Giulietta Masina. Oscary dla żony geniusza.

giulietta-masina-min

Kobieta ogromnego talentu, okrzyknięta włoskim Chaplinem i przez samego Chaplina uwielbiana. Odtwórczyni pierwszoplanowych ról w dwóch oscarowych produkcjach. Uważana za historyków kina jedną z najlepszych włoskich aktorek swojej generacji. Żona geniusza światowej kinematografii. Tak jak w tym roku hucznie świętowaliśmy setną rocznicę urodzin Felliniego, tak w 2021 minie 100 lat od urodzin Giulietty Masiny. Choć tak naprawdę Masina swą rocznicę obchodziła w tym roku, bo jej talent i jej Oscar jej męża w istocie nie należały do niej – były atrybutami Federica Felliniego. Już teraz możemy jednak być pewni, że rocznica urodzin Guilietty nie będzie obchodzona nawet w połowie z takim splendorem i rozmachem, jak odbywało się to w przypadku Felliniego. I bynajmniej nie będzie to wina sytuacji epidemiologicznej.

Nigdy Giulia, mimo, że tak na imię dostała podczas chrztu. Zawsze Giulietta – najpewniej z uwagi na niski wzrost i dziecięcą aparycję, której ślady zachowała na twarzy do późnej starości. Nie piękna, ale ładna, nie zniewalająca i onieśmielająca, raczej pełna słodyczy i uroku – posiadająca wszystkie cechy, które powodują, że użycie zdrobnienia staje się instynktowne i naturalne. Aktorska przygoda Masiny zaczęła się już w szkole średniej, toteż gdy w 1942 roku spotyka swojego przyszłego męża, posiada już dość konkretne zaplecze w świecie teatralnym jak na dwudziestojednoletnią dziewczynę. W świat filmu wkracza już po ślubie z Fellinim, jednak nie u swojego męża debiutuje jako aktorka filmowa – zanim stanie w „Światłach variete” (skazany na niepowodzenie owoc reżyserskiej współpracy Felliniego z Alberto Lattuadą) pojawia się w dwóch rozpoznawalnych dla włoskiego neorealizmu produkcja: „Paisie” Roselliniego i „Senza pieta” Lattuady. Nie ma wątpliwości, że furtkę do kinematograficznej rzeczywistości otworzył Masinie Fellini, który od początku swojej kariery w Rzymie współpracował z wielkimi nazwiskami kulturalnego świata powojennych Włoch, takich jak wspomniany Roberto Rosellini czy Nino Rota. Jednak to Giulietta otworzyła Felliniemu wrota do międzynarodowej sławy główną rolą w oscarowej „La Stradzie” w 1954, podbijając ją następnie ogromnym, również oscarowym sukcesem jakim były „Noce Cabirii”.

Po obejrzeniu wszystkich filmów Felliniego do roku 1965, w których główną rolę Masina, nietrudno przychodzi na myśl uniwersalny inwentarzyk epitetów, którymi można określić wszystkie grane przez Giuliettę postacie.

Nie jest to jednak wiodący u Felliniego kobiecy archetyp, konfrontując Gelsominę z „La strady” z rolami, które dostawały Anita Ekberg czy Monica Vitti – diwy i symbole kobiecego seksapilu kinematografii lat 60. Sam Fellini przyznał kiedyś, że scenariusze do „La Strady” i „Nocy Cabirii” pisane były docelowo pod Giuliettę i to na jej osobie kreował sylwetki Gelsominy czy Cabirii. Ostatecznie uczynił ją dokładnie tym, co opisał w swoich scenariuszach. Gelsominą, przychylnie chodzącą na paluszkach wokół okrutnego dla niej i obojętnego Zampano. Cabirią, której dobroć i czyste serce nie były powodem do szacunku i uznania, ale do odnoszenia się do niej apodyktycznie, powodem, który przekreślił szanse na traktowanie jej poważnie, jako jednostkę o uczuciach, marzeniach a co dopiero żądaniach.

Talent, który posiadała Masina i który niewątpliwie był w stanie zrewolucjonizować kinematografię europejską, ale również ukonstytuować wizerunek Giulietty jako niezależnej włoskiej aktorki tamtych czasów, kurzył się na zapleczu mistrza Felliniego. Pierwszoplanowe role w filmie sprawiły, że nigdy nie zagrała pierwszoplanowej roli w swoim własnym życiu. Marginalizowana i umniejszana tak jak postacie, które grała, sprowadzana do parteru jako śmieszna, malutka, urocza, dobra. Dlatego też podczas dyskusji na temat kanonu włoskich aktorek przeważają jednak seksbomby – powtarzają się nazwiska Bellucci, Loren, Ekberg, Vitti. Rzecz jasna grzechem byłoby odmówić im talentu, ale nie da się w żaden sposób ominąć kwestii urody, która nie tylko stanowiła narzędzie do kreacji roli według scenariuszowych wytycznych, ale zawojowała ówczesną popkulturę i urosła w przypadku każdego z tych nazwisk do rangi symbolu. Historia ma miejsce na swoich kartach dla słodkiej niczym karmelek, sztucznej i pretensjonalnej Audrey Hepburn, której wdzięk był w istocie odwrotnie proporcjonalny do jej zdolności aktorskich. Tak też przez długie nogi i obfite piersi piękności grających u boku Mastroianniego nie starczyło miejsca na białą i szczerą twarzyczkę Masiny.

Prawdziwy tragizm Giulietty uderza jednak w pełni nie po naszkicowaniu jej portretu jako aktorki, ale przede wszystkim żony – tytułu, który zagrał w jej życiu rolę nadrzędną. Tragizm ten ujrzał światło dzienne dopiero po śmierci małżeństwa, gdy do opinii publicznej zostały podane informacje o licznych romansach Felliniego, a zwłaszcza jednym z nich, trwającego kilkanaście lat. Fakty skonfrontowane ze wspomnieniami innych o Masinie, opisywanej jako nieskończenie wyrozumiała, pogodna i jednocześnie w pełni oddana największej miłości swojego życia. Masina uosabia tym samym kulturowy topos Kopciuszka o dobrym sercu, który w tym przypadku jednak niby idzie na bal i tańczy z księciem, ale dalej w łachmanach, nie w balowej sukni. Kochającej żony, której dobroć, altruizm i szczera miłość nie mogły w pełni wygrać z wdziękami kobiet, z którymi widywał się jej mąż. Finalnie jednym tryumfem Masiny był nie Oscar i międzynarodowe uznanie, ale fakt, że to do niej Federico wracał.

Tak naprawdę nie możemy być pewni, czy poznaliśmy Giuliettę Masinę, czy też po prostu kreację, stworzoną przez Federico Felliniego – wizję, którą zrealizował i która przyniosła mu splendor. Żadna z produkcji innych reżyserów z późniejszym udziałem Giulietty nie jest okryta ogromnym sukcesem. Masina stanowiła dodatek do Felliniego i to uprzedmiotowienie szybko się dostrzega słysząc i rozmawiając o Felllinim nawet współcześnie. Jak wspomina Małgorzata Bogdańska wcielając się w rolę Giulietty podczas monodramu „Nie lubię pana, panie Fellini” (reż. Marek Koterski), Giulietta siedzi nie na tronie obok Felliniego, ale na troniku.  

Mówi się, że umarła na Felliniego. Od dnia śmierci męża gasła w oczach i opuściła świat zaledwie parę miesięcy po nim. Została pochowana obok niego, na cmentarzu w Rimini. Odegrawszy rolę żony geniusza, jedyne czego pragnęła, to móc się z nim ponownie połączyć.

Czy ktoś będzie pamiętał, gdy za parę miesięcy skończy 100 lat?

 

Grafika główna: screenshot z filmu „La Strada” (AURORA FILMS: www.aurorafilms.pl)

autor: Antonina Steffen

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE