Na takie debiuty warto czekać – wywiad z Marcinem Spennerem

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Marcin Spenner, pochodzący z Gdyni wokalista o ciekawej barwie głosu, śpiewa od 2010 roku, jednak prawdziwą popularność przyniósł mu rok 2012 i udział w programie X-Factor. Wraz z Dawidem Podsiadło dotarł do finału, zajmując ostatecznie drugie miejsce. Po programie, nagrał swój pierwszy singiel i zniknął…

Dziś wraca z większym doświadczeniem oraz dojrzałym i przemyślanym materiałem. Nagrał bardzo dobrą płytę, bez oglądania się na stacje radiowe i obecnie panujące trendy.

Justyna Bzdak: Spotykamy się dzisiaj w mojej ulubionej warszawskiej kawiarni “Warszawski lukier”. Gdybym przechodziła obok, jeszcze miesiąc temu, spojrzałabym i powiedziała – o, to ten chłopak z X-Factora. Dzisiaj odpięłabym od Ciebie już tą łatkę. Program na pewno dał Ci rozpoznawalność, ale teraz idziesz swoją drogą. Ludzie zaczepiają Cię na ulicy i proszą o zdjęcia?

Marcin Spenner: Czasy rozpoznawalności, o której mówisz już trochę minęły, przynajmniej na taką skalę jak miało to miejsce siedem lat temu. Nie ma porównania do tego co działo się po programie, kiedy moi koledzy nie chcieli iść ze mną np. do Tesco (śmiech). Nie czuli się komfortowo w momencie kiedy otaczali mnie ludzie i robili sobie że mną zdjęcia.

Pierwszego lutego rozpoczął się dla Ciebie nowy etap w życiu – premiera płyty. Poszperałam trochę w internecie na ten temat i Twój debiutancki album “Na czas” został bardzo dobrze odebrany. Osobiście uważam, że jak na jego jakość, nadal jeszcze zbyt mało osób do niego dotarło. To był z pewnością ważny dzień dla Ciebie. Zasnąłeś wieczorem spokojnie?

Pamiętam, że jeszcze kilka dni przed premierą, kiedy już miałem w ręku swoją płytę, naszło mnie dziwne uczucie. Miałem pretensje do siebie, że nie cieszę się tak, jak powinienem, jak to sobie wyobrażałem, że nie ma we mnie tych emocji, na które czekałem. Z każdym kolejnym dniem napięcie wzrastało i w dniu premiery byłem pełen werwy i podniecenia. Znam tę płytę już od jakiegoś czasu, a cały okres do momentu jej wydania nie należał do najłatwiejszych, więc kiedy ostatecznie nadeszła premiera, poczułem pewną ulgę. Dotarło do mnie, że się udało, przebyłem długą drogę, ale w końcu mogę zmienić sposób komunikacji i zakończyć etap bycia wiecznym debiutantem. To duży komfort psychiczny.


Reklama

Do tego sukcesu przyczyniło się wiele osób, Twój zespół, producent, wytwórnia…

Zdecydowanie tak. Sam Marcin Spenner mógłby sobie z tym nie poradzić i nie dźwignąć tego w pojedynkę. Faktem jest, że po programie odzywało się do mnie bardzo wielu ludzi z branży muzycznej, ale to wszystko sprowadzało się do pewnego odcięcia kuponu od mojej popularności. Po pewnym czasie udało mi się dotrzeć do ludzi, którzy myślą w podobny do mnie sposób. Ludzi, którzy nie słodzą i nie mówią jaki to jestem świetny, tylko potrafią wskazać mi gdzie popełniam błędy. Skupiliśmy się na tym, aby dotrzeć do mojego prawdziwego muzycznego ja, a to był zdecydowanie klucz otwierający furtkę do dalszych działań.

Po programie, nie wybrałeś drogi na skróty i nie wydałeś płyty na fali popularności i rozpoznawalności, którą dał Ci X-Factor. Znikłeś na te kilka lat, by wrócić „Na Czas”?

Tak, zaraz po programie trzeba działać szybko, na fali rozpoznawalności, kiedy jest się w centrum zainteresowania. Wtedy też pojawia się presja czasu, co może być złym doradcą, szczególnie, gdy nie ma się do końca obranej drogi. Wiadomo, są przykłady artystów, takich jak Dawid Podsiadło, czy Grzegorz Hyży, którzy wykorzystali swoje pięć minut w idealny sposób. Oni jednak, już na etapie programu, doskonale wiedzieli, w którą stronę chcą podążać. Ja byłem jeszcze na takim poziomie świadomości muzycznej, że gdybym wykorzystał ten czas działając pochopnie, być może dzisiaj byłbym w miejscu nie do końca zgodnym z moim sumieniem. Wolałem się zatrzymać, zajrzeć w głąb siebie i poszukać mojego prawdziwego muzycznego ja. Dzięki temu dzisiaj nie mam poczucia, że nie wykorzystałem swojej szansy. Wręcz odwrotnie, bo w stu procentach utożsamiam się z tym co śpiewam na płycie.

Tak czy inaczej to Ty stoisz na froncie i zbierasz pierwsze oklaski. Jakie to uczucie kiedy widzisz swoją płytę w Empiku na półce? Duma czy bardziej onieśmielenie? Odnoszę wrażenie, że jesteś trochę skromny?

Moja skromność wynika zapewne z tego, że tak zostałem wychowany albo taką mam naturę. Łatwo jest jednak pomylić skromność z brakiem pewności tego co się robi. Przez ostatnie lata bardzo dużo się nauczyłem. Spędziłem mnóstwo czasu w studio Custom34, obserwując producentów i muzyków w pracy. Dużo zawdzięczam Piotrowi Łukaszewskiemu, który wraz z właścicielem, Sławomirem Mroczkiem, wprowadzili mnie do świata muzyki. Poznałem instrumenty, o istnieniu których wcześniej nie miałem pojęcia. Tym samym budowałem w sobie poczucie pewności, która była już czymś poparta. To z kolei pozwoliło mi poczuć w pełni uzasadnioną satysfakcję, tworząc materiał na płytę i dumę widząc ją na półce sklepowej.

Jakbyś opisał gatunkowo tę płytę? I czy w ogóle chcesz ją kategoryzować? Zauważyłam, że dużo osób ma z tym problem, żeby ją przypisać do konkretnej kategorii.

Akurat to jest, według mnie, atutem tej płyty. Spotkałem się nawet z opinią, że momentami jestem mało wyrazisty i mogłem pokusić się o więcej mocnych numerów. Oczywiście, konstruktywna krytyka jest jak najbardziej mile widziana, ale recenzentów którzy tak mówią zapewniam, że zmienią zdanie przy kolejnych odsłuchach. Na tej płycie na nic się nie silę, w sensie wokalnym, nie staram się niczego udowadniać. Mam większy zakres możliwości wokalnych, ale to zostawiam na później. Gdy ktoś nie potrafi dokładnie skategoryzować mojej muzyki, traktuję to jak komplement, bo nikt mi przecież nie powie, że śpiewam jak James Bay albo jestem podobny do kogoś innego. Jeśli miałbym określić gatunek jaki reprezentuję, zestawiłbym to w kategorii indie-pop-rock.

Mam wrażenie, że na polskiej scenie muzycznej jak jest na coś moda, to zaraz można zaobserwować wysyp takich samych zespołów i artystów. Tylko, że to, co modne, kiedyś mija i o tych artystach się zapomina. Mało kto dziś potrafi być sobą i pokazać to bez kreowania się na jakąś „postać sceniczną”. Ty natomiast robisz to doskonale. Jak oceniasz polską scenę muzyczną i obecnych debiutantów?

W moim odczuciu przez ostatnie lata w polskiej muzyce dzieje się bardzo dobrze. Zauważyłem, że jeszcze niedawno był jasny podział na pop i na alternatywę. Teraz ta granica się zaciera, można swobodnie łączyć jedno z drugim. Fajna, lekka, łatwo przyswajalna popowa piosenka z mniej oczywistym, trudnym tekstem może połączyć te dwa światy. Dodajmy do tego brzmienia z lat 70-tych czy 80-tych, wpasowując się w trendy bądź odwrotnie – na przekór, pod prąd. Możliwości jest mnóstwo, więc w czasach takiego dostępu do muzyki jaki mamy aktualnie, każdy znajdzie coś dla siebie. To jest piękne.

Największą moją uwagę podczas słuchania płyty zwróciły teksty. Chciałam dopytać o nie, zwłaszcza te polskie, które zostały napisane przez Karolinę Kozak i powstały na podstawie opowiadań, które ty pisałeś. Jak bardzo identyfikujesz się z tymi słowami? Czy to są historie, które miały miejsce, czy może chcesz przez nie komuś coś powiedzieć?

(śmiech) Tego ode mnie nie wyciągniesz. Nie lubię za bardzo wszystkiego wykładać kawa na ławę. Te teksty też nie są aż tak skomplikowane, że trzeba je godzinami analizować, z drugiej strony – nie są też zupełnie oczywiste. Taki idealny balans. Jeśli na płycie są moje osobiste historie, to wie o tym tylko Karolina. Nie powiem Ci też kim była tytułowa Lucy.

Szkoda, właśnie chciałam o to zapytać.

Dużo osób o to pyta. Czasami wydaje nam się, że pewne piosenki są o miłości, a tymczasem autor miał coś zupełnie innego na myśli. Być może tak właśnie jest z Lucy.

Oprócz tych spokojniejszych utworów, na płycie są też mocniejsze kawałki, które dają sporo energii, co w szczególności można poczuć na koncertach na żywo. Lubisz kontakt z publicznością?

Koncerty rządzą się zupełnie innymi prawami. Dochodzą emocje, energia od publiczności, zespół grający na żywo, mocne gitary i organiczne uderzenia perkusji. To jest totalnie inna bajka niż to, co słychać na płycie. Nawet moi rodzice po koncercie premierowym powiedzieli, że zaskoczyło ich to, co zobaczyli i usłyszeli, że wtedy mogli to dopiero poczuć i w pełni zrozumieć. To jest chyba najlepsza recenzja jaką mogłem dostać. Ludzie chcą mieć możliwość posłuchania płyty w spokoju, w warunkach domowych, a potem zweryfikować doznania na koncercie, dostając prawdziwą, realną energię. Były osoby, które wróżyły mi, że będę mistrzem od ballad. Zapraszam na koncert, żeby się przekonali, że nie tylko. Oczywiście, jest miejsce na ballady, bo są momenty, kiedy chcę się po prostu odłączyć na scenie, zamknąć oczy i “odlecieć”. Tak na przykład jest, gdy śpiewam utwór “Jesteś”, który jest dla mnie bardzo osobistą piosenką. Wtedy nie istnieje nic, tylko zespół, dźwięki i ta cała historia, którą wewnętrzne przeżywam. Z kolei “Na czas”, “Help”, czy “Revolution” uwalnia we mnie zupełnie inne emocje i wtedy na scenie jest szał.

Muszę przyznać, że z Twoją charyzmą i głosem, mogę sobie Ciebie wyobrazić na Męskim Graniu. Zgodziłbyś się, gdyby padła taka propozycja?

Oczywiście, że tak! Trzeba mierzyć wysoko. Wiesz co, mam swoje techniki i staram się wizualizować pewne sytuacje. Z tego co pamiętam, jednym z pierwszych takich projekcji jest występ na Wembley. Wiadomo, prawdopodobieństwo, że mi się to uda jest małe, ale chodzi tutaj bardziej o to, żeby wystąpić na scenie przed tysiącem dobrze bawiących się ludzi. Męskie Granie z pewnością jest takim festiwalem i przypuszczam, że każdy artysta chciałby tam wystąpić. Jeśli utrzymam koncentrację i skupienie, które mam od pewnego czasu, być może zostanie to zauważone i docenione.


Reklama

Jakieś konkretne plany co do kolejnego albumu? Idziesz za ciosem, czy dasz sobie chwilę oddechu?

Teraz nie ma czasu na odpoczynek. Zbieram materiał na kolejny album i jest już tego dosyć sporo. To, co znajduje się na pierwszej płycie jest pewnego rodzaju esencją mojej pracy z ostatnich kilku lat. Przed rozpoczęciem produkcji miałem ponad czterysta nagrań na dyktafonie. Pamiętam jak Bogdan Kondracki, producent płyty, kazał mi przygotować dziesięć najlepszych. Zajęło mi to cały dzień, a i tak nie miałem pewności czy się nadają. Na chwilę obecną takich nagrań mam około pięćdziesięciu, to są fragmenty, refreny, jakieś frazy. Tym razem, jednak, każde z nich ma coś w sobie i posiada tą świadomość o której rozmawialiśmy.

Nie jesteś już debiutującym dwudziestolatkiem, ale debiutujesz z konkretnym i przemyślanym materiałem, gdzie widzisz się za 10 lat?

Zdecydowanie scena i deski teatru (śmiech). Gdy byłem dzieckiem miałem astmę i mama opowiadała mi, jak pojechaliśmy do przychodni i tam czekaliśmy na wizytę u lekarza. Przed nami czekało sporo ludzi, a ja nagle zacząłem się dusić. Oczywiście, wpuścili nas bez kolejki. Gdy zamknęły się drzwi do gabinetu, powiedziałem do mamy z dumą: „I co? Dobrze zagrałem?” (śmiech) A tak na poważnie, chciałabym i dążę do tego, aby być muzykiem kompletnym. Chciałbym nadrobić zaległości i móc kiedyś nie tylko śpiewać, ale zagrać na swoim koncercie na gitarze czy pianinie. Być bardziej wszechstronny w tym co robię. W dziesięć lat powinienem się wyrobić.

Kim byłby Marcin Spenner, gdyby nie muzyka?

Zanim zająłem się muzyką na poważnie pracowałem w gastronomii, więc najprawdopodobniej byłbym gdzieś w kuchni, najlepiej pod skrzydłami utalentowanego szefa. Prawda jest jednak taka, że nie jest to zawód dla każdego. Tutaj liczy się po pierwsze pasja, po drugie bardzo ciężka praca. Oprócz tego, od ponad dwóch lat wraz z sąsiadem, programistą tworzymy funkcjonalną aplikację mobilną. Nie mogę zdradzić dokładnie na czym polega, ale jest to projekt, w którym pokładamy spore nadzieje i planujemy wypuścić ostateczną wersję jeszcze w tym roku.

Kiedyś pewien artysta powiedział, że sukces to nie jest ilość sprzedanych płyt, czy ilość wyświetleń na You Tubie, ale ilość ludzi pod sceną na koncertach. Chciałabym życzyć Ci pełnej Ergo Areny na Twojej muzycznej drodze.

Ergo Arena to jest właśnie takie moje Wembley. (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.

 

fot.: Dominika Woźniak

 

Autor

Justyna Bzdak – Radości z życia szuka w muzyce, a spokoju i przestrzeni w górach. Muzycznie nie zamyka się na konkretne gatunki, słucham wszystkiego, co mnie poruszy. Dorastała przy The Kelly Family, dziś najbliżej mi do polskiej alternatywy. Na co dzień marketing i Social Media, co daje osiem godzin dziennie za biurkiem w jednej z warszawskich agencji reklamowych, po 17:00 zaś odkrywa uroki stolicy, chodzi na koncerty i czyta ładnie wydane magazyny! Autorka bloga Towarzyska.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama