Turysta polski na Orlej Skale

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Jeśli chodzi o akceptację przemijania, to dużo muczę. Sześć lat to przerabiałem i myślałem, że temat mam ostatecznie zamknięty. Kiedy jednak, pozując do ślubnych zdjęć, dowiedziałem się, że mój nauczyciel zen nie przyszedł, bo nie żyje, wszystko poszło w las. W jednej chwili cała ta zgoda minęła i w samolocie do Kolombo zaczęło narastać we mnie COŚ lub właściwie NIC. Nie lęk, ale stres przed nieistnieniem. Nigdy wcześniej nie miałem go w drodze na wycieczkę.

Zacząłem dużo wyjeżdżać, kiedy wyszedłem z odwyku. Po prostu za bramkami lotniska z marszu czułem podobną ulgę do tej, którą poznałem już wcześniej w barze. Być może wynikało to też z tego, że przed bramkami czułem ogromne napięcie, a stresuję się każdą bzdurą.

Wsiedliśmy do samolotu razem, co nie jest znowu takie oczywiste. Żona zgadza się na moje samotne wycieczki, bo wtedy sama odczuwa pewnego rodzaju ulgę. Ja zamykam się w tych małych przeczących codzienności przestrzeniach – pociągach, samolotach, hotelach – i udaję, że piszę coś ważnego. Ciężko jednak w podróż poślubną lecieć osobno. Żona chciała na Sri Lankę, a ja naciskałem na Sachalin, bo to wyspa i to wyspa. Wyszła jednak Sri Lanka, bo to na „S” i to na „S”.

sri__lanka_1

Trasa biegła przez plażę, na którą łaskawie przystałem, świątynię z zębem Buddy, dość nieprzyzwoite przeżycia postkolonialne w starej fabryce herbaty, a dalej tym nieszczęsnym pociągiem, który jest oficjalnym środkiem lokomocji youtuberów i instagramerów.

Wreszcie, decyzją żony, rozlokowaliśmy się na organicznej plantacji Amba Estate. Żona jest wrażliwa na kwestie etyczne. Ja nieco mniej, ale się uczę.

Zatrzymaliśmy się, żeby przez chwilę się nie ruszać. Ręczniki złożone w łabędzie, a z kwiatów napis Happy Honeymoon. Ludzie na Sri Lance są wręcz zaskakująco mili. Oprócz mnichów buddyjskich, ale ci wszędzie są raczej nadęci.

Całodniowe nasłuchiwanie i wpatrywanie się. Odgłosów dużo więcej nawet niż w Rembertowie u wujka Zygmunta. Pociągi, psy, świerszcze, dzięcioły – tyle umiem rozróżnić z oferty dźwiękowej świata. Turysta przecież głównie patrzy. Zmierzch, więc gapienie się, a później noc i znów wpatrywanie się w gwiazdy.

Na plantacji mieliśmy do dyspozycji zafoliowane mapki okolicznych atrakcji: wodospad, stary młyn, trasa do miasta, kąpielisko i Orla Skała. Żona sięgała co i raz po jedną z nich i przechadzała się z psem właściciela. Ja wtedy popijałem herbatę BOP i próbowałem swój stan ubrać w słowo pisane. Stan, który nijak niepasował mi do żałoby, bo żałoba kojarzy mi się ze smutkiem, które to uczucie nie jest jakoś przerażające. Smutek jest mi znany. Jeśli go nie odpychać od siebie, nie wbijać w ziemię, to pojawia się, a później znika. To byłaby nawet wspaniała okoliczność do przeżywania smutku. I jeszcze to nakładanie się znaków, bo ślub, miłość, śmierć. Byłoby to całkiem zgrabnie opisywalne.

A stres, napięcie w organizmie, nieprzyjemne myśli o pustce nie są czymś, co może pogłębiać błahe turystyczne doświadczenie wśród palm. Zupełnie nie wiedziałem, jak się tego pozbyć. Co myśl przegoniłem, to ona wracała z drugiej strony i ściskała w brzuchu.

Owszem, kilka osób już mi zmarło, ale jeszcze nigdy nie zrobił tego mój nauczyciel. Jedyny nauczyciel, jakiego miałem. Może to jednak to. Kiedy uświadomiłem sobie, że czuję więcej niż smutek, trochę się ucieszyłem. A ponieważ od komputera łzawiły mi oczy, postanowiłem się przejść. Na wycieczkach zawsze dostaję zapalenia spojówek – tyle czasu spędzam przed ekranem.

Z żoną często przechadzamy się osobno, bo ja, jak idę, to wymyślam. Przystaję, wysyłam do siebie maila z kolejną myślą i idę dalej. Czasem mi się pomyli i genialną myśl dostają osoby postronne. Ze zdziwieniem czytają pustego maila z tematem o śmierci. Mogą myśleć, że wróciłem do narkotyków, ale nic z tych rzeczy.

Zostawmy to, ponieważ koło godziny piątej, w poniedziałek, trzeciego września dotarłem do strzałki kierującej na Orlą Skałę. Pomyślałem, że to świetny pomysł, by przed zmierzchem wejść na górę, przyjrzeć się okolicy i swoim myślom. Być może wysiłek wspinaczki złagodzi galopujące w głowie impulsy. Robiło się coraz stromiej, a ja mam słabą kondycję i fibromialgię, więc myśli ustąpiły zwyczajnemu zmęczeniu.

Spoglądałem na strzałki namalowane na kamieniach. W pewnym momencie między krzakami herbaty strzałki kierowały w dwie strony, ale pomyślałem, że jedna wskazuje po prostu jakiś skrót na dół. Skierowałem się w prawo, bo zanosiło się, że w prawo będzie dalej w górę. I rzeczywiście. Około, jak sądzę, piątej trzydzieści znalazłem się na szczycie, z którego miałem piękny widok na Little Adam’s Peak.

sri__lanka_2

Przysiadłem. Simon, właściciel plantacji, opowiadał nam, że wielu turystów pojawia się tutaj w celach duchowych. Co rano wdrapują się na górę, żeby pomedytować z ładnym widokiem. Choć obce mi jest tego typu podejście, faktycznie starałem się przyjrzeć temu, co się w mojej głowie pojawia. Niby nie czułem się najlepiej, jednak była to nowość, która budziła moje zaciekawienie.

To nauczyciel zen pomógł mi wdrożyć w życie ciekawość. Ciekawe stały się dla mnie nietoperze, że oprócz latania pływają, fale na morzu, że falują, albo Wojna Wietnamska, że kto i o co tam walczył.

Ciekawe jest też to, że blisko równika zmierzch zapada bardzo szybko.

Ta szarość, która u nas trwa nawet ze dwie godziny, tu zajmuje dziesięć minut. Podrywam się gwałtownie, bo nagle kłuje mnie coś w brzuchu – to dopiero jest realny strach i kieruję się w stronę zejścia. Strzałki są, ale nie zwracam na nie uwagi, bo chcę przed ciemnością znaleźć się na jakiejkolwiek drodze. Schodzę i jest ten murek, wzdłuż którego polazłem w prawo, to teraz w lewo i będzie dobrze. Idę, idę i biegnę.

Ciekawe jest to, że się nie wie, który to jest ten moment zgubienia drogi. Idę wzdłuż muru. O, na dole majaczy dom. Kiedy dochodzę do drutu kolczastego, jest już naprawdę ciemno. Odpalam telefon, żeby spojrzeć na mapę. Nie ściągnąłem na zapas. Włączam latarkę i znów na górę. Parzy i drapie. Na górze nie ma już muru, tylko krzaki, przez które nie da się przedrzeć. Jeszcze nie jest tak ciemno, dam radę. Schodzę powoli i się rozglądam. Jakiś prześwit w lewo, więc idę. Chaszcze, a nawet las. Więcej niż chaszcze – nerwowo wymyślam hasło reklamowe dla zarośli. To już nie jest pole herbaty. Nie widać nieba nawet. Dochodzę do urwiska. Serce mi wali, bo mało nie idę o jeden krok za daleko. Widzę w oddali chyba drogę. Mknie ciężarówka. To musi być ze sto metrów niżej. Wracam, czyli idę gdzieś tam. Kosztem otarć, zadrapań, podziurawień przedzieram się w przeciwną stronę niż przepaść, byle niżej. Nagle staję, bo znów przepaść. Jestem przerażony, bo prawie nie widać urwiska. W górę. Wygląda na to, że drogi są dwie i każda kończy się przepaścią. Idę prosto w górę, choć nie ma tam ani kawałka ścieżki, przedzieram się przez te więcej niż chaszcze, aż trafiam na mur. Idę w prawo, choć mogłem w lewo. Szoruję po tym murze lewym bokiem, a po prawym szorują gałęzie. Trzymam okulary, żeby nie spadły. Idę, idę, stop. Co jest? Krzaki się skończyły. Przepaść? Nie, znów pole herbaciane, a niżej światła. Teraz już, dopiero teraz, lepiej to wszystko słyszę. Krowy gdzieś, pies jeden, pies drugi, trzeci. Pociąg. Dyskoteka. A nie, może to z meczetu. Meczet tu? Gwiazdy są nade mną. Wszystko jest na miejscu. Po prostu idę w stronę świateł. Coraz szybciej i szybciej. Trafiam na ścieżkę, nawet schodki co i raz, wchodzę już między zabudowania, których nie rozpoznaję. Oddycham, oddycham, no już, już w porządku. Jestem bezpieczny, zwalniam.

Wyszedłem po drugiej stronie wioski, co oznacza, że z jednej góry przelazłem na drugą, ale jak – tego nigdy już nie da się rozwikłać.

Wracałem i dopiero po chwili poczułem, jak jestem głodny. Już dawno po kolacji. Kiedy wreszcie dotarłem na plantację, żona była trochę zła, a trochę się martwiła. W świetle zobaczyłem, jak jestem pokiereszowany.

 

— Jak tam twoja żałoba? — spytała i zaczęła sprawdzać, czy nie mam kleszczy.

— Umyję się i przebiorę.

— Siadaj jeść.

 

Ciekawe jest to, że kiedy pojawia się strach, to nie ma już miejsca na lęk. Lęk się po prostu nie mieści. Nalałem nam zimnej herbaty. Ciekawe jest też to, że żona półtorej godziny czeka na mnie z kolacją, choć bardzo lubi jeść. Albo, że jak się człowiek pod korek nażre, to nie ma siły później się myć.

 

https://www.instagram.com/turystapolski/

Przeczytaj również

Sky&more

Liderzy polskich lotnisk regionalnych będą rozmawiać o przyszłości branży na

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter

Reklama