Wojciech Mazolewski: głowa pracuje mi z nieprzeciętną szybkością

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

„Poznać obie strony każdego medalu” – Wojtek Mazolewski o muzyce, podróżowaniu i Pink Freud.

Zbliżamy się powoli do końca roku, czy to jest dla ciebie czas podsumowań? Jaki to był rok?

2020 – brzmi i wygląda bardzo ładnie. Wykorzystałem ten czas bardzo twórczo. Gdy przychodzi czas na podsumowania, myślę oczywiście o muzyce: o tym jakie albumy w tym roku się ukazały. Nawet przygotowując się do ostatniej audycji Jazz fajny jest w radiu Newonce, zastanawiałem się nad tym jakie płyty wybiły się na pierwszy plan; zauważyłem, że wiele z tych, które chwyciłem jako w moim przekonaniu najlepsze płyty roku 2020, ukazało się w drugiej połowie roku 2019, a tak naprawdę dopiero w roku 2020 wybrzmiały w pełni, przynajmniej w mojej przestrzeni domowej. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w roku 2020 nie wyszło za dużo takich ważnych płyt, a tych, które się ukazały, nie mieliśmy okazji poznać szerzej – w wersji koncertowej, co dla mnie jest bardzo istotne. Po pierwsze z racji tego, że kocham koncertowanie, ale także dlatego, że w tym roku zostało ono wstrzymane. Lubię poznawać muzykę innych artystów właśnie przez koncerty, wielokrotnie zdarzało się, że nie byłem fanem zespołu, ale zmieniłem zdanie podczas koncertu na festiwalu, na którym grałem. Pamiętam pierwszy występ The White Stripes na Open’erze; nie wiedziałem nic o tej grupie, ale widząc, że tak długo się przygotowują do koncertu, poprosiłem kolegów, żebyśmy zostali chwilę, że chcę zobaczyć co z tego wyjdzie. Czy te przygotowania mają sens, czy ta praca włożona w przygotowanie koncertu przełoży się na muzykę. Okazało się, że tak. To co zobaczyłem było w jakimś sensie spełnieniem moich marzeń: połączeniem Led Zeppelin, Sex Pistols, Rage Against the Machine z Dillem Youngiem i muzyką drogi. Wspaniale, że był w tym i folk, i blues, ale podany w tak współczesnej formie, czasami bardzo prostej, czasami bardziej złożonej. Prostota podana w nowym świetle. Estetycznie było to coś nowego. Nie było to bezpośrednie nawiązanie do grup, które wymieniłem, tylko twórcze. Czuć było zrozumienie klasyki, świadomość tego, co te zespoły stworzyły.

fot.: Michał Buddabar

Czy popularność nurtu nazywanego „revivalem”, odrodzeniem grania bluesowego, nie jest jednak problemem? Gdy artysta cofa się o parę epok, czy nie grozi mu powtarzanie cudzego doświadczenia? Jak w przypadku zespołu Greta Van Fleet, któremu zarzuca się kopiowanie Led Zeppelin, niejako stawanie wbrew rozwojowi artystycznemu.

W twórczości Jacka White’a nie widzę i nie czuję żadnej ściemy. Tam jest autentyczna miłość do muzyki i ten facet po prostu „jest muzyką”. Robi gitarę z kawałka drewna i pudełka do butów. I ona gra! Oczywiście, jego muzyka wyrasta z bluesa, ale która muzyka z niego nie czerpie? Tak naprawdę hip-hop, jazz, wszystko czego słuchamy w radio, wszystkie największe przeboje, sięgają rodowodem delty Missisipi lub innego regionu. Powstały po to, żeby pokrzepiać, opowiadać trudne i te piękne momenty w życiu. Muzyka pomaga lepiej zrozumieć to, co czasem trudno wyrazić słowami albo to, czego nie widać, a w muzyce przecież jest odczuwalne.

Wymieniłeś artystów, których kojarzymy jednoznacznie z muzyką rockową. Czy słuchasz rocka w domu, odchodzisz nieco od jazzu?

Lubię muzykę, która przełamywała granice, a w każdym okresie znajdował się jakiś artysta, który umiejętnie to robił. Stąd moja miłość do Jimmi’ego Hendrixa, który zrewolucjonizował gitarę, sposób myślenia o tym instrumencie, a tak naprawdę był przecież wyrzutkiem, bezdomnym, który zbierał hamburgery ze śmietnika, chodził na koncerty wielkich bluesmanów prosząc, by pokazali mu zagrywki. Gdyby nie Anglicy – ludzie z drugiego końca świata, którzy tak naprawdę zakochali się w bluesie w latach sześćdziesiątych – być może dzisiaj w ogóle byśmy o nim nie słyszeli.

Anglicy odkryli dla Ameryki bluesa, a więc muzykę właśnie amerykańską.

Ponownie wracamy do bluesa; jest w nim coś wyjątkowego. Którego okresu nie chwycilibyśmy się w historii muzyki, to w DNA odnajdziemy pewne cząstki bluesa. Nie odżegnuję się od miłości do muzyki rockowej, bluesowej, rock and rollowej, hard rockowej, bo oprócz Hendrixa w dzieciństwie słuchałem też Led Zeppelin, Deep Purple, Thin Lizzy, rockowej klasyki. Wychowałem się na niej. Później odkryłem punk rock, zaczynając od Ramones, Dead Kennedys, Sex Pistols na No Means No kończąc. Uczyłem się muzyki na własną rękę. Słuchałem też wielu polskich artystów. Pamiętam jak spisywałem teksty Klausa Mittfocha z kaset magnetofonowych i solówki Dżemu, czy TSA. Jako dzieciak oglądałem koncerty Voo Voo czy Johna Portera, z którym niedawno miałem okazję nagrać płytę. Muzyka, której słuchasz od najmłodszych lat ma wpływ na to, jak później sam filtrujesz to, co robisz. Staram się nigdy nie nawiązywać za bardzo do tego, czego słucham, a już na pewno nie pozwalałem sobie ani swoim kolegom kopiować. W młodości nawet było to kością niezgody w moich zespołach. Bywało, że koledzy przychodzili i mówili: Zagrajmy ten i ten utwór, bo ktoś wypuścił jakiś świetny kawałek, nauczmy się tego i tego, nie zgadzałem się. Uważałem nawet, że nie wolno się tego uczyć ani grać zanim nie wyszkolisz swojego osobistego sposobu traktowania instrumentu, swojej własnej pamięci mięśniowej, tego jak układasz dłonie, jak frazujesz, grasz riffy, itd. Wszystko to po to, by nie kopiować tego, czego się nauczyłeś choćby nawet i od najlepszych. Jeśli tak zrobisz, już zawsze będzie ci ręka „szła” w ten sposób. Uważałem, że to jest wielkie niebezpieczeństwo i kłóciłem się o to z kolegami. Obowiązywał całkowity zakaz grania ulubionych riffów; słuchać można było do upadłego, ale grać nie, grać trzeba było swoją muzykę i umieć wytrzymać taki moment, kiedy dochodzi się do ściany. Kiedy po trzech miesiącach grania czegoś, wydaje ci się, że już nic nowego w tym nie znajdziesz.

Wtedy, jak rozumiem, muzyka powstaje w sposób bardziej naturalny? Mówimy o sprawach jak pamięć ciała i podświadomość?

W jakimś sensie w młodości szukałem do tego drogi. Nie znałem wówczas nauk wielkich mistrzów, w szkole mnie tego nie uczyli, więc w zasadzie wiedziałem, że gdzieś jest granica i chcę najpierw do niej dotrzeć, a później jeszcze ją przekroczyć. Znaleźć coś, czego w sposób świadomy, intelektualny nie uzyskam, do czego nie dotrę. Od najmłodszych lat wiedziałem, że głowa pracuje mi z dużą szybkością; że pamiętam rzeczy, które mi się śnią i później wykorzystywałem je w życiu realnym. Z jednej strony wiedziałem, że to jest duży atut, ale rozumiałem też, że to także w pewnym momencie będzie zagrożenie: przyzwyczaję się do działania tylko w ten sposób. Chciałem poznać obie strony każdego medalu, by później korzystać z tej wiedzy podczas tworzenia muzyki.

Ten eklektyzm estetyczny jest szczególnie widoczny w twórczości zespołu Pink Freud; na nowej płycie nie jest inaczej. To płyta powstawała dość długo. Praca nad nią rozpoczęła się jeszcze w 2016 roku. W takiej sytuacji, jeśli ma się jakąś określoną, już gotową pracę, ale z rożnych powodów ten czas jej finalizacji się odsuwa, czy nie nachodzą pytania, wątpliwości czy nie zrobić czegoś inaczej? Nie zmienia się koncepcja artystyczna?

 
Reklama

Owszem, wszystko się zmienia, ale źródło naszej pasji do grania nadal tryska świeżą energią. Wszystko co możemy zrobić to zaakceptować zmiany i w zasadzie uczyć swój umysł uwalniania się od przywiązania do rzeczy, koncepcji – także do muzyki i sposobu jej grania czy słuchania. Mam dwa główne zespoły – Pink Freud oraz Wojtek Mazolewski Quintet – od lat działające w idealnym połączeniu; kiedy jeden zespół potrzebował odpoczynku, drugi wykorzystywał ten czas, żeby ruszyć w trasę, nagrać płytę. Czułem więc, że mamy też higieniczny sposób życia i pracy. Z drugiej strony, wracając do płyty „Piano Forte Brutto Netto” i do Pink Freud oraz tego, że długo nam zajęła praca nad nią, unieśliśmy ten dłuższy czas pracy dlatego, że uwielbiamy ze sobą grać. Za każdym razem jak siadamy do grania, obojętnie czy to jest sala prób, pokój hotelowy, studio nagraniowe czy sala koncertowa, pozwalamy sobie robić to, co nam przyjdzie do głowy i to, na co mamy ochotę. Po płycie Horse&Power w zasadzie wiedzieliśmy, że mamy bardzo duży apetyt i wielką chęć nagrania kolejnej płyty autorskiej. Na koncertach widzieliśmy, że płyta Horse&Power brzmi lepiej, że muzyka na płycie, zrealizowana przez światowej sławy producenta, nie spełniła naszych oczekiwań – głównie inżynieryjnie – doszlifowaliśmy ją na koncertach, byliśmy tak zachwyceni, że czuliśmy, że natychmiast powstają następne utwory. Na przykład fragment utworu Diamond Way, który często graliśmy na koncertach, stał się utworem Pośladki Niebios. A tak naprawdę to była improwizacja koncertowa. Pracując od tamtej pory nad płytą, zaangażowaliśmy się w projekt Pink Freud Plays Autchere, hołd złożony polskim punk-rockowcom. Oba pochłonęły nas całkowicie. W przypadku płyty Pink Freud Plays Autchere, w pewnym momencie – po trzech latach pracy – to była już nasza muzyka i czuliśmy, że wydajemy album Pink Freud. W międzyczasie powstawały nowe utwory, inspirowane tym co i jak graliśmy na tej płycie. Późniejszy projekt z punkowcami też odcisnął swoje piętno. I kiedy tak naprawdę skończyliśmy pracę i powiedzieliśmy sobie: Dobra, to mamy już pewnie kilkadziesiąt nowych utworów, przynajmniej szkiców, zróbmy zgrupowanie: tylko Pink Freud, tylko my, nikogo innego, żeby nikt nas nie rozpraszał, wyłączamy telefony. Pojechaliśmy w Bieszczady, posiedzieliśmy ponad tydzień, męskie zgrupowanie, zamknięta chata, faceci oddają się tylko tworzeniu muzyki. Potem ruszyliśmy w kolejną trasę, której ostatnie przystanki odbyły się w Portugalii. Wyjeżdżając w tę trasę, stwierdziliśmy, że musimy wziąć nasz nowy materiał i ustaliliśmy, że skoro na koniec gramy w Porto, wynajmiemy tam dom i salę w miejscu, które nazywa się Casa de Musica. Tam będziemy doszlifowywać materiał. Wsiadamy na trasę do Portugalii, do samolotu, mówię: Słuchajcie, kto z was ma dysk, żebym mógł przesłuchać tego materiału z Bieszczad – bo minęło osiem miesięcy od tego zgrupowania, chciałem to przesłuchać lecąc na trasę, nie pamiętam dwudziestu kilku utworów, które nagraliśmy. Patrzą na mnie: nie ma dysków. Machnąłem ręką i powiedziałem: robimy płytę od nowa.

To jak to potraktować? Jako błogosławieństwo?

Tak, udało się. I rzeczywiście utwory „Pink Porto”, „Pink Sunrise”, chyba też „Radio Pink Freud” – wszystkie powstały od nowa, właśnie w Portugalii. Kilka utworów przypomnieliśmy sobie mniej więcej i zrobiliśmy je raz jeszcze. Rzeczywiście, trochę się zmieniły, ale to był super proces. Dał nam świeżość, jakbyśmy robili płytę przed chwilą, jakbyśmy nie napisali tych utworów kilka miesięcy wcześniej tylko tu, na miejscu. Wróciliśmy do Polski, nagraliśmy to w studio Black Kiss Records, wtedy nastąpiła też zmiana na stanowisku naszego saksofonisty: pożegnaliśmy się z Karolem Golą, zastąpił go Arek Kopera. Dopracowaliśmy płytę w post-produkcji. Zrobiliśmy ją i wydaliśmy tak, że możecie czuć, jakbyście byli na naszym koncercie, że to jest nasze w 100%. Dlatego się nie wahaliśmy, że wydaliśmy to teraz.

Powiedziałeś o koncertach, dawno na żadnym koncercie nie byliśmy, dawno żadnego koncertu nie zagrałeś.

Grywam w domu koncerty dla rodziny.

To chyba najtrudniejsze grono krytyków.

Oczywiście, są surowi.

Festiwale odbywają się online, niektórzy artyści decydują się na taką formułę nawiązania kontaktu ze słuchaczem, widzami. Nikt z nas nie wie jak ta sytuacja się potoczy na świecie. Bierzesz pod uwagę, że może to wyglądać tak w przyszłym roku, że to jest forma uprawiania tego zawodu?

Staram się nie wybiegać w przyszłość i nie przewidywać. Cieszę się każdą dobrą chwilą, która się dzisiaj zdarza. Bardzo się cieszę, że w ogóle siedzimy i rozmawiamy, czyli robimy coś po coś, co ma w ogóle związek z moją pasją, zawodem, dotyczy muzyki. Jeżeli brakuje mi muzyki, grywam w domu i wtedy – jeżeli jest u mnie mój brat ze swoją żoną czy moja dziewczyna – po prostu gram dla nich króciutkie koncerty, pokazuję to co zrobiłem w danym tygodniu. Narzuciłem sobie rygorystyczny system pracy, żeby wykorzystać ten czas. Bardzo cieszę się choćby, że skończyliśmy płytę Pink Freud i choć wiele osób z branży i osób, których zdanie sobie bardzo cenię, doradzało nam, żeby może poczekać z tą płytą, bo to nie będzie dobry moment na jej wydanie i promocję, stwierdziłem, że skoro robiliśmy muzykę, dzieląc się najlepszym co mamy to wydajemy. Koncerty… cóż, teraz nie możemy ich grać, ale na albumie zaklęta jest energia życia Pink Freud, moc jaką daje nam świat i z której hojnie  korzystaliśmy, przez lata jeżdżąc dookoła globu. Więc chciałem dać to ludziom teraz w pigułce PFBN; żeby mogli zamknąć oczy i odlecieć z nami i podróżować po świecie. Mogą przeżyć to jak koncert – w domu, z rodziną.  Czemu nie? Stwierdziłem, że nawet jeśli to nie jest dobry moment, my jesteśmy od tego, żeby robić muzykę, dzielić się tym co umiemy robić i dawać ją ludziom, więc nie mam zamiaru na nic czekać. Bierzcie i cieszcie się z tego wszyscy.

Ale w domu grasz na gitarze i to nie byle jakiej, kupionej po prostu w sklepie. Czy to znaczy, że możemy się czegoś spodziewać w przyszłym roku?

Ten proces zaczął się wraz z nadejściem pandemii. Usiadłem w domu i nagle okazało się, że pierwszy raz od wielu lat, może kilkunastu, mam tyle wolnego czasu i muszę spędzić go w domu. Dla mnie ten okres był bardzo ciekawy, bo będąc w trasie od tak dawna, trochę zapomniałem o tym jak się żyje w domu i na początku była to naprawdę  przyjemność. Widziałem jak wielu z moich kolegów i znajomych cierpi i naprawdę szuka powodu, żeby coś robić. Postanowiłem nie patrzeć w ogóle w tę stronę, tylko korzystać z tego co mam i cieszyć się tym, że mam nowe doświadczenie. Okazało się, że wróciłem do tego co już robiłem w młodości, czyli spędzałem czas na graniu na gitarze. Przy okazji różnych wyjazdów miałem okazję zajechać kilkukrotnie w ciągu ostatnich lat do Stanów Zjednoczonych, gdzie kult gitary, szczególnie w Kalifornii, jest wciąż żywy. W klubach koncertuje mnóstwo wspaniałych, młodych zespołów, grających muzykę od folku przez bluesa do heavy metalu. Uwielbiam też tamtejsze sklepy muzyczne, ich bogactwo mnie zachwyciło. Spędzałem tam całe dnie. Chodziłem tam tylko po to, żeby oglądać, żeby dotknąć czasami Gibsona z lat czterdziestych, pograć na Fedderze z lat sześćdziesiątych, na Gretschu z lat pięćdziesiątych. Przy każdej z tych wizyt starałem się wynaleźć taką gitarę, która do mnie przemawia i chce ze mną przylecieć do Europy Wschodniej. Zostać tą, która obdarzy mnie swoją mocą i energią, będzie moją partnerką. Udało się, przywoziłem gitarę i „wchodłem” w to granie. Grałem na gitarze jeszcze w projekcie Jazzombie, gdzie połączyło się Pink Freud i Lao Che, ale teraz miałem powrót do grania prywatnego, grania po nic, dla własnej przyjemności. Odkryłem, że to bardzo mocno buduje mojego ducha, że odzyskuję w ten sposób siły witalne, którą utraciłem szaleńczo podróżując po całym świecie przez ostatnie kilkanaście lat, bo to naprawdę była wyczerpująca wycieczka. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak pozytywnie na mnie zaczyna wpływać ten czas. Nagle, po raz pierwszy od wielu lat, mam chwilę, by naładować baterie, a nie tylko z niej czerpać. Mój lekarz od medycyny chińskiej powiedział mi, że mam bardzo silną konstytucję, co oznacza, że mam bardzo silne baterie, z którymi się urodziłem, takie z których nie powinno się czerpać energii. Na co dzień trzeba brać tę energię ze snu, jedzenia, oddychania, ćwiczeń, radości bycia z innymi. Kiedy jesteś na wykończeniu zaczynasz czerpać z tej, która się nazywa konstytucją, ale prędzej czy później, jeżeli czerpiesz z niej za dużo, zrobisz sobie krzywdę. To nie jest dobre ani dla ciebie, ani dla otoczenia. Wreszcie miałem więc czas, by zadbać o te podstawy i co ciekawe, to się działo głównie kiedy totalnie jarałem się graniem na gitarze.

fot.: Michał Buddabar

Mam nadzieję, że niedługo będziemy mieli okazję posłuchać nie tylko twojej gry na płytach, ale również na koncertach.

 
Reklama

Rzeczywiście jestem już po podjęciu decyzji, że ten wielomiesięczny proces rzeczywiście zakończy się jakąś puentą muzyczną. Tak naprawdę na początku robiłem to dla siebie, później z przyjaciółmi i dla przyjaciół, rodziny. Następnie powstała inicjatywa, by ratować klub Spatif w Warszawie z powodu pandemii. Wszyscy zagrali tam za mniejsze stawki, zrobiono koncert online. Broniłem się przed koncertami w sieci przez długi czas, bo wiedziałem, że jakość tego produktu spada, a ja „mam śrubę” na punkcie jakości, wiec nie długo nie byłem pewien. W tej sytuacji przekonała mnie inicjatywa pomocy oraz sposób w jaki to zdecydowaliśmy się zaaranżować. Koncert został bardzo starannie przygotowany od strony brzmieniowej oraz wizualnej za którą odpowiedzialny był Houlubek. Czułem, że zaoferujemy coś wysokiej jakości u innego. Postanowiłem wystąpić z Asią i zagrać te świeże rzeczy, które robiłem w domu, dając temu koncertowi szczególny charakter. Wydawało się, że za chwilę  ruszymy z WMQ na prawdziwe koncerty, wiec nie ma co robić tego co zawsze. Wtedy jeszcze wszyscy mieliśmy nadzieję, że pandemia potrwa chwilę. Z Asią Dudą jestem blisko muzycznie i życiowo. Zaprosiłem ją do tego grania, pokazałem jej kilka rzeczy, nad którymi pracowałem w domu i zagraliśmy duet. Wydźwięk był bardzo duży, obejrzało to kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Poczułem ze na razie dla przyjemności, ale chcę kontynuować. Zaprosiliśmy jeszcze Krzysia Kawałko, zaskoczyło. Przy kolejnym koncercie online trafiliśmy na ciekawy moment – to było lato, ten moment kiedy mogło wejść 50% publiczności. Zagraliśmy koncert w MCKu, na Starówce w Warszawie. Wszyscy byliśmy podekscytowani, ze możemy zagrać koncert. Siedzieliśmy długo po nim razem z publicznością, z organizatorami, wszyscy tak bardzo się cieszyli, że w ogóle ktoś pozwolił im wykonać swoją pracę. Na bazie tej energii stwierdziłem, że wchodzimy do studia i zagramy kilka z tych utworów, które wiem jak bym chciał zaaranżować, w takich po prostu luźnych wersjach. Podczas sesji nagraniowej zaprosiłem do tego jeszcze dwóch perkusistów i od tamtej pory pracuję i rozmyślam co z tym zrobić. Czas pokaże. Kiedy okazało się, że przerwa będzie trwała dużo dłużej i w pewnym momencie w ogóle nie będziemy koncertować, w naturalny sposób skoncentrowałem się na tym, grałem coraz więcej, codziennie to dopracowując. Pod koniec roku wygląda to interesująco. Oby wszystko potoczyło się tak, że będę mógł się tą muzyką podzielić. Czuję, że opowiada coś ważnego, co się wydarzyło w tym roku 2020. Sama nazwa roku w zasadzie wbiła mi się w głowę i czułem, że będzie ważny. Dzisiaj wiem, że faktycznie był, że to rok zmian i cieszę się, że mogłem odnaleźć w sobie spokój, żeby im wszystkim się przyjrzeć, dobrze zastanowić nad tym, którą drogą chcę pójść i co tak naprawdę w tym momencie mnie cieszy, co tak naprawdę ze mnie naturalnie wypływa, a więc czym chcę tak naprawdę się dzielić z ludźmi.

Dziękuję za rozmowę.

 

fot.: Piotr Sobik

Reklama