicowałam. Nie pamiętam scenografii, pamiętam wyłącznie ciebie jako aktorkę, z ciałem jako narzędziem.

Uwielbiam, tak zwany, teatr ubogi, w którym na pustej scenie są tylko aktorzy, a ilość rekwizytów ograniczona jest do niezbędnych. Chyba że to jakiś zamierzony barok w kostiumach i barok w scenografii – i ma to specjalne znaczenie.

Twoje pierwsze doświadczenia teatralne obfitowały w liczne nagrody.

Nie mogłam dostać się do krakowskiej szkoły teatralnej – nie zdałam raz, po roku drugi raz, a jednocześnie za swoje monodramy otrzymywałam główne nagrody na amatorskich festiwalach. To mi pozwalało wierzyć, że moje marzenie o aktorstwie ma sens. Jednak po tym, jak na festiwalach zgarnialiśmy wszystkie nagrody, jeździłam na egzaminy i odpadałam jako ta, która się kompletnie nie nadaje…

Reklama

To, co teraz przeżywasz, czyli ogromne zainteresowanie tobą i twoją pracą, nie jest niczym zaskakującym, kiedy się widziało ciebie w „Całej zimie bez ognia” i w „Wymyku” Grega Zglińskiego [nagroda za drugoplanową rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2011 r.], albo u Mariusza Grzegorzka – w teatrze, ale też w kinie, kiedy się po prostu ciebie zna z ról aktorskich. Oczywiście można postawić pytanie, dlaczego tak długo trzeba było czekać na ten moment?

Ja na nic nie czekałam – żeby było jasne. Zawsze spełniałam się w swoim zawodzie. Nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że zawód aktorski jest zawodem niepoważnym, jedynie interpretacyjnym, odtwórczym, wtórnym czy ozdobnym. Uważam, że aktorstwo może być sztuką. Nie zawsze nią jest oczywiście – to zależy też choćby od materiału, jaki dostajesz na warsztat. Nie każdy kto maluje jest artystą i nie każdy obraz artysty musi być dziełem. Ale uważam, że aktorstwo może być sztuką i to ona w moim zawodzie kręci mnie najbardziej. Wybrałam może nieco trudniejszą drogę, decydowałam się częściej na ambitne, mało komercyjne projekty, które może przez pierwsze lata nie dawały mi stabilizacji finansowej i rozpoznawalności, ale zawsze przynosiły artystyczną satysfakcję. Teraz często słyszę: „Gdzie pani była do tej pory? Pani nazwisko dziś odmienia się przez wszystkie przypadki, a jeszcze parę lat temu nikt o pani nie słyszał!”.

To nieprawda! Gdybyś była Alicją z „Fugi”, być może odpowiedziałabyś na takie sugestie stanowczo pytając: „A gdzie państwo byli w swoich poszukiwaniach artystycznych?”.

Nie odpowiadam w ten sposób. Rzeczywiście teraz zrobił się szum – może przez to, że skumulowały się sukcesy „Fugi”, m.in. na festiwalu w Cannes, oraz filmu Marka Koterskiego „7 uczuć”. To dla mnie coś nowego, ożywczego, bo przyzwyczaiłam się już do tego, że przez lata, jeżeli byłam na ulicy rozpoznawana, to najczęściej z okrzykiem: o, „Londyńczycy”!

A ja nawet nie chciałam z tobą o tym serialu rozmawiać…Choć to też jest temat.

No właśnie. Grasz w teatrze, duże, trudne, nagradzane role, po czym pojawisz się w serialu i nagle szaleństwo! W „Złotopolskich” zagrałam może w pięciu odcinkach maleńką rolę, policjantkę Jolę, przyjaciółkę śp. Ani Przybylskiej… A tu nagle ludzie na ulicy zaczepiają: „Boże! Czy mogę sobie z panią zrobić zdjęcie?!”. Albo: „Mogę autograf?”. Ale taka jest specyfika tego zawodu.

To wyzwanie, by pomieścić w sobie te dwa światy, te dwa entuzjazmy – niezwykle nobliwych gremiów i tak zwanego przeciętnego człowieka?

Ależ ja bardzo to sobie cenię. Uwielbiam grać w serialach dobrych, ciekawych. Bardzo cenię „Głęboką wodę”, „Paradoks”, „Londyńczyków”, „Rojsta”.

„Rojst” to ostatnia rzecz serialowa, w której wzięłaś udział?

Nie, ostatnią jest „Szóstka”.

Znowu współpraca z Kingą Dębską! [Wcześniejsze spotkanie reżyserki i aktorki to wielokrotnie nagradzany film „Moje córki krowy” z 2015 r. – przyp. M.J.]

Tak, Kinga powierzyła mi w tym serialu jedną z sześciu głównych ról.

Mając świadomość tego, na co cię stać intelektualnie – myślę o stwarzaniu dla siebie ról do zagrania – niezręcznie cię pytać, czy czekasz na większą rolę u Wojtka Smarzowskiego, czy czekasz na spotkanie z Szumowską?

Czekam na ciekawe role i ciekawe spotkania. A wspaniałych reżyserów, takich jak Wojtek czy Małgośka, u nas nie brakuje. Jasne, że marzy mi się powtórne spotkanie z Wojtkiem, na dłużej niż te parę dni, które mieliśmy w „Wołyniu”. To była niesamowita praca, mocne dla mnie przeżycie, wejście w historię, która dotknęła również moją rodzinę. Grając tę malutką rolę mogłam spotkać się z duchami przodków, którzy zginęli na Ukrainie, ale też doświadczyć pracy z Wojtkiem, który poza tym, że jest świetnym reżyserem, jest też niezwykle skromnym i wrażliwym człowiekiem.Wymienić mogę oczywiście mnóstwo innych fantastycznych reżyserów i reżyserek, z którymi bardzo chciałabym współpracować – albo po raz kolejny, albo po raz pierwszy. Ale też nie zdarzyło mi się nigdy tak naprawdę czekać na role, mogę powiedzieć, że pod tym względem na pewno jestem szczęściarą. Zawsze sama również działam, szkoda mi czasu na czekanie – ono jest biernością, zdawaniem się na kogoś, a ja bardzo nie lubię być od kogoś zależna. Bycie niezależną było zawsze moją nadrzędną potrzebą. Obecnie pracuję nad adaptacją pewnej powieści, ten projekt tak jak „Fuga” od lat drąży moją głowę. To fabularno–dokumentalne przedsięwzięcie, w którym zagrałyby dwie bardzo bliskie mi osoby, byłyby bohaterami fabularnej, ale też dokumentalnej części filmu. Mam pomysł w głowie, mam fantastycznego operatora… Ciągle rozwijam własne projekty, piszę, próbuję reżyserii, ale oczywiście aktorstwo jest moją miłością pierwszą i absolutną. I mam nadzieję, że te moje ostatnie trzy nominacje do Polskich Nagród Filmowych ORŁY nie przestraszą za bardzo reżyserów.

Myślę, że tego rodzaju branżowa reguła należy już do przeszłości. Czekam na wszystko, co powstanie pod twoimi auspicjami. Wszelkiej pomyślności, Gabrysiu!

Dziękuję bardzo i tobie również.

 

fot.: Bartosz Maciejewski
fot. backstage: Dominika Woźniak

 

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama