Dlaczego wiersze są głupie, ale nie

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Sztuka od zawsze była kwestią nieodgadnioną dla człowieka. Potrzeba pojawiająca się znikąd i po nic. Potrzeba jednak nieokiełznana i tajemnicza.
I o tej tajemnicy ostatnio myślę. Zagadce zawartej w tekście, obrazie czy kompozycji. Nieokiełznanej metaforze. Zresztą, wszyscy pamiętamy ten ból z lekcji języka polskiego. Tekst wiersza nie był tym, czym się wydawał. Przecież autor miał coś innego na myśli. Mickiewicz nie pisał o świerzopach i białych grykach, bo był zapalonym dendrofilem. Wszystko było przecież mostem kontekstualnym do konkretnych pól i drzew, konkretnych wspomnień i konkretnie skrzywionego dzieciństwa. Pani skrupulatnie tłumaczyła na lekcji, że każda słowo odnosi się nie do niego samego, ale do czegoś większego, skruszonego idealizmu, potwornego empiryzmu i nachalnej autobiograficzności. Pytanie brzmi – a po co?
Każdy sobie w końcu kiedyś je zadał. A na co oni takie zagadki robią, nie można po prostu powiedzieć – o, tęsknię za ojczyzną i tyle? Po co tyle zachodu? Czemu nie mógł ten zasrany Adam. jeszcze gorszy Julek, i ta cała reszta po nich wyrażać się jasno, prosto i na temat? Jak się idzie do sklepu, to się mówi – to, to i to. A nie – może gdybym wybrał orenżadę, moje życie byłoby jak strzeliste sufity gotyckiej katedry w Pcimiu, gdzie za pacholęcia puszczałem bańki mydlane nosem! Bzdety.

Może i bzdety, ale bzdety konieczne. Sztuka bowiem, w moim doświadczeniu, stara się wyrażalnym wyrazić niewyrażalne. Stara się przeczucia ludzkie, intuicje, zrozumienia i ich braki oddać w formie odpowiedniej dla danego artysty. Tym różni się od nauki, że nie musi dyskutować i bronić swoich racji w konkretach. Gdy to przeczucie jest wystarczająco dobrze wyrażone, chwyta odbiorcę swoją prawdziwością w sposób, w jaki żadne zabiegi retoryczne i statystyki nie są w stanie. Nawet, gdy twierdzi coś zupełnie nieprawdziwego. A dlaczego tak niejasno? Bo tych przeczuć wyrazić się nie da. Gdyby poeta miał dosadnie i wyraziście przedstawić to, co miał na myśli, wiersze byłyby dłuższe niż powieści, a powieści stronami przykryłyby świat. Możemy to zrobić na przykładzie uczucia chłopca do dziewczynki. Otóż chłopiec ów, by wyrazić w słowach jasnych i konkretnych swoje uczucie, musiałby odnieść się nie tylko do biologicznych aspektów swojej natury, ale także pogrzebać co nieco we własnych doświadczeniach, zrobić statystyczne badania co do typów osobowości, które mu odpowiadają i, w analizie porównawczej, zestawić je z cechami dziewczynki, do której wzdycha, udowadniając tym samym jej nadrzędność w stosunku do innych, aczkolwiek z uzależnieniem tej nadrzędności od obiektu obserwującego, gdyż p chłopca jest prawdziwe, wtedy i tylko wtedy, gdy q i r dziewczynki zachodzi. Dla chłopca s ów paradygmat mógłby się nie sprawdzić, bo dziewczynka jest weganką, a on uważa, że to gejowska propaganda jest (chłopiec s jest homofobem w tym scenariuszu).
Nie da się więc ukryć, że poeci otwierają nam okna kontekstualne za pomocą odpowiednio dobranych słów, by treść uderzyła mocniej i prawdziwiej niż próżne próby uzasadnienia atrakcyjności brunetek. Jest jednak jeden problem – partacze.

Partacze bowiem starają się swoją „sztukę” uczynić niezrozumiałą nie z powodu niewyrażalności treści w niej zawartej, ale z powodu bycia kutasem. Otóż, gdy partacz bierze się za tego rodzaju robotę to zamiast przemielić przez własne doświadczenie intuicje bliskie człowieczeństwu, specjalnie wkłada w swój twór rzeczy niezrozumiałe w nadziei, że nikt się nie skuma i jakoś pobocznie uda mu się wskoczyć do panteonu „artystów”. Przecież treści przez niego przedstawiane są głębokie i mądre, a jak ktoś nie rozumie to najwidoczniej nie jest wystarczająco wyrafinowany intelektualnie. Gdzie – w rzeczywistości – nie. Jest to po prostu zbitek przypadkowych słów, nut, czy machnięć pędzla, które w całości przypominają raczej wymiociny kota, aniżeli dzieło natury artystycznej. Co więcej, tego rodzaju partacze, jak wszyscy ci, którzy działają w złej wierze, psują postrzeganie całego środowiska artystycznego jako grupy snobów, którzy pieprzą bzdury o niczym, zachwycając się gównem w słoiku. Dla przeciętnego odbiorcy jest to przecież wniosek jak najbardziej prawdziwy – ci ludzie muszą być chorzy psychicznie, skoro klaszczą, gapiąc się na zdjęcie odbytu osła. Tym samym, dostaje się również artystom, którzy niewyrażalne może i chcieliby wyrazić, ale zostają pominięci jako część grupy psychopatycznych wielbicieli oślich odbytów. Tak poległ w opinii publicznej np. Malewicz, bo co to ma być, że koleś sobie maluje jakiś kwadrat i ludzie kupują to za miliony. Debile. A kwadrat zawsze był sam.

Jaki z tego wniosek? Żaden. Wszystko będzie się turlać dalej w tym samym kierunku i można raz na jakiś czas czynić próby, żeby zapobiec kompletnej anihilacji sztuki współczesnej, która zresztą nie umrze, ale zmieni się i na to będziemy wtedy narzekać. Zresztą, wnioski nie istnieją. Są tylko beżowe kamienie łupane w przestrzeni, jak wiosna na zimę i pies. Amen.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Witaminki

Ostatnio pomyślałem czy by nie opatentować witaminowych suplementów dla nas

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama