DC z bagien

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Trudno stwierdzić czy wrażliwość czytelników uległa zmianie, a może postmodernizm już dawno osiągnął swoje finalne stadium mieszając wszystko ze wszystkim, nie mniej coraz ciężej mówić o utworach kultury jako jednorodnych gatunkowo. Dajmy na to Pięćdziesiąt Twarzy Grey’a gdzie romans dość bezczelnie czerpie z thrillera, a nawet grozy serwując odbiorcom postać amanta, fetyszysty skrywającego mroczne sekrety. To co dawniej byłoby zaczątkiem niepokojącej opowieści o cenie pożądania, a nawet metaforą Czerwonego Kapturka, dziś może być zwyczajnym romansem.

Sięgając więc po świeżo wydaną  nad Wisłą zbiorczą serię Potwora z Bagien autorstwa Scotta Snydera, nie zdziwmy się, gdy pośród perypetii warzywnego herosa odnajdziemy prawdziwy kalejdoskop emocji i problemów niebezpiecznie bliski Trudnym Sprawom.

Potwór z Bagien jest kultowy, w dużej mierze za sprawą Alana Moore’a, ale też miernej ekranizacji Wesa Cravena, nie mniej historia komiksu jak to bywa w głównym nurcie jest pełna wzlotów i upadków. Nie można jednak o niepowodzenia w całości obwiniać tylko twórców, sam temat wydaje się bardzo karkołomny i zakrawający o żart. Czarodziej z Northampon rozpoczynając swoje rządy na tą specyficzną postacią postanowił wywrócić wszystko do góry nogami, wprowadzając czytelników w świat egzystencjalnych rozważań, w tym pytań: czy roślina może być człowiekiem? Każdy kolejny autor pracując na losami potwora, który kiedyś nazywał się Alec Holland musiał się liczyć z porównaniami do legendarnego mistrza komiksów. Scott Snyder wybrnął z tej pułapki, wymazując koncepcję anglika i zastępując ją swoją. Tak dowiadujemy się, że  dobrze nam znany Potwór z Bagien nie jest jednak roślinną kopia Aleca Hollanda, a jedynie specyficzną próbą przed najważniejszym wyzwaniem postawionym przez Zieleń i parlament Drzew. Znów poznajemy Aleca w ludzkim ciele i wyruszamy z nim w podróż w przeciwnym kierunku od jego przeznaczenia. Jednak jak to bywa w komiksach, nasz protagonista prędzej czy później znów wraca na heroiczną ścieżkę by zmierzyć w kolejnej, generycznej potyczce o losy Ziemi.

Snyder próbując restaurować dawną chwałę drugoligowego bohatera DC komiks stanął przed dość dużym problemem „wydarzeń toczących” te popularne wydawnictwo. Losy postaci musiały się spleść z poczynaniami najpopularniejszych superbohaterów, a także Animal Mana. Czyli zasadniczo wszystko co się dzieje wokół Aleca jest wielkie, bardzo niebezpieczne i znacząco przerasta jego przytulne bagienko. Zgnilizna walczy o zainfekowanie całej ludzkości, najwięksi z największych są bezradni, a starzy wrogowie budzą się do życia. Jakby nie patrzeć odgrzewanie starego kotleta przez DC w nowym sosie z błota i pnączy. Ostatecznie otrzymujemy postapokaliptyczny świat, w którym Zgnilizna widzie prym, a my poznajemy alternatywne losy bohaterów.

Jakkolwiek wizja miała być odkrywcza i oferująca nowe spojrzenie na dobrze znanego bohatera, rynkowe ograniczenia wymusiły recykling starego materiału. Rewolucja fabularna odbywa się w obrębie samej postaci, zdecydowanie penetrując temat horroru cielesnego. Antagonista co rusz się objawia w różnych formach zdeformowanego, abstrakcyjnie uformowanego zgniłego mięsa stanowiąc tło dla całej opowieści. W tej scenerii grzechów branży wędliniarskiej rozkwitają również inne emocje, co zapewne było wymuszone przez dość ambitne plany wydawnicze w zakresie liczby stron sprezentowanych konsumentom. Akcenty flakowe momentami ustępują rozwijającej się na nowo relacji z Abby Arcane z jednej strony miłości naszego bohatera, a z drugiej śmiertelnego zagrożenia. Tak oto jesteśmy świadkami relacji niczym z Romeo i Julii, gdzie balkon w Weronie zastępują tabuny nadgniłych wrogów oraz motocykl. Zasadniczo cała seria to festiwal zapożyczeń zaczynając od Frankensteina przez Draculę kończąc na Terminatorze. Wszystko w służbie rozrywce by bawić i cieszyć.

Złośliwy odbiorca zapyta za pewnie o przesłanie tej epickiej sagi. Tutaj mamy lekki problem , gdyż trudno ująć je w rozsądnych ramach.  Zdecydowanie widać w tym wszystkim pewną bezradność samego autora i jak współczesnego człowieka w mierzeniu się z przyszłymi zagrożeniami. Zgniłe mięso może być przecież metaforą eksploatacji natury, a tym samym między innymi zmian klimatycznych. Czy jest coś bliższego brutalnej ocenie kapitalizmu, niż zalegające na śmietnikach sterty przeterminowanych produktów pochodzących z uboju zwierząt. Wolta tych resztek, będących przecież efektem brutalnego traktowania braci mniejszych i wyjaławiania ekosystemu bez wątpienia byłaby czymś wzniosłym w swej metaforycznym przesłaniu. Niestety na stronach komiksu te powstanie to jedynie kolejny pretekst do mordobicia.

O dziwo rysownik Yanick Paquette doskonale się odnajduje w tym nawale zgniłego mięsa z drugiej ręki. Dynamiczna, dość mainstreamowa kreska niczym reporter wojenny beznamiętnie przekazuje odbiorcom obrazy z frontu mielonej sieczki. Niosąc brzemię niezbyt wspaniałego scenariusza skupia się na skomplikowanej relacji roślin i zgnilizny. W efekcie otrzymujemy pełen rozmachu kadry bliskie batalistycznym skojarzeniom.

Choć wylałem na kolejną odsłonę Potwora z bagien wiele cierpkich słów, nie można pominąć faktu, że to jeden z ciekawszych i wciągających „eventów” DC Comics, które ostatnio czytałem.  Zapewne nie świadczy to najlepiej o kondycji wydawnictwa i jego pomyśle na te najbardziej efektywne marketingowo wydarzenia. Nie mniej opowieść choć nie zachwyca głębią, potrafi wciągnąć i bez poczucia przymusu zachęcić do przebrnięcia przez liczne strony albumu. Na końcu nie zyskujemy zbyt wiele, na pewno ten czas można byłoby spożytkować lepiej, ale przecież czego innego szukamy w komiksach superbohaterskich, jak nie zabicia czasu?

Reklama

Reklama