Rafał Królikowski: Lubię jak jest dobrze

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jak sobie radzisz w czasach pandemii?

Śmieję się, że tak mogłaby wyglądać moja emerytura. Żyję z jakichś oszczędności, które zarobiłem wcześniej, żona pracuje non stop i trochę mnie utrzymuje.

To tak jak mnie.

To pięknie. Czekam aż to się skończy. Już nawet nie myślę czy to będzie za pół roku, czy za rok, staram się żyć chwilą. Może wiosną było fajniej, trochę cieplej, jaśniej, więcej światła, choć byliśmy chyba bardziej wkurzeni, nie umieliśmy sobie z tym radzić. Mieliśmy takie obostrzenia, że nie mogliśmy wyjść z domu, do parku, pobiegać, spotykaliśmy się konspiracyjnie. Jest jakieś światełko w tunelu, bo podobno wymyślono szczepionkę, więc jest nadzieja, że to się kiedyś skończy, ale przyznam, że jestem w takim momencie swojego życia, że gdyby mnie coś takiego trafiło z 5, 10 lat temu to chyba bym zwariował. Teraz jakoś sobie radzę, ale nic konkretnego nie robię. W okresie wiosennym myślałem, żeby przygotowywać może jakieś spektakle, jakieś monodramy, uczyć się, szukać jakichś tekstów, uczyć się języków, teraz mam to kompletnie w nosie, nic nie robię.

Czyli splendid isolation.

Tak, czekam aż to się skończy.

A w życiu prywatnym? Czy to zmieniło twój stosunek do najbliższych?

Na pewno mnie częściej widzą i na pewno się kontaktujemy więcej, co jest dla mnie nowością, dla nich też i musieliśmy się trochę nauczyć z tym żyć. Ja i moi najbliżsi twierdzimy, że mam jakieś niezdiagnozowane ADHD. W czasach mojego dzieciństwa nie było psychologów i terapeutów, którzy diagnozowali to u dzieci, po prostu byłem i nadal jestem żywym dzieckiem, tylko jakoś sobie staram z tym radzić. Rodzina trochę gorzej radzi sobie ze mną, ale mamy przestrzeń wokół domu, mamy las, uwielbiam jeździć na rowerze, uwielbiam uciekać z domu, zawsze tak robiłem w dzieciństwie. Jak mi było źle to uciekałem na drzewo, a teraz też uciekam rowerem właśnie, gdzieś jadę w siną dal, najczęściej w te same kierunki, niestety są one ograniczone, ale uciekam, lubię być w ruchu, taki ruch mi pomaga.

I to jest twoja zajawka? Rower?

 
Reklama

Tak

Czyli jak Janerka śpiewał: Rower nas ocala jak GROM Petroladę.

Tak, chyba coś takiego było. Rower to fantastyczna rzecz, choć przyznam się do mojej tajemnicy, że nauczyłem się jeździć na rowerze bardzo późno, gdzieś w wieku 15 lat. Byłem starym koniem, wszyscy wokół w moim bloku już jeździli dawno, wszystkie dzieci już jeździły, a ja nie miałem roweru i nie miał kto się zająć mną. Tata był zajęty, mama chyba nie jeździła też na rowerze i nauczyłem się jeździć dopiero w 7 czy 8 klasie. To była dla mnie potwornie stresująca i dramatyczna sytuacja, że nie jeżdżę na rowerze, ale bardzo chciałem to zrobić. Teraz chyba nadrabiam te lata nie jeżdżenia na rowerze.

 
Reklama

Nie wiedziałem, że można się późno nauczyć jeździć na rowerze. Moja mama do dziś nie potrafi.

Może trzeba ją nauczyć, pochylić się nad mamą i wziąć ją za rękę, wziąć rower.

Może to jest dobry pomysł.

Nie wszyscy też mają takie predyspozycje, są tacy ludzie, którzy nie mogą jeździć na rowerze i koniec.

Który z twoich filmów jest najważniejszy dla ciebie? Czy może jeszcze takiego nie ma?

Myślę, że jeszcze nie ma takiego. Cały czas tak myślę i w ten sposób myślę o mojej pracy, choć troszeczkę kłamię.

 
Reklama

Przed pandemią można powiedzieć, że miałeś bardzo dużo pracy.

Kiedyś tak myślałem, że najciekawsze rzeczy są jeszcze przede mną, to mnie napędzało do roboty, ale trochę byłem pracoholikiem, nie umiałem zagospodarować przestrzeni kiedy była cisza. Dostawałem na łeb, kiedy nic się nie działo. Teraz też dostaję na łeb, ale chyba umiem sobie z tym radzić. Jest parę takich momentów w moim życiu zawodowym, które były ważne i coś zmieniły, otworzyły na coś nowego. To był na pewno debiut u Andrzeja Wajdy, Pierścionek z orłem w koronie, zaraz po szkole teatralnej, w ’92 roku. Trudna lekcja pracy z kamerą, bo w szkole teatralnej nie mieliśmy żadnych zajęć, to była szkoła teatralna w Warszawie, szkoła która żyła legendą, mitem teatru, a film i telewizja były czymś gorszym. Stanąłem więc w głównej roli mistrza Wajdy i kompletnie nic nie wiedziałem o pracy na planie filmowym, musiałem się tu i teraz tego uczyć. Myślę, że takim też fajnym, ważnym momentem było w moim życiu zawodowym spotkanie z Andrzejem Saramonowiczem i Tomkiem Koneckim, przy projekcie Pół serio, czego potem konsekwencją było Ciało. To była fantastyczna zabawa w Pół serio. To był początkowo program telewizyjny, do którego Andrzej Saramonowicz wymyślał scenki, program publicystyczny, gdzie rozmawiano na bardzo ważne tematy i w bardzo niepoważny sposób scenkami z Edytą Olszówką i innymi kolegami okraszaliśmy wizualnie nudne, ale ciekawe merytorycznie rozmowy fachowców, socjologów, krytyków, twórców filmowych. To była fantastyczna praca, bo robiliśmy jeden odcinek jednego dnia. Tych odcinków powstało chyba z 10 i na podstawie tych scenek potem chłopaki zmontowali coś na kształt filmu, który potem chałupniczą metodą dostał się na Festiwal Filmowy w Gdyni. Otrzymaliśmy wtedy nagrody i masę propozycji. Zaraz po tym dostałem propozycję u Julka Machulskiego w filmie Superprodukcja, a u mojego mistrza Andrzeja Wajdy w Zemście Aleksandra Fredry. Posypały się ciekawe propozycje w teatrze, aż tego było za dużo, ciężko było wybierać. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że trochę przegiąłem pałę i za dużo tego wziąłem na siebie. Teatr, film, coś jeszcze, jeden film po drugim, dziś widzę, że nie da się tego tak po prostu ogarnąć, ale tak chciałem, bo wszystko było fajne. Taki mam trochę charakter, że wszystkim się interesuję i w związku z tym mam czasem trochę kłopoty z koncentracją, bo na planie czasem trochę też przejmuję się rolą nie tylko aktora, ale też reżysera, operatora, kostiumologa i wszystkich innych. Czasem muszę się pilnować, a czasem ktoś musi mi powiedzieć: Królik siądź na dupie i zajmij się czym należy. Metaforycznie oczywiście, nikt się tak do mnie nie zwraca. Cały czas nad tym pracuję, kolejny film więc to Pół serio, a potem mam nadzieję, że coś przyjdzie dalej.

Wystarczy, niezła wyliczanka.

Ostatnio zrobiłem takie widowisko telewizyjne, gdzie gram Cyrankiewicza, musiałem się ogolić na łyso i to też było wyzwanie, inne spojrzenie na siebie, mam nadzieję, że coś ciekawego z tego wyjdzie.

To może być ciekawe.

 
Reklama

Mam nadzieję. Młodzi ludzie, którzy chcieli się zmierzyć z trudną materią. Lubię pracować z młodymi ludźmi, którym się chce, którzy mają pasję. Nie lubię pracować ze starymi wyjadaczami, którym się nie chce. Mogą to być starzy wyjadacze, którym się chce, to jest fantastycznie, a takim, którzy wszystko wiedzą to raczej dziękuję.

Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu?

Trudne pytanie, ciężkie. Co jest najważniejsze? Tu mamy 15 minut ciszy.

Dobrze, myślisz. Ja też pewnie nie wiedziałbym jak odpowiedzieć na to pytanie tak wprost. Ja czuję, że jesteś spełniony.

 
Reklama

Do pewnego momentu na pewno była rodzina, mam dwóch synów, to było dla mnie najważniejsze, ale też spełnienie w zawodzie, szukanie frajdy w nim. Mówię, że do pewnego momentu była taką ważną sprawą rodzina, bo teraz dzieci dorastają, zaczynają żyć własnym życiem, ale nadal są w moim kręgu priorytetów. Uwielbiałem ten zawód, jest mi ciężko teraz mówić w momencie lockdownu, kiedy nie uprawiam aktorstwa jakoś muszę sobie z tym radzić, jakoś żyć, ale chyba syntetyzując to wszystko co robię. Lubię sprawiać, żeby świat był piękny i dobry, mam frajdę kiedy ludzie dzięki mnie, mojej pracy zaczynają inaczej, lepiej postrzegać drugiego człowieka, kiedy moim bliskim dzieje się dobrze. Lubię, mówiąc górnolotnie i prymitywnie, jak jest dobrze.

I to nie jest czysty hedonizm?

Nie, myślę, że nie. O sobie często potrafię zapomnieć, sprawia mi to frajdę kiedy ludziom daję uśmiech na widowni, kiedy przychodzę i mówią, że coś skłoniło ich do myślenia, do zmiany patrzenia na życie, na świat.

A czy coś ci umknęło podczas pandemii, co miałeś w planach do zrealizowania? Odłożone na czas nieokreślony.

Czy coś mi umknęło? Nic nie zakładałem właśnie, to był i jest dla mnie taki okres zawieszenia absolutnie. Nie jestem tak poukładanym facetem, że coś sobie poukładam i realizuję, trochę się zawiesiłem i czekam na powrót lepszego czasu. Nie będzie to wszystko tym samym co przed pandemią, bo na pewno wszystkich nas to zmieni, zmieni się świat, my się zmieniliśmy jakoś, nawet jeżeli tego nie zauważamy w tej chwili, ale będę się dostosowywał. Na pewno wiele rzeczy mi umknęło, ale myślę też, że bardziej się uspokoiłem, bardziej się zdystansowałem do siebie, do świata dzięki pandemii, dzięki długiemu siedzeniu i nudzeniu się. Było mi to chyba potrzebne, bo tak jak wspomniałem wcześniej, przypuszczam, że miałem ADHD, byłem pracoholikiem, a dzięki temu, że wyłączono tą wtyczkę z gniazdka całemu światu to też mnie było łatwiej patrzeć na to bez jakiejś paniki i bez wyrzutów sumienia.

A propos hedonizmu, powiedz mi czy udało ci się kiedyś przez swoje aberracje, słabości dotknąć dna?

Myślę, że byłem czasami bliski. Bałem się bardzo tego, ale może właśnie ta pandemia trochę mnie zmusiła, czy pozwoliła na powąchanie, dotknięcie takich momentów, o których mówisz.

 
Reklama

Ale nie skończyło się to źle.

 
Reklama

Mam nadzieję.

Bardzo ci dziękuję.

Dziękuję.