ANYWHERE          TV           REDAKCJA

„W życiu możemy mieć wszystko! Ale nie wszystko w tym samym momencie.” Wywiad z Urszulą Gacek

urszula-gacek

Czy spotkaliście kiedyś na swojej drodze rozmówcę, który postawił Wasz umysł w stan najwyższej gotowości? Czy kiedykolwiek czerpaliście przyjemność z adrenaliny powstałej na skutek starcia intelektów? Harry Truman mawiał, że „takt to zdolność nadepnięcia komuś na odcisk bez zabrudzenia mu butów”. Czy dyplomata posiada taką umiejętność? Czy jednak podążając za rozumowaniem Winstona Churchilla sprawia, że jego przeciwnicy odchodząc do piekła pytają się jeszcze o drogę? Wyrafinowana i pełna niuansów gra pozorów czy wielka pasja, przygoda życia i mądra zdolność analitycznego zrozumienia otaczającego nas świata? No właśnie, kim jest dyplomata i czy jest jakiś żelazny zbiór cech gwarantujących sukces w tej jakże delikatnej sferze służby publicznej? 

Z Urszulą Gacek, absolwentką studiów ekonomicznych na Uniwersytecie Oxfordzkim, dyplomatką, senator, eurodeputowaną, ambasador nadzwyczajną i pełnomocną, stałą przedstawiciel RP przy Radzie Europy w Strasburgu, konsul generalną w Nowym Jorku i pierwszą Polką, która stanęła na czele największej misji w historii Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, monitorując minione wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, rozmawiałam o szacunku do edukacji, życiu na najwyższych obrotach, podróżach, pasji, determinacji, wierze w siebie, mądrych relacjach z dziećmi oraz o… produkcji octów. Jeśli na jakimś etapie 2020 roku poczuliście się zmęczeni i przytłoczeni przeczytajcie wywiad z kobietą, która nie zwalnia kroku. Wydarzenia minionego roku to zaledwie przedsmak tego, co ma w zanadrzu w nadchodzącym czasie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Octovnia (@octovnia)

Pani ojciec był żołnierzem armii gen. Andersa, uczestnikiem walk pod Monte Cassino. Jak bardzo identyfikuje się Pani ze swoimi przodkami i czy w genach można odziedziczyć taką głęboką potrzebę służby, czy jest ona zupełnie niezależną wypadkową Pani pasji i determinacji? 

Można by uznać, że w zasadzie znalazłam się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Miałam odwagę podjąć właściwą decyzję. Jak trafia się coś, co jest mgliste i jeszcze mało prawdopodobne, to czasami łatwiej jest odpuścić. Ja jednak nie odpuściłam, nigdy.

A wracając do mojego taty. Był zwyczajnym żołnierzem, saperem. Zawsze żartuję, że odziedziczyłam przydatne geny, bo w polityce człowiek nieustannie porusza się po polu minowym. Geny ojca i zdolności saperskie prawdopodobnie mi się przydały. Ale od taty otrzymałam też jedną z najważniejszych lekcji życiowych. Był Sybirakiem. Wiedział co to znaczy stracić wszystko. Został wywieziony na Syberię i większości członków swojej rodziny już nigdy nie zobaczył.

Powiedział mi kiedyś, że jeśli przytrafi mi się taka sytuacja, że będę miała godzinę na spakowanie całego dorobku swojego życia, to zabiorę tylko to, co mam w głowie. 

Rodzice zawsze kładli duży nacisk na naukę. Miałam podwójne szczęście. Urodziłam się i wychowałam w Wielkiej Brytanii, w Manchesterze, w takim czasie, że jeśli ktoś nie miał dużych możliwości finansowych to miał i tak szansę dostać się na bardzo dobre studia. System szkolnictwa był tak sprofilowany, że mając jedenaście lat zdawało się egzamin, który albo kwalifikował do ścieżki bardziej zawodowo-technicznej, albo bardziej akademickiej. Ja zakwalifikowałam się na tę ścieżkę akademicką. Trafiłam do bardzo prestiżowej, żeńskiej szkoły katolickiej. To była bardzo surowa szkoła. Poprzeczkę stawiali nam bardzo wysoko.

Tam się nauczyłam, że wszystko jest możliwe. Nie ma rzeczy, której nie można osiągnąć. 

W szkole poza osiągnięciami naukowymi nauczyłam się też świetnie gotować, szyć, haftować. Nabyłam bardzo dużo umiejętności praktycznych. Ta placówka wysyłała co roku poważną grupę swoich absolwentek do Oxfordu i do Cambridge. I każda z nich potrafiła jednocześnie być wzorową matką i żoną, zacerować skarpetę i przygotować christmas pudding. Akurat niedawno sama go przygotowywałam dla rodziny. Ten etap to jeden z ważniejszych filarów mojego wczesnego życia

Kiedy moje koleżanki Angielki miały wolne soboty, to ja wtedy musiałam chodzić do polskiej szkoły. W tamtym momencie to była dla mnie wielka udręka. Największym jednak skarbem tej placówki byli nauczyciele. To była śmietanka. Do matury z języka polskiego przygotowywała mnie Pani Zofia Żaba z domu Sulik. Jej ojcem był Nikodem Sulik, generał brygady Wojska Polskiego i prawa ręka gen. Andersa. Uczyli mnie profesorowie, absolwenci najlepszych lwowskich uczelni. Rodzice bardzo mnie pilnowali, ale to tej szkole zawdzięczam takie zanurzenie (mimo głębokiej komuny panującej w Polsce) w przedwojennym etosie. Ta szkoła miała na mnie ogromny wpływ. Ci ludzie nie zarabiali ucząc nas, to był dla nich wolontariat, misja. To są ludzie, których ja pomimo upływu pół wieku cały czas doskonale pamiętam. Pani Zosia Żaba zmarła dwa lata temu. Prawie do końca jej życia miałam z nią kontakt.

Moja wczesna edukacja to była wyjątkowa sytuacja. Surowe siostry Irlandki wpoiły w nas poczucie bezwzględnej odpowiedzialności. Ja w życiu nie byłam na wagarach. Nigdy nie poszłam do szkoły bez odrobionej pracy domowej. W naszej szkole nikt nie palił papierosów. To było nie do pomyślenia. Kłamstwo nie mieściło nam się w głowach.

Czy dyplomatą jest się z powołania? Z pasji? Z przymusu? Co dzisiaj kieruje kandydatami na młodych dyplomatów?

Ze studentami Europejskiej Akademii Dyplomatycznej mam jeden do dwóch wykładów miesięcznie. W zależności od bieżącego zainteresowania. W grudniu, w ramach różnych programów, miałam kilka takich spotkań. To są bardzo fajne zajęcia. Nie każdy marzy o karierze w dyplomacji, mimo, że chodzi na te zajęcia. Teraz wszystko oczywiście jest w wersji online. To są często osoby, które pracują w organizacjach pozarządowych, myślą o karierze politycznej, część o dyplomacji, część o administracji państwowej.

Czasami też spotykam ludzi ze środowisk biznesowych, którzy chcieliby nabrać trochę ogłady w sprawach protokolarnych. Także to są bardzo różne osoby, na ogół dojrzałe.  Najmłodsi to tacy, co kończą licencjaty. Najczęściej to jednak ludzie ze studiów magisterskich lub pracujący zawodowo. Dyplomacja przyciąga. Jak patrzę na profile studentów to są to ludzie, którzy np. studiują lub studiowali stosunki międzynarodowe, czy też prawo. Ale nie tylko i wyłącznie. Jak pracowałam w Strasburgu to poznałam ambasadora Andory przy Radzie Europy, który był poetą. Po prostu – był poetą i również ambasadorem. To pokazuje, że nie zawsze trzeba przejść taką typową dla tego zawodu ścieżkę.

Mam z nimi za krótki kontakt. Z jedną grupą spotykam się może trzy razy. To nie są takie relacje, że masz grupę studentów i prowadzisz ich przez semestr. Zawsze jednak jak byłam ambasadorem, ale również na placówce w Nowym Jorku, to zachęcałam ludzi do staży. Szczególnie w Strasburgu starałam się udostępniać te staże osobom, które nie były oczywistymi kandydatami. Preferowałam osoby z mniejszych miejscowości, bez koneksji. Mieliśmy przypadki ludzi absolutnie rewelacyjnych. Były też przypadki beznadziejne. Jak to w życiu. Ale na ogół byli dobrzy.

Często, co ciekawe, młodsi koledzy i koleżanki z zespołu mieli dłuższe staże pracy w dyplomacji niż ja. Poświęcili pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych całe swoje życie zawodowe. A ja nie. Starałam się dzielić z nimi moimi doświadczeniami z biznesu czy też z polityki. Mogę powiedzieć śmiało, że z wyjątkiem jednej osoby, która była trudna i nigdzie nie zostawiła po sobie dobrej opinii, miałam zawsze do czynienia z bardzo dobrą kadrą. Przyjaźnię się ze wszystkimi, z którymi kiedyś współpracowałam.

W tym czasie, z tych wszystkich ludzi, z którymi współpracowałam, zarówno w Strasburgu oraz w Nowym Jorku, były pojedyncze przypadki osób, które były po prostu stworzone do tej pracy. Ktoś może chcieć i codziennie ćwiczyć intensywnie grę na fortepianie. Jeśli jednak nie ma wrodzonego talentu, to zawsze będzie przeciętny. Będzie dobry, kompetentny i sumienny, ale nie będzie miał tej iskierki. Osoby z taką iskrą, z którymi miałam przyjemność współpracować, to są urodzeni dyplomaci. To są osoby kompetentne, ale też bardzo empatyczne.

Sztuka dyplomacji według Urszuli Gacek to? 

To jest wielka przygoda. Cieszę się, że mam teraz przyjemność współpracować z OBWE.

Na misjach, którym ostatnio szefuję, mam możliwość zetknąć się z dyplomacją w najczystszej formie. 

Trzeba zarządzać dużą grupą ludzi. Z większością z nich nie pracowałam wcześniej. Spotykam ich na różnych misjach po raz pierwszy. Lądujemy np. w USA w niedzielę, w poniedziałek idę do biura przygotować się do pracy, we wtorek mam konferencję prasową, gdzie inauguruję całą misję. Zespół musi być już zwarty i gotowy. Tu nie ma czasu. Jak mówi się potocznie: You have to hit the ground running. 

Potem trzeba też zetknąć się z wieloma problemami. Ktoś nie chce się spotkać, ktoś utrudnia pracę. Znając swoje możliwości trzeba grzecznie, acz stanowczo umieć wymagać określonych działań. Zdecydowałam się na misjach wprowadzić zasadę, że szkolę z protokołu. Od moich zastępców, po kierowców łącznie. Jeśli ktoś wyjeżdża w teren, spotyka się z urzędnikami to musi wiedzieć jak się zachować. Na misji spotykają się ludzie z bardzo różnych kultur. Mam obserwatorów z Azerbejdżanu, z Belgii. Czasami to są obserwatorzy z czterdziestu siedmiu różnych krajów. Od Tadżykistanu, po Kanadę. Ludzie przyjeżdżają z różnymi nawykami, z różnym nastawieniem. Czasami są po raz pierwszy na misji. A trzeba ich wypuścić w teren. To nie jest łatwe i zawsze niesie ze sobą duże ryzyko. Zetknęłam się z różnymi incydentami. Wypadki, zawały, szpitale. Ludzkie sprawy. Ostatnia sobota w Waszyngtonie. Przyjeżdża wielka pro-Trumpowa demonstracja. Niedaleko naszego hotelu była strzelanina. Dzwoni do mnie nasz ekspert ochrony. Muszę wydać natychmiastową decyzję, że wszyscy obserwatorzy mają wrócić do hoteli. Nie ma wtedy sprzeciwu. Ma być absolutne posłuszeństwo. Jak wracam z takiej misji po dwóch miesiącach, to jestem wykończona. Ale jak się zregeneruję przez jakieś dwa miesiące, to chętnie jadę na następną.

Ta praca to też najczęściej bardzo długie negocjacje. Praca w konsulacie to zupełnie inna historia. Ludzkie problemy, fabryka paszportów i wiz, zgony, trudne historie. Przy pracy w konsulacie wymagana jest empatia pozwalająca pomóc ludziom, którzy akurat znajdą się w jakiejś kłopotliwej sytuacji, ale również potrzebna jest stanowczość.

W Strasburgu natomiast prawie cały czas coś negocjowaliśmy. Podejmowaliśmy bardzo dużo inicjatyw. Trzeba mieć to coś w takich sytuacjach. Jeśli ktoś jest arogancki lub źle przygotowany to nigdy nie będzie dobrym dyplomatą. Trzeba być dobrym, przebiegłym, trzeba lubić swoją pracę.

Pamiętam kryzys po aneksji Krymu i straszne awantury. Zarówno Ukraina jak i Rosja są członkami Rady Europy. Wszyscy byli obecni w czasie negocjacji. A ja osobiście byłam bardzo zaangażowana w to, aby wspierać Ukraińców. Ambasador Rosji był bardzo doświadczonym, zbliżającym się do emerytury dyplomatą. Pamiętam, że to była wielka walka intelektu. Wyrafinowana walka na słowa, w której nigdy nie zostały przekroczone granice grzeczności, ale jednak podprogowo można było przekazać bardzo stanowcze komunikaty. Pamiętam, jak siedziała za mną cała moja ekipa, która zagrzewała mnie do walki. A tam tak naprawdę trzeba było pilnować każdego słowa, żeby nie wywołać lawiny zdarzeń, które mogłyby doprowadzić do bardzo różnych konsekwencji. To takie sytuacje i rozmowy, z których człowiek wychodzi niezwykle nabuzowany. Ale wszystko zawsze trzeba było robić i działać w białych rękawiczkach. To były świetne lata i udało nam się zrobić wspaniałe rzeczy. Przeforsowaliśmy konwencję o przemocy domowej. Tym bardziej z bólem serca obserwuję w jakim teraz jesteśmy miejscu.

Jest Pani pierwszą Polką w historii, która objęła stanowisko szefowej misji obserwacyjnej OBWE monitorującej ostatnie wybory prezydenckie w USA. Co było dla Pani w czasie tej misji największym wyzwaniem? 

Nigdy w historii OBWE nie było takiej misji. To mi powiedzieli najstarsi pracownicy OBWE. A było to już około czterystu misji. Nigdy jednak nie było takich wyborów. Ostatnie wybory, które budziły takie kontrowersje i zainteresowanie też odbyły się w USA, ale w 2000 roku. Wszystko wtedy rozstrzygnęło się na Florydzie. Ale my wtedy jeszcze nie obserwowaliśmy wyborów w USA. Dopiero w 2002 roku zaczęliśmy obserwować wybory w Stanach.

Były one nadzwyczajne pod każdym względem. Odbywały się w czasie pandemii, była bardzo wysoka temperatura debaty, specyficzny kandydat, który podważał wiarygodność procesu.

Bez żadnych podstaw, bo wszystkie amerykańskie sądy zgadzały się z naszą opinią, że nie było fałszerstwa. To była też dla mnie najtrudniejsza misja. Czasami udzielałam siedmiu wywiadów w ciągu dnia. Washington Post, Al Jazeera, BBC, New York Times, musiałam się liczyć z każdym słowem. Zawsze trzeba było przekazać dziennikarzom coś ciekawego, ale nie powiedzieć o pół słowa za dużo. Pilnować zachowywania zasad i bezstronności, które są kluczem misji. To wszystko było bardzo trudne, ale uważam, że wszystko co robiłam jako polityk, dyplomata, czy też konsul w Nowym Jorku dało mi dobrą znajomość Ameryki. Można przeczytać o systemie wyborczym i nie trzeba tego znać z autopsji. Ale żeby zrozumieć kraj trzeba w nim pomieszkać.

Mieszkanie w Stanach bardzo mi pomogło. OBWE wybiera zawsze wiarygodnego dla danego Państwa szefa misji. Mało prawdopodobne bym była szefem misji np. na Białorusi. Zbyt bliskie sąsiedztwo. Mogliby powiedzieć, że Polka jest stronnicza. Te funkcje były zawsze przypisane osobom z Zachodniej Europy. Ja oczywiście występuję jako obywatel Polski, ale mam dwa obywatelstwa. Jak rozmawiam po angielsku to z brytyjskim akcentem. To też inaczej mnie odbierają Amerykanie. Jakbym rozmawiała wschodnim akcentem, to mogłoby być odebrane inaczej niestety. To są czasami podświadome uprzedzenia.

Rzeczniczka ustalająca wywiady na gorącej linii ze mną kiedyś potwierdziła wywiad w telewizji na żywo. Oni nigdy nie widzieli mnie w akcji. Zapytali delikatnie: How is the Ambassador’s English. A ona ich uspokoiła, że nie będą mieli problemu. Czasami są zaskoczeni jak zaczynam mówić, że nie mówię po angielsku z polskim akcentem. Wręcz przeciwnie, mówię po polsku z brytyjskim akcentem. To była zabawna sytuacja.

Jak ocenia Pani pozycję kobiet w polityce na przestrzeni lat? Czy Pani musiała mierzyć się z wyzwaniami i stereotypami, które teraz już być może nie funkcjonują?

Obecnie w Senacie, sytuacja jest nieco lepsza niż podczas mojej kadencji w latach 2005-2007. Było wtedy trzynaście kobiet na stu senatorów. Dzisiaj jest ich dwadzieścia trzy. Jak przeszłam do MSZ to kobiet w roli Konsuli Generalnych było sporo, bo około jedna trzecia. Ale Ambasadorek było bardzo mało. Jak już trafiłam do Strasburga to Ambasadorek była też jedna trzecia, czyli również byłyśmy w mniejszości, ale już nie tak rażącej.

Natomiast jak trafiłam do Senatu, a potem do Europarlamentu, to wywodziłam się ze środowiska biznesowego. Jak przeprowadziłam się do Polski w 1991 roku to zajmowałam się doradztwem i analizą takich rynków jak chemia i branża energetyczna. Ja sobie świadomie wybrałam np. komisję ds. Polonii. Ale to dlatego, że chciałam, aby w moim rodzinnym mieście Manchesterze powstał konsulat. Jak to się udało, to przeszłam do komisji spraw zagranicznych. Byłam tam jedyną kobietą. Świadomie wybrałam tematy bezpieczeństwa energetycznego i polityki zagranicznej. Nie wywodziłam się ze środowiska samorządowego. Nie ciągnęło mnie w stronę komisji np. edukacji czy spraw społecznych, kultury czy też zdrowia. Tam się często spotyka więcej kobiet. Ale tak naprawdę najważniejsze komisje to te do spraw finansowych. Jak nie ma budżetu to nie ma nic, nie ma programu. Na ogół to właśnie w tych komisjach jest stanowczo za mało kobiet. Podjęłam zupełnie świadomą decyzję, żeby nie iść w takie właśnie społeczne kierunki. To mnie nie interesowało. Co oczywiście wcale nie oznacza, że ogólnie nie interesują mnie problemy kobiet. Ale czasami niestety kobiety dają się za łatwo umiejscowić w takich bezpiecznych strefach i tematach.

Byłam dwa lata temu na misji w Armenii. Bardzo ciekawa misja. Akurat dla Armenii to był moment wielkiej nadziei. Odbyły się bardzo porządnie przeprowadzone wybory. Trwał wtedy akurat taki projekt unijny zachęcający kobiety do udziału w życiu politycznym. Odbyło się wtedy spotkanie dla kandydatek z różnych list. Przyszły również takie kobiety, które dopiero myślały o zaangażowaniu się w politykę.

Wszystkie Panie zebrały się chyba w Szwedzkiej Ambasadzie wtedy. Rozmawiały w zasadzie tylko o zdrowiu reprodukcyjnym i o sprawach rodzinnych. Dziewczyny cieszyły się wtedy z tego, że jako kobiety będą wzajemnie wspierać się w polityce. A ja wtedy pomyślałam, że przecież to jest tak konkurencyjna branża. Nie spodziewajcie się, że ktokolwiek będzie dla was miły w polityce. Musicie być twarde. Nie ma żadnej taryfy ulgowej.

Gdyby w tym miejscu zebrali się mężczyźni i nawet jeśli zaczęli by spotkanie od dyskusji o raku prostaty, to po trzech minutach przeszliby do gospodarki, biznesu i polityki zagranicznej. A wy po dwóch godzinach jesteście jeszcze przy zdrowiu reprodukcyjnym. Jest to ważny temat. Ale jeśli będzie to Wasz jedyny temat przewodni to zostaniecie zmarginalizowane. Musicie zabierać głos w szerokim spektrum spraw. Nie porzucajcie tego co dla Was najważniejsze, ale nie skupiajcie się wyłącznie na tym. Na ogół zgadzam się prawie ze wszystkim, co mówiła Madeleine Allbright. Ona powiedziała kiedyś, że możemy mieć wszystko, ale nie wszystko na raz. To jest bardzo mądre. Ona powiedziała też, że w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet. Proszę mi wierzyć, że jest bardzo dużo kandydatek na te miejsca.

Ja jestem realistką. W wysoko konkurencyjnych zawodach, czy to jest środowisko akademickie, lekarskie, polityczne, to nie odgrywa roli czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Tam każdy walczy o swój kawałek. O swoją pozycję. Nie ma sentymentów. Uważam, że jak dochodzi się już do określonej pozycji, naiwnym byłoby oczekiwać, że kobiety będą bardziej łaskawe dla swoich koleżanek. Lepiej świadomie podchodzić do takich zagadnień, bo wtedy zupełnie inaczej można stawić im czoła.

Czy sytuacja na przestrzeni lat w polityce zmieniła się dla kobiet? Trudno mi powiedzieć, ja czegoś takiego nie odczuwałam. Ale może przekonana o tym, że dam radę ze wszystkim, tak jak mnie nauczyły siostry zakonne w szkole, nie zwracałam na niektóre rzeczy jakiejś szczególnej uwagi.

Nie mogę powiedzieć, że byłam jakoś źle traktowana. Ale jeśli mężczyźni w mojej branży kiedykolwiek pozwalali sobie na uwagi, które były nie na miejscu to bardzo szybko dowiadywali się, że na takie zachowania nie będzie przyzwolenia. Nie można sobie pozwolić wejść na głowę.

Chociaż nie ukrywam, że ja byłam zawsze w bardzo dobrej pozycji. Ja przez wiele lat prowadziłam własną firmę. Łatwo się wypowiadać z perspektywy swojego własnego szefa. Miałam zawsze w obrębie swoich działań bardzo dużą niezależność. Ale w sytuacji zatrudnienia dla kogoś, z trudnym szefem nad sobą, jest się ofiarą mobbingu czy molestowania, to to jest kompletnie inna perspektywa. Dlatego uważam, że miałam szczęście, bo nigdy nie byłam w sytuacjach zawodowych, gdzie byłabym narażona na dyskryminację. To ja dobierałam sobie ludzi do zespołu. Nigdy nie byłam uzależniona od niczyjej łaski. Wiele osób naprawdę narażonych jest na fatalne sytuacje. Znam przypadki, gdzie ludziom nie chce się już egzystować. Sytuacja ekonomiczna jest jaka jest. Nie można się zwolnić i odejść. Sytuacja jest toksyczna. Dlatego dobrze, że funkcjonuje ustawa o mobbingu, jednak niestety to wciąż powszechne zjawisko.

Dyplomacja, polityka, codzienność obarczona wielką odpowiedzialnością. Jakie były Pani sposoby na oderwanie się od trudów misji zagranicznych, w których brała Pani udział? Zdaje się wtedy narodziła się idea Octovni. Czytałam, że zwłaszcza nowojorskie octy cydrowe stanowiły dla Pani inspirację. Jak to było z Octovnią

Jak jestem na misjach zagranicznych to pracujemy od poniedziałku do soboty. Czyli pracujemy sześć dni w tygodniu. Czasami bywa też tak, że trzeba pracować w niedzielę. Nie ma czasu pomyśleć o czymkolwiek innym. Od rana trzeba być w stanie najwyższego skupienia. Wieczorem, po przyjściu do domu człowiek pada i nie ma już siły na nic, a rano znowu rusza do działania. I tak to trwa czasami sześć do ośmiu tygodni. Jak wracam do domu, do Polski, to jestem tak zmęczona, że nie robię nic przez kolejne dwa tygodnie.

Inspirację na octy faktycznie przywiozłam ze Stanów. Potem do tego doszła świadomość, że mieszkam w przepięknej części Polski. Mam ziemię, dookoła sady, tarnina, dzika róża, głóg, czarny bez. Nawet moi sąsiedzi, którzy się tu wychowali, często nie mają pełnej świadomości tego całego otaczającego nas bogactwa natury. Pomyślałam wtedy, że fajnie byłoby robić coś lokalnego. Wykorzystać swoje kontakty, doświadczenia, te międzynarodowe i te kulinarne, to że bywałam na świecie i z przyjemnością smakowałam różne rzeczy. To faktycznie jest wspaniała odskocznia. Zawsze jak wracam do domu, mogę się temu oddać, jestem w swojej kuchni, mogę eksperymentować. Dzisiaj np. zlałam z beczki ocet z jarzębiny. To już dwudziesty pierwszy produkt, który wprowadzamy na rynek. Teraz będę czytała i dokształcała się w zakresie różnych zastosowań jarzębiny. W polskim folklorze, ale też brytyjskim, norweskim, gdziekolwiek znajdę dobre inspiracje, które pomogą w odkryciu nowych pomysłów, zrobieniu efektownych zdjęć. Wspaniała twórcza praca, coś kompletnie innego. Często jest to też ciężka praca. Ale frajda to też niezmiennie.

Ostatnio robiłam bardzo udany ocet z wędzoną węgierką. Wkład kupiliśmy u rolnika, który wędzi bardzo tradycyjną metodą, na starym drewnie śliwkowym, tradycyjne odmiany śliw. One są niesamowite. I prosto z tej wędzarni wzięliśmy partię tych śliw. I zanurzyliśmy je w tym occie z węgierek. Ktoś mi zwrócił uwagę, że mogę kupić sztuczny dym w proszku przecież. A ja się zaczęłam zastanawiać, dlaczego kiedykolwiek miałabym użyć dymu w proszku. Rozumiem, że sytuację warunkuje cena. Ale z mojej perspektywy to jest bez znaczenia. Ja daję trzy śliwy na butelkę. Mi zależy na produkcie absolutnie naturalnym. To, że ja te śliwy u tego Pana kupiłam, to też forma wsparcia. Ja dam mu zarobić w tym roku i może dzięki temu w przyszłym roku dalej będzie wędził te śliwy.

Jak przestaniemy kupować produkty od lokalnych producentów to za chwilę nie będziemy mieli tych lokalnych producentów. To nie tylko patriotyzm lokalny. To zdrowy model biznesowy.

Chcę mieć na miejscu ludzi, którzy dostarczą mi te komponenty, których ja sama nie jestem w stanie sobie wyprodukować. To sytuacja win-win, a na samym końcu jest jeszcze klient, który dostaje produkt autentyczny, w który ktoś włożył dużo troski. Ja przecież nie mam wykształcenia gastronomicznego. Muszę się cały czas dużo uczyć. Mąż dał mi w prezencie świątecznym książkę, na którą dawno polowałam. Nazywa się „The Professional Chef”. Ma tysiąc dwieście stron. Została wydana przez The Culinary Institute of America. Jest uniwersalna i znajdę tam chociażby każdy klasyczny sos francuski rozpisany od podstaw. Ilości są restauracyjne, ale to techniki są istotne. Więc teraz przez najbliższe dni będę się uczyła o jarzębinie. Wszystko co znajdę. W każdym języku. A nawet jak nie będę znała języka, to Google translate pomoże przetłumaczyć. Znajdę sobie jakieś przepisy z jarzębiną. Ona ma dosyć specyficzny cierpki smak. Ciekawe z czym by to się komponowało. I teraz będę gotowała, a domownicy będą to musieli teraz jeść.

Jak połączyć taką angażującą pracę z wychowaniem dzieci? 

To się udało przez kilka czynników. Te wszystkie rzeczy działy się w moim życiu w momentach odpowiednich. Kiedy zaczęłam się angażować w politykę, to dzieci były już w miarę dorosłe.

Podziwiałam kobiety, czy to w dyplomacji, czy w polityce, które miały młodsze dzieci. To jest naprawdę bardzo trudne, bo to nie są zawody, gdzie o godzinie 17:00 możesz sobie zamknąć komputer, iść do domu i mieć wolny weekend. Wyjazdy, posiedzenia do później nocy. Chleb powszedni. Wyjazdy do Brukseli, do Strasburga, wtedy na szczęście moje dzieci już były w miarę samodzielne. Ale sama bym tego nie udźwignęła.

Znam przypadek kobiety w Strasburgu, która w jednej z ambasad zastępowała Ambasadora. I ona samotnie wychowywała dwójkę dzieci. Dla mnie była superbohaterką.

Każdy decyduje, na jakim etapie chce się rozwijać. Mnie to wszystko trafiło się w bardzo dobrym momencie. Mój mąż też był na miejscu, chętnie zajmował się dziećmi i chętnie mnie wspierał. Zawsze był bardzo zaangażowany w ich wychowanie. Bez niego to by było niemożliwe. Samotnie to ciągnąć byłoby na pewno bardzo, bardzo trudno. Miałabym na koniec dnia poczucie, że nie spełniłam się ani rodzinnie, ani zawodowo. Już na zawsze czułabym niedosyt.

Na pewno dużym plusem, jak dzieci były małe, było prowadzenie działalności gospodarczej. Zatrudnialiśmy wtedy około ośmiu osób. Oczywiście kiedy prowadzisz własną firmę, to jest to praca dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale z drugiej strony, jak są jasełka w szkole, czy któreś z dzieci jest chore, to nie musiałam się wtedy nikomu tłumaczyć. Ta swoboda była pomocna i fantastyczna.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Octovnia (@octovnia)

Powiem szczerze, że pierwszy raz poczułam nad sobą jakąś ustrukturyzowaną hierarchię, kiedy poszłam do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zależność od tej hierarchii bardzo mnie uwierała. Z jednej strony daje Ci to poczucie względnego bezpieczeństwa. Wiesz, że kończy się miesiąc i pensja na koncie będzie na czas. Ale z drugiej strony trzeba poświęcić strasznie dużo swobody.

Jakbym miała wybrać pomiędzy brakiem stabilizacji, a bezpieczeństwem, to wolę mieć niezależność i być może brak stabilizacji, kosztem tego poczucia bezpieczeństwa.

Zbyt wiele lat pracowałam jako niezależna jednostka i trudno jest mi się odnaleźć w takiej sytuacji. Dlatego jak zakończyłam pracę w MSZ nigdy na poważnie nie rozważałam przejścia do żadnej korporacji. Wiedziałam po prostu, że nie byłabym szczęśliwa.

Coś za coś. Nie można mieć wszystkiego.

Czego o sobie samej nauczyła Panią córka?

Człowiek osiąga taki moment, kiedy zaczyna się uczyć od własnych dzieci. Przez wiele lat to Ty jako rodzic jesteś autorytetem. Potem być może jesteś już mniejszym autorytetem. Ale wciąż jesteś tym mądrzejszym i starszym. A potem jest taki moment, że zaczynasz pytać własne dzieci o radę. Doceniasz ich wiedzę i fachowość w swoich branżach. To ich cieszy, że ktoś ich pyta. Helena bardzo mocno wspiera mnie od strony PR. Na wiele rzeczy zwróciła mi uwagę. Bywa, że terroryzuje mnie, dzwoni, mobilizuje do aktualizowania moich mediów społecznościowych. Jest bardzo wymagająca. Mamy bardzo dobre relacje, doceniamy siebie nawzajem zawodowo. Ja jej też czasami pomagam. Czasami jej doradzę, chociaż nigdy nie doradzam jej, jeśli się mnie nie zapyta. To jest dobra zasada, nie doradzać swoim dzieciom, jeśli o to nie proszą.

Moja córka, ale również i syn są też surowymi krytykami i recenzentami tego, co ja robię. I ja nie mam z tym żadnego problemu. Wolę, aby rodzina szczerze powiedziała mi co myśli, bo może inni mi tego nie powiedzą. 

Uważam, że stosunek do kobiet mojego syna Henryka jest ukształtowany przez to, co widział w domu. On jest przyzwyczajony do niezależnych kobiet. To ważne, bo pozytywnie wpływa na jego relacje z partnerką.

Niezależna i silna matka ma zawsze pozytywny wpływ, tak samo na córkę, jak i na syna.

Była taka sytuacja. Helena może już tego nie pamiętać, ale ja nigdy tego nie zapomnę. To chyba był początek szkoły podstawowej. Miała w ramach pracy domowej napisać, kim chce być, jak dorośnie. Napisała, że chciałaby być taka jak jej mama. Ja to pamiętam i dzisiaj myślę, że mnie przerosła. I to mnie bardzo cieszy. Jest bardzo odważna. 

Jakie ma Pani marzenia na najbliższy czas?

Chcę się jak najszybciej zaszczepić na COVID, abym mogła podróżować. Marzy mi się powrót do normalności. Trudno mi teraz będzie przebić jakąkolwiek inną misją to, co przeżyłam w Stanach Zjednoczonych. Zobaczymy jak się będą układały wybory w nadchodzącym roku. Mało prawdopodobne, że wydarzy się coś aż tak spektakularnego. Są jedne wybory w tym roku na które bardzo bym chciała pojechać. Nie wiem jednak czy będą zapraszali obserwatorów ze względu na COVID. Po drugie nie wiem czy będę miała szczęście być wybrana na tę misję, bo przecież nabory odbywają się drogą konkursową. Bardzo chciałabym być szefową misji obserwującej wybory w Mongolii.

Najprawdopodobniej zacznę też współpracę z amerykańską organizacją zajmującą się obserwowałem wyborów. Ale to już w takim dużo krótszym wymiarze, wyjazdy na tydzień do dziesięciu dni. Jako członek misji. One mają inny format niż misje OBWE. Nie mają takiej ścisłej formuły. Być może pomogłoby mi to wyjść geograficznego obszaru misji, które w przypadku OBWE odbywają się w Państwach członkowskich. Czyli mówimy tak naprawdę o Europie, byłym Związku Radzieckim, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Natomiast ciekawie byłoby zrobić misję gdzieś na Filipinach, w Ameryce Południowej. Kusi mnie misja w zupełnie innym rejonie niż do tej pory miałam styczność.

Mam też marzenie o powrocie świetności polskiej gastronomii. Bardzo ubolewam nad upadkiem miejsc, w które fantastyczni ludzie włożyli tyle wysiłku i serca. Oni przeżywają teraz okropnie trudne chwile. Marzę, aby oni wrócili do normalności. A razem z ich powrotem do normalności, abym mogła zrealizować plan, który miałam. Czyli aby więcej hoteli i restauracji korzystało z naszego produktu. 

To moje zawodowe marzenia. Reszta marzeń jest prywatna i rodzinna. Syn zaczyna nowy etap biznesowy, w którym chcielibyśmy go wesprzeć. Trzymam kciuki, żeby mu się to udało. Córka wprowadza się do nowego domu. Często żyje się życiem swoich dzieci. Trudno mi w to uwierzyć, ale mam też już wnuka Leopolda, który niebawem skończy półtora roku. To jest nieustająca, wielka radość. Jest w bardzo wymagającym wieku. Zapomniałam jak trudna i absorbująca jest opieka nad tak małym dzieckiem. Przez pandemię za mało się spotykamy. Liczę na to, że będziemy mieli okazję spędzać razem więcej czasu.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE