„Siła kobiet”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jak dobrze, że Joanna Bator wróciła do „wałbrzyskiej” siebie w potoczystej, rozległej narracji. Nie przypominam sobie, żeby jakaś książka wydana w tym roku dała mi tyle przyjemności z lektury, co „Gorzko, gorzko”.

Joanna Bator wraca do swojej własnej wersji sprzed lat: narracji pełnej, z rozmachem, niespiesznej, wnikliwej, czułej, do dokładnych obserwacji, po mistrzowsku prowadzonych zanotów psychologicznych, zdań cieleśnie wręcz trafnych i konstrukcji misternych. Trudno się od tej powieści oderwać, nie mówiąc już o tym, że atmosfera trwającego od końca października Strajku Kobiet pozwala (a wręcz nakazuje) czytać książkę na wielu poziomach.

„Gorzko, gorzko” to historia rodu kobiet, opowiedziana przez pryzmat ich udręk, starć z historią, rodziną, zmianą miejsca zamieszkania, poszukiwania tożsamości i dochodzenia do uświadomienia sobie własnej podmiotowości. Więzy krwi raz bohaterki przytrzymują przy życiu, raz niebezpiecznie zaciskają się na gardle. Sześćset pięćdziesiąt stron misternie splecionych wątków, kunsztownych analiz psychologicznych i imponująco sprawnie poprowadzonej skomplikowanej fabuły. Czas spędzony z powieścią Joanny Bator przypomina trochę serię sesji w gabinecie psychoterapeuty – konia z rzędem temu, w czyjej rodzinie nie było dramatów, utraconej miłości, echa wojny, smutku czy traum. Zatem: przypuszczam, że każdy czytelnik, który choć kilkadziesiąt sekund poświęcił na nawet pobieżną historię rodzinnych smutków, popłynie z nurtem tej powieści.

Bator ponownie daje popis umiejętności obserwacji, znajomości ludzkiej psychiki, a w szczególności sposobów działania traumy pokoleniowej – zjawiska na wielu poziomach złożonego, leczonego w tej chwili globalnie w gabinetach terapeutów przy użyciu nie zawsze uznanych przez parnasową naukę metod, jak ustawienia systemowe Hellingera, metoda ruchu gałek ocznych EMDR czy hipnoza. Traumy „wybijają” obecnie szczególnie wśród przedstawicieli pokolenia trzydziestolatków, czyli pokolenia najmłodszej bohaterki, Kaliny Serce. Jak dobrze policzyć, wszystko się zgadza: młodość i dzieciństwo Berty Koch, prababki Kaliny, przypadło na okres patriarchalnego faszyzmu. Trzecie pokolenie ma już narzędzia i siłę, żeby zmienić swój los, zmierzyć się z przeszłością, ale w tym celu musi zanurzyć się i „przerobić” historię klanu. Dopiero w trudach odrobiona praca domowa ma szansę przygotować drogę do wewnętrznego wyzwolenia.
Ojciec Berty, Hans Koch, był słynącym z warsztatu wędliniarzem z Langwaltersdorfu, który „jak wielu przed nim i po nim, nie docenił potęgi kobiecej zemsty.” Jego żona Winifreda zmarła przy porodzie córki Berty, więc Hans wychowuje córkę samotnie, uczy ją mięsnego fachu, traktując przy tym Bertę dosłownie jak kawałek mięsa. Tradycyjnie zaplanował również jej ożenek i całą przyszłość, nie zważając na to, że córka jest do szaleństwa zakochana w wędrownym handlarzu. Berta planuje z nim ucieczkę już jako ciężarna, ale jej ukochany ucieka – od niej, od odpowiedzialności, obowiązku, stałości i wyzwania obecności. Zrozpaczona Berta przeznaczona przez ojca lokalnemu nieudacznikowi na żonę, prawdopodobnie popada w szaleństwo i swojego ojca… wekuje, postępując w zasadzie zgodnie ze sztuką i rzemiosłem. Jej córka rodzi się w więzieniu, ale Berta nie przeżywa połogu.

Córka Berty, Barbara, widzi w domu dziecka zbyt wiele: koszmar wojny, wyzwolenia, biedę domu dziecka. W końcu zostaje adoptowana przez małżeństwo Serce, nie mniej straumatyzowane niż inne mieszane rodziny z Ziem Odzyskanych. Wieloletnie upokorzenia, lęk przed utratą nieidealnej, ale własnej rodziny, bieda i wieczny niedosyt uczyniły z Barbary kobietę-trumnę. (Przejmujące obrazy dziecka, które odmawia sobie pączka, żeby złożyć go w ofierze nieistniejącemu bogu w celu uniknięcia kary za domniemane grzechy zostaną ze mną bodaj na zawsze). Państwo Serce, którzy otoczyli Barbarę opieką, dali jej tyle miłości, ile byli w stanie, choć było jej co kot napłakał. Sami zniszczeni wojną i przesiedleniami, nękami poczuciem utraty i zakleszczeni w żałobie po śmierci swoich biologicznych dzieci, ponownie osierocili nastoletnią Barbarę – przybrana matka zmarła na płuca, ojciec powiesił się. Trudno powiedzieć, skąd Barbara wzięła w sobie siłę, żeby pójść do pracy, usamodzielnić się, a nawet przez krótką chwilę odetchnąć w zakochaniu. Piękna miłosna historia z Mirkiem Majem również kończy się tragicznie, a status ofiary potwierdza w życiu Barbary obecność sadysty, Barnaby Bidy, któremu rodzi córkę Violettę. Jest ambitna, ciekawa świata, ale potrzeba natychmiastowej ucieczki z biednego, maleńkiego mieszkanka wytworzy w niej umiejętności konfabulacyjne i przeniesie kilka centymetrów ponad ziemię, pozbawiając kontaktu z rzeczywistością, poczucia sprawstwa i własnej wartości. Każdego dnia działania Violetty Serce napędza inny pomysł na siebie. W rezultacie sama gubi się w nowych wersjach siebie. Przypomina trochę eteryczną postać dziewczęcia z drugiej Części „Dziadów”, które unosi się nad ziemią i nieustannie wyciąga ręce do kolejnych mężczyzn. Córka Kalina powie o niej: „Violetta, od kiedy ją znałam, zachowywała się tak, jakby jej związek z Barbarą i ze mną nie był więzią krwi, ale efektem fatalnej pomyłki. Najpierw podmieniono jej matkę, skazując na egzemplarz tak wybrakowany jak Barbara Serce, a potem, na domiar złego dostała się jej córka, której nijak nie dało się wpasować w żadną wizję matczynego świata.” Jako osobowość histrioniczna będzie nieustannie swoją córkę porzucać i szukać szczęścia w różnych częściach Polski, w biurach podróży, solariach czy jako kelnerka, wciąż marząc o tym, że z nędzy wałbrzyskiej wyrwie ją książę na białym koniu. Kalinę wychowuje więc babka Barbara Serce. „Kalina czuła się w życiu jak podróżna, która boi się, że spóźni się na pociąg, ale nie wiedziała, dokąd właściwie jedzie. W odróżnieniu od swojej matki i babki miała pewność, że stać ją na bilet”. Kalina wynajmuje prywatnego detektywa i wyrusza w głąb, pod prąd, do źródeł historii rodzinnego rodu.

Niezwykle interesujący zabieg Joanna Bator przeprowadza z narratorką. Teoretycznie wszystkowiedzący i wszechobecny, mówiący w trzeciej osobie ewoluuje w postać pierwszoosobową; opowiada najmłodsza członkini rodu, Kalina, która skomponowała rodzinną historię z okruchów, fragmentów dzienników, własnych wspomnień i przetworów cudzej pamięci. Próba wyrwania się z zaklętego kręgu udręczonych kobiet mogła się powieść dopiero wówczas, kiedy ostatnia z rodu, najodważniejsza, najbardziej osobna, najbardziej dojrzała miała odwagę zanurzyć się w ciemną historię losu kobiet uwikłanych w system. Ewolucja narratorki również w warstwie formalnej oddaje kształt i natężenie pokoleniowego procesu.

Kobiety w powieści Bator są dla siebie zarówno lustrem, jak i przestrogą. Ich próby przełamania okrutnego losu są naznaczone nieświadomą i nierówną walką z patriarchatem, konwenansami, upokorzeniem, biedą i poczuciem ciążącej na nich klątwy. Jednak kiedy najmłodsza z rodu, Kalina, najsilniejsza, najbardziej wykształcona i najodważniejsza, odważa się „wsadzić łeb do krypty” (określenie Joanny Bator), przestudiować i zrozumieć historię rodziny, męski kolos na glinianych nogach zaczyna się chwiać. Powolna, ale konsekwentna emancypacja kobiet w powieści Bator bierze się z odwagi spotkania z samą sobą, dostrzeżenia swojego potencjału i opłakania niedostatków. W dorobku Joanny Bator to bodaj powieść totalna: o miłości, klątwie, śmierci, smutku, tęsknocie, opresji i wielkich nieobecnych w historii świata – mężczyznach. W „Gorzko, gorzko” ich obecność w życiu kobiet jest krótka i intensywna, czasem owocuje cudem nowego istnienia, częściej – serią późniejszych nieszczęść i upokorzeń. Gdyby historię rodu przedstawić na jednym zdjęciu, mężczyźni byliby w niej białymi plamami albo, w najlepszym wypadku, cieszyliby się statusem ducha. Jeśli pojawiają się w życiu kobiet, rażą dziecinnością, bryzgają pogardą, a u podstaw tejże leżą kompleksy i poczucie bezradności. Maskują je tak, jak zwykli od wieków i na co dostawali społeczne przyzwolenie: ślepą agresją, biciem albo ucieczką. W rezultacie potomkinie Berty Koch zdane są całkowicie na siebie i swoją samotność. Jednak kiedy męska ręka podnosi się nad tym, kogo kochają, kobieca zemsta jest jak morze.

To potężna (również pod względem materii) powieść o kobiecej sile, wytrwałości, lęku i możliwościach, o których istnienie nie podejrzewamy samych siebie. Jakkolwiek zużyte dziś i nieadekwatne to słowo się wydaje, to również opowieść o miłości: ślepej, czasem nieudolnej, ale zawsze pierwszej, zawsze siłą oddziaływania zaskakującej. Powrót do opowieści plemiennych, do historii gadanych, z szerokim, historycznym tłem, napisanych z niebywałym rozmachem, a jednocześnie bez niepotrzebnego patosu, opowiadanych szeroko, czasami ściszonym głosem – być może to jest w stanie uratować nasze mózgi przebywające w stanie zagrożenia od roku.

A teraz opowiem Państwu, jak czytałam. Zaczęłam w deszczową, leniwą niedzielę w południe. Ani się spostrzegłam, kiedy zrobił się wieczór. Czytałam w wielkim skupieniu i z zaangażowaniem godnym tej książki bez wątpienia, skrzętnie zaznaczając co celniejsze zdania i notując spostrzeżenia, których trafność przemawiała do mnie blaskiem neonu. Jak każdy o tej porze roku jestem obłożona niesłychanie zadaniami nie do wykonania. Żeby móc przetrwać przeklęty czas przedświąteczny i nagradzać się książką Bator za dzielność, wstawałam codziennie jeszcze wcześniej niż zazwyczaj (po 4 rano), żeby przed epidemią telefonów i spraw najpilniejszych móc poczytać w spokoju do 7. Tak minął mi tydzień wspólnych poranków z Joanną Bator, a ostatniego dnia, kiedy zostało mi niecałe 100 stron, zaczęłam lekturę sobie dozować, żeby na dłużej wystarczyło. Skończyłam z żalem, pełna wzruszeń, wspomnień, a nade wszystko uznania dla autorki za potężną pracę, którą wykonała. Po czym wpadłam na pomysł, żeby książkę zacząć czytać od początku. „Gorzko, gorzko” jeszcze we mnie rezonuje, a jak zatęsknię, zawsze mogę wrócić ponownie do „wałbrzyskiej” Bator z „Chmurdalii” i „Piaskowej Góry”, którymi onegdaj mnie urzekła.

Miałam jeszcze jedną refleksję. Gdyby nie opłakany stan polskiej kinematografii i pieniądze, które TVP ma, ale mam solidne podstawy twierdzić, że niekoniecznie sprawiedliwie nimi dysponuje, na podstawie powieści Joanny Bator mógłby powstać serial o rozmachu znacznie większym niż „Stulecie Winnych” i ze współczynnikiem oglądalności na poziomie rekordu dekady. Być może na produkcję przyjdzie nam jeszcze poczekać, póki co – cieszmy się z książki.

Potężna powieść odwrotnie proporcjonalna do parszywości naszych czasów. Na miarę siły współczesnych kobiet – u wielu wciąż nieuświadomionej. Nie pożałują Państwo lektury.

 

Joanna Bator, „Gorzko, gorzko”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020.

Reklama

Reklama