ANYWHERE          TV           REDAKCJA

Carrie Bradshaw knows good sex (and isn’t afraid to ask)? We know good sex (and aren’t afraid to answer)

Ola Garlej

sex-w-wielkim-miescie-1

Agnieszka Kępa | @cutfiction

Niektóre pierwsze razy pamięta się całe życie. Zakup pierwszego biustonosza. Pierwsze wyjście w szpilkach. Pierwszy (i każdy kolejny) chłopak, który miał być tym jedynym.

I pierwszy obejrzany odcinek „Seksu w wielkim mieście”.

Bez nadziei na olśnienie i nagły zachwyt skaczę po kanałach. Na Comedy Central czołówka jakiegoś serialu. Blondynka w tiulowej spódnicy spaceruje po zatłoczonej ulicy Nowego Jorku, za jej plecami migają żółte taksówki i błyszczą szklane wieżowce. Z offu leci wygrywany na ksylofonie kawałek w jazzowym klimacie. Reklama, naklejona na boku przejeżdżającego autobusu przekonuje, że „Carrie knows good Sex (and isn’t afraid to ask)”.

Jest środek nocy, ale i środek wakacji. Gorąco jak w piekarniku, ale bardziej niż od temperatury pocę się ze stresu. Jeśli do pokoju wejdą moi rodzice, to nie ma wątpliwości, że spalę się ze wstydu. Bo że trafią na scenę z rodzaju „tych scen” jest tak samo pewne jak to, że kanapka zawsze spadnie dżemem do dołu; albo że kolejka obok zawsze będzie się przesuwać szybciej niż ta, w której my stoimy. Zresztą już sam tytuł przywodzi na myśl raczej film erotyczny niż dokument o nornikach preriowych (chociaż w przypadku tych zwierzątek, wcale nie tak monogamicznych jak się powszechnie uważa, taki tytuł nie byłby aż tak bardzo na wyrost).  Telewizor ustawiam więc na minimalną głośność. W zasadzie ledwo dosłyszę dialogi. W dłoni ściskam pilot; w razie potrzeby w sekundę zmienię kanał.

Mam 14 lat i tej nocy oglądam ciurkiem dziesięć odcinków „Seksu w wielkim mieście”.

W kolejnych latach wszystkie sześć sezonów obejrzę w całości po kilka razy (sezon 4 pewnie nawet kilkanaście). Te same odcinki na różnych etapach życia interpretuję zupełnie inaczej. Jeśli na początku niewiele rozumiem z dylematów czterech nowojorczanek, to kilka lat później doświadczam ciężaru ich rozterek – na własnej skórze albo skórze moich koleżanek.

 
Reklama

Trudno powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie zatopiłam się w „Seksie w wielkim mieście”. Nie zamarzyłam o przeprowadzce na Manhattan, szpilkach od Manolo Blahnika i kreatywnej pracy, która pozwoli mi za te szpilki zapłacić. Kupiłam jednak klimat Nowego Jorku (zatopionego po uszy w kiczowatych latach 90, ale nadal ociekającego klasą), bezpruderyjnych dialogów i dających do myślenia monologów Carrie. SATC dostarczał tego rodzaju rozrywki, którego nie traktowałam jako marnotrawstwa czasu (co nie jest normą, jeśli w grę wchodzi telewizor). Łyknęłam przy okazji parę podkoloryzowanych motywów: że zawód dziennikarza to świetnie płatna fucha (skoro felietonistkę publikującą jeden tekst tygodniowo stać na mieszkanie na Manhattanie, stołowanie się na mieście i torebki od projektantów; że lunche z koleżankami udaje się zorganizować ad hoc nawet wtedy, gdy koleżankami są trzy dorosłe, pracujące na pełen etat kobiety; i w końcu – że w szafie niewiele większej od kabiny prysznicowej zmieszczą się kilometry kwadratowe ciuchów.

Ale jeśli tych kilka rozczarowań miało być zapłatą za opanowanie informacyjnego chaosu i poukładanie moich myśli, to cena nie była wygórowana.

Sex and the City był ważnym głosem w mojej nastoletniej mentalnej rewolucji. Nie zamienił mnie z brzydkiego kaczątka w tańczącego na lodzie łabędzia (bo ani nie myślałam o sobie jak o brzydkim kaczątku, ani nie było moim marzeniem, żeby zostać łabędziem), ale wbił mi do głowy kilka ważnych rzeczy. Że można być równie szczęśliwą będąc żoną, partnerką czy singielką. Że to, czy będę w relacji z mężczyzną, kobietą czy z obojgiem jednocześnie, zależy tylko ode mnie i człowieka/ludzi, z którym/którymi w tę relację wchodzę. Że taktyka, którą podsuwali mi twórcy bajek, scenarzyści komedii romantycznych i autorzy tkliwych ballad w zderzeniu z rzeczywistością rozpada się na kawałki, bo prowadzi nie do miłosnego raju, ale do poczucia zagubienia, frustracji i kompleksów.

Reklama

Że związek nie wtedy jest dobry, gdy pasuje rodzinie i znajomym, ale wtedy, gdy nikogo nie krzywdzi.

Od emisji pierwszego odcinka „Seksu w wielkim mieście” minęło ponad dwadzieścia lat. Jak bardzo zmieniło się od tego czasu nasze podejście do związków, seksu i miłości? Jak dziś odpowiedziałybyśmy na pytania, które w swoich felietonach stawiała Carrie?

Nie będziemy wchodzić w rolę krytyków – oceniać, czy Sex And The City to serial dobry, czy nie. Co jednych grzeje, innych chłodzi, a jeszcze innych w ogóle nie interesuje. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że SATC bezceremonialnie wskazał palcem na te ważne sprawy, na które nie zwracano większej uwagi. Nikt nie wołał, wszyscy potrzebowali.  

W naszym nowym instagramowym cyklu „Answer Carrie” będziemy zastanawiać się, czy singielki i mężatki toczą dziś zimną wojnę? Jakie zasady obowiązują przy rozstaniu? I czy z ex można się przyjaźnić? 

Nowe odcinki w każdy poniedziałek na naszym Instagramie.

 

 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE