W Havanie nie ma internetu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W Havanie nie ma panów z małymi ptaszkami. Nie ma też papieru toaletowego, jajek, ani zapałek. Mogę wymieniać dalej, ale…to niemalże neverending story.
Kiedy rzucają jajka w jednym punkcie miasta, wieść bardzo szybko rozchodzi się tradycyjną, analogową drogą przekazu ustnego i kto żyw gna! Gna, by zdobyć zgrzewkę cennego towaru.
A! prawie bym zapomniała! W Havanie nie ma internetu!
To znaczy jest, ale unikatem większym niż jajka, papier toaletowy i zapałki razem wzięte! Żeby z niego skorzystać, zakupić musisz karę. Ta najbardziej popularna to karta godzinna. Po tę godzinną kartę stać możesz w wielogodzinnej kolejce, jeśli chcesz dokonać uczciwego, legalnego zakupu, ale jeśli masz głowę na karku, kupisz ją na lewo od czyhających na każdym rogu karto-sprzedawaczy. Następnie odszukać należy dobry hotel, który, na potrzeby turystów, internet posiada. Nie, nie licz na gigabajty.
Jeśli jesteś turystą, możesz zasiąść w hotelowej kawiarni i tam nacieszyć się połączeniem. Na fejsa i insta wystarczy, o rozmowie na skypie lub wysłaniu większych plików raczej zapomnij. Najbliżej zrobić możesz to w …Panamie! Serio.


Jeśli natomiast jesteś miejscowy, do hotelu cię nie wpuszczą. Można zawsze próbować podczepić się pod jakiegoś przyjaznego turystę i dosiąść się do jego stolika, ale nie wszyscy grzeszą uprzejmością i pomocnym miejscem przy stole. Ja zwykle służę również pomocną kawą, gdyż dla mnie to wydatek niewielki, a dla mieszkańca Havany kawa w hotelu to rozpusta, na którą nie można sobie pozwolić. Dlatego też większość mieszkańców miasta skupia się przy hotelowych ogrodzeniach i tam łączy z cyfrowym światem. Stoją tak często dziesiątki osób, romansując z cyber-przestrzenią chociaż przez parę minut. Oprócz hotelu, internet złapać można również w niektórych parkach, czy instytucjach, to znaczy – “pod” instytucjami. Jeśli, oczywiście, nie wieje. W pogodę sztormową – zapomnij o necie.


W Havanie brakuje bardzo wielu rzeczy. Codzienne życie to kombinowanie – gdzie kupić jedzenie, gdzie zdobyć internet, jak dostać się na drugą stronę miasta, jak nie dać się przekręcić na kasę. Po mieście jeździ się taxi colectivo, czyli starymi, amerykańskimi maszynami, które kiedyś świeciły blaskiem i doskonałością. Teraz świecą zwykle wszędobylską rdzą i ledwo turlają się po rozpalonej słońcem ziemi. Wszystko się w nich urywa, trzeszczy i pokwikuje. Słowo “pokwikuje” odkurzyło w mojej głowie wspomnienie, kiedy to jechałam colectivo ze świńską głową pod nogami. Nie, nie była moja. Sąsiada z lewej, gdyż w taxi jeździ się grupowo, ile wlezie, a jak nie wlezie, to można jakoś docisnąć kolanem albo jechać z uchylonymi drzwiami – prosta sprawa. Wracając jednak do głowy. Łeb był to świński. Świeżo obcięty był, z pozostawionym lekkim zdziwieniem w oczach, gdyż oczy nadal w owym łbie tkwiły i łypały na mnie z reklamówki umieszczonej na podłodze auta. Idealna przejażdżka dla osoby, która od dziewiątego roku życia jest vege.
Ale ja nie o tym.


Dlaczego z małych, barcelońskich ptaszków, kocim pląsem, przedostałam się do wiele “niemającej” Havany? Gdyż Havana posiada skarb największy. Skarb, o którym marzyłam od dziecka. Havana ma muzykę. Żyje nią. Tętni. Oddycha. Tańczy. Spakowałam jej sporo do swojego tobołka. Dorzuciłam flamenco – skarby znalezione w Barcelonie i wymieszałam z polskimi smakołykami – melancholią i słowem.
Teraz Wam będę serwować!
Smacznego!

 
Reklama
 
Reklama

Reklama