Krzysztof Czeczot: zawsze miałem ochotę na punkową przygodę

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Aktorski kameleon. W swoim dorobku ma zarówno role w filmach komercyjnych i popularnych serialach, jak i występy w ambitnych, artystycznych produkcjach. Był Zenkiem Martyniukiem w filmie Jana Hryniaka, sadystycznym Zupą w „Pitbull. Nowe porządki” Patryka Vegi, Antkiem w „Poradach na zdrady” i Maćkiem Szymczykiem w „BrzydUli”. Ale zaczynał u Wojcieszka („Głośniej od bomb”), potem zachwycał u Smarzowskiego („Dom zły”, „Drogówka”) i Szumowskiej („Twarz”, „Śniegu już nigdy nie będzie”). Na teatralnych deskach zjadł zęby. Dziś sam jest wykładowcą, zajmuje się też z sukcesami produkcją dźwięku. W ubiegłym roku skończył czterdzieści lat i patrzy tylko do przodu. „Wiele wiem, wiele przede mną. To jest bardzo dobry czas” – mówi w rozmowie z Anną Tatarską aktor, którego aktualnie oglądać można w drugiej odsłonie „BrzydUli” na TVN.

 

Kiedyś, na samym początku kariery, powiedziałeś, że zaangażowałeś się w aktorstwo, bo chciałeś być bogaty.

Sławny i bogaty!

I jak ci to wyszło?

Ani nie jestem sławny ani bogaty. Tamte słowa wypowiadał chłopak z małego miasta.  Wtedy nie było jeszcze social mediów, telewizja była wszystkim. W małym miasteczku oglądało się „Siedem dni świat”, startujący wtedy „Klan”. Pokazy mody, gwiazdy, rozmowy z aktorami. Człowiek myślał sobie: „Wow, takie życie musi być super”.

Ilu mieszkańców miał twój rodzinny Bytów?

Myślę, że trzynaście, może piętnaście tysięcy. Mieliśmy w Bytowie trzy główne rozrywki, czyli las, jezioro i piłkę nożną. Było mi tam wspaniale, do pewnego momentu. Jakoś zawsze miałem potrzebę, żeby pójść dalej niż środowisko, z którego pochodzę. Ciągłe parcie: wyżej, mocniej, szybciej.

To była taka klasyczna historia: Oglądasz filmy, masz wrażenie obcowania z lepszym światem i chcesz być jego częścią? Czy twoja aktorska pasja wzrastała w inny sposób?

Zawsze miałem potrzebę występowania. Nie mówię tu o jakichś konkursach mówienia wierszy i różnych innych akademiach, bo tego nie robiłem, ale potrzebowałem być z przodu. Nie wiem dlaczego ciągle to badam. Ale szkoła filmowa to ze względu na moją wrażliwość, funkcjonowanie, specyficzną osobowość, to był najlepszy wybór dla mnie, tak myślę po latach.

Masz kolekcję zdjęć z przedszkolnych i szkolnych gal, gdzie występujesz w stroju muchomorka, drzewa?

Nie. Z dzieciństwa mam dosłownie dwa zdjęcia. Na jednym jestem kowbojem, na drugim – Sindbadem. W latach 80-tych nie było tak powszechnie dostępnych aparatów, nie było takiej kultury nieustannego fotografowania się, przynajmniej nie w moim środowisku.

Kiedyś powiedziałeś, że ludzie często cię poznają, ale nie wiedzą, jak się nazywasz. Cały czas tak jest?

Nie, to się bardzo zmieniło po serialu jednym, drugim, po filmach, w których wziąłem udział. Zacząłem też korzystać z social mediowych środków komunikacji, więc już raczej jestem w świadomości Krzysztofem Czeczotem, a nie „tym panem z telewizji”.

Dla mnie twoja duża kariera zaczyna się od „Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka. To był też symboliczny początek polskiego kina w innym kształcie. Jakim Krzysztofem Czeczotem byłeś wtedy, w 2001 roku?

Bardzo prącym do przodu, mającym ochotę na nową przygodę. Zawsze miałem ogromną ochotę na punkową przygodę, a ten film to było jakieś totalne punkowe szaleństwo. Do tej pory pamiętam tamten plan zdjęciowy, po pierwsze dlatego, że to był mój pierwszy poważny plan, a po drugie ze względu na to, co tam się działo, tamtą energię. Jola Dylewska, operatorka, z takim spokojem, kiwająca się, patrząca na wszystko. Wojcieszek nabuzowany, skaczący dookoła. Aktorzy biorący w tym udział. To była świetna przygoda. Wziąłem udział w kolejnym filmie Przemka, potem zrobiliśmy przedstawienie, potem byłem jego asystentem w Teatrze Rozmaitości przy „Dwojgu biednych Rumunów mówiących po polsku”.

Potem wciąż grałeś w filmach, ale najmocniej zaangażowałeś się w teatr.

W 2002 roku dostałem nagrodę główną na Festiwalu Teatralnym w Łodzi. Mój mentor, Jan Maciejowski, reżyser i wykładowca powiedział mi, że najlepsze dla mnie by było, żebym się czegoś nauczył. Miałem propozycje z Warszawy, z Wrocławia i z Krakowa, ale wybrałem Szczecin i Annę Augustynowicz. Jej Teatr Współczesny był na topie, o jej realizacjach bardzo dużo się mówiło, wszyscy patrzyli na nią z podziwem. To był niesamowity czas w polskim teatrze, bardzo nowoczesny jak na tamte lata. Inny rodzaj teatru.

W całej Polsce zaczynała się wtedy taka teatralna rewolucja.

Dokładnie tak. I ja chciałem być jej częścią. Przez 6 lat jeździłem ze Szczecina do Warszawy. Nawet wymyśliłem dowcip na swój temat: mam złoty fotel w PKP, w nocnym pociągu, który jechał chyba 9 – 10 godzin, między 21 a 7 rano. Przyjeżdżało się na casting totalnie wyplutym. Niewiele się na tym polu działo, aż do momentu spotkania z Wojtkiem Smarzowskim, który, o czym nie wszyscy dziś pamiętają, obsadzał serial „Brzydula”. Ktoś zaprosił mnie na casting, potem dostałem propozycję roli. Przez te prawie siedem lat grania w Szczecinie miałem sporo dużych ról, ostatnią był pan młody w „Weselu”. Poczułem, że potrzebuję czegoś więcej, że ten Szczecin mi nie wystarcza, że jest okazja i otwierają się drzwi serialowe. Trzeba pamiętać, że wtedy to był inny świat, inna jakość robienia seriali. Ten tytuł był bardzo mocny, „BrzydUla” była na ustach całej Polski. I od tego Smarzowskiego, krok po kroku, poszedłem w kino i serial, zostawiając za sobą teatr. Dopiero teraz wrócę, po jedenastu, może dwunastu latach, rolą w teatrze Krystyny Jandy.

Kiedy się zorientowałeś, że możesz nie tylko grać, ale też zaklinać rzeczywistość głosem? Masz wspaniały głos, bardzo plastyczny i dużo nim pracujesz na przykład w dubbingu.

Żebym zaklinał rzeczywistość głosem, to ciekawe. Nigdy się nad tym w ten sposób nie zastanawiałem. Założyłem parę lat temu własne studio nagrań, ale nie dlatego żeby nagrywać siebie, tylko dlatego, żeby mieć taką „drugą nogę”, bo wiesz doskonale jak to jest w tym zawodzie: górki są wysokie, ale bardzo krótkie, a doliny bardzo długie i bardzo obciążające w tym spacerze po tzw. „sukces” i tzw. „karierę”. Żeby nie odpłynąć zupełnie i żeby mieć z czego żyć – i mieć jakąś pasję, bo tak, dźwiękowa przestrzeń to moja ogromna pasja – to zdecydowałem się nie przejadać tych pieniędzy, tylko je zainwestować.

Aktorzy często mi mówią, że „jedna rola jest dla mnie, a druga dla nich”. Kim są „oni”? Czasem to fani, czasem kredyt. U ciebie to też tak działa?

Uwielbiam to, co zrobiłem do tej pory. Nie dlatego, że jestem bucem i egoistą, tylko dlatego, że jak sobie popatrzę z perspektywy czasu, to mam naprawdę dużą paletę: od popkulturowego i znanego całej Polsce Zenka Martyniuka, przez filmy Vegi, Małgosi Szumowskiej, Wojtka Smarzowskiego, a po drodze innych reżyserów. Nie mam w swoim doświadczeniu czegoś, co zrobiłem dla pieniędzy czy dla „nich”, próbuję być zupełnie uczciwy. Wszystko, co wziąłem na warsztat, robiłem z myślą, że to fajne, świeże, nowe. Myślę, że to właśnie jest kwintesencją tego zawodu: nie powielasz się w tej samej, jednej roli. Nie jesteś ciągle tym samym bohaterem, tylko wychodzisz w innym garniturze, u innego reżysera, z szansą zagrania czegoś całkiem innego od poprzedniej roli. Tak jak w kontekście Martyniuka, zupełnie nie z twojego kręgu zainteresowań, zupełnie nie z rzeczywistości, w której funkcjonujesz na co dzień. Ja potrzebuję tej różnorodności.

Jest coś, czego byś na pewno nie zagrał?

Nie myślałem o tym. Pewnie nie wziąłbym udziału w słabym filmie, w takim, który już na poziomie scenariusza widać, że się nie uda. Wziąłem udział w filmach, które są słabsze, to wiem teraz. Ale jak dostajesz scenariusz i myślisz o tym, jacy koledzy będą w tym brali udział, potem jesteś na tych pierwszych próbach, to masz poczucie, że będzie fajnie.

To jest w tym zawodzie podchwytliwe: wchodzisz w projekt z sercem i nadzieją, wszystko wygląda wspaniale, a potem niestety nie wychodzi tak, jak sobie wyobrażałeś. Jak się czujesz w takich momentach?

Mam takie przekonanie, że moją rolą jest dobrze zrobić swoją robotę. To po pierwsze. Moim głównym zadaniem jest, żebym ja się dobrze z tym czuł i żeby ludzie, którzy mnie zatrudniają, dostali to, czego potrzebują. Nad tym mam kontrolę. Bo na wiele rzeczy, które się dzieją po drodze, wpływu nie mam. Co więcej, brałem udział w realizacjach, gdzie nagle na planie reżyserka zmienia w ogóle koncepcję, mimo, że umówiliśmy się świadomie na coś innego na próbach. I to jest ok, ma do tego prawo. Druga rzecz, o której myślę to taka, że to jest w jakimś sensie superpodniecające, sexy. Że trzeba mieć jakąś otwartość na te zmiany, być na nie gotowym, że to się dzieje w czasie rzeczywistym. To jest wspaniałe w graniu w filmie czy w serialu, że ta gotowość musi być tu i teraz.

Jak się czuje artysta, który ma na koncie nagrody, nominacje, pracę z największymi nazwiskami, jak dostaje nagle nominację do Węża, czyli nagrody za najgorszy występ?

Moja praca podlega weryfikacji. I tak samo jak moja robota jest po to, żeby ją chwalić, jest też po to, by ją krytykować. Jeśli więc ktoś uważa, że zrobiłem coś bardzo źle i jestem za konkretną rolę nominowany do Węża – w porządku. To jest część tego zawodu i biorę to na klatę.

Aktor chyba nigdy nie przestaje się rozwijać. Ty wolisz uczyć, czy się uczyć?

Kiedy myślę o moich spotkaniach ze studentami, o mojej pracy z nimi, to mam takie poczucie, że jestem bardziej transmiterem wiedzy niż twórcą jakiejś niewiarygodnie nowej, fantastycznej teorii. Kiedy myślę natomiast o tym, jaki jestem na planie, przychodzi mi na myśl Małgosia Szumowska i Michał Englert, z którymi jakoś ostatnio się częściej widujemy. Z otwartą buzią patrzę, co robią; czasem zupełnie inaczej niż to, na co się umawialiśmy, ale może to dać coś dobrego. Ja się ciągle chcę uczyć. Nie ma szansy na funkcjonowanie w tym zawodzie, w ogóle w życiu, bez potrzeby edukacji. Jak masz poczucie, że wszystko umiesz, to trzeba iść na emeryturę.

Jaki jesteś dla swoich studentów? Typ kumpla czy raczej ostry i zdystansowany profesor?

Owszem, jestem wykładowcą, profesorem uczelni, doktorem habilitowanym, ale to są tylko etykiety. Te etykiety nam nie pomagają w relacji ze sobą i rozmowie. Dlatego pierwsze zajęcia ze studentami zaczynam od takiego sformułowania: „byłoby dobrze, gdybyśmy zechcieli się szybko zaprzyjaźnić, gdybyśmy przeszli na ty”. To jest propozycja, oni mogą z niej skorzystać, nie muszą. Namawiam ich, żeby ze mną rozmawiali, bo jestem zdania, że nie ma głupich czy złych odpowiedzi. Nawet odpowiedź „nie wiem” albo „nie chcę nic powiedzieć” jest jakąś odpowiedzią. Nie powiedziałbym, że jestem kumplem, bo nie spotykamy się tam, żeby się kumplować. Na zajęciach nie chodzi o plotki, tylko o to, żebym ja rzeczywiście coś nowego próbował wnieść, z nadzieją, że oni z tego skorzystają. Ale mam dużą potrzebę bycia z nimi w bliskim kontakcie, bo też bardzo dużo od nich dostaję. To dla mnie bardzo ważne. Co roku jestem starszy, a oni co roku mają po 20, 22, 23 lata.

Jak w „Dniu świstaka”!

Trochę tak. Ja coraz bardziej siwy, oni ciągle młodsi. To jest zaskakujące: oni się urodzili w roku, w którym ja dostawałem się do szkoły filmowej i już mówią, chodzą, a nawet mają swoje telefony komórkowe! [śmiech] Ale jakim jestem pedagogiem, to pewnie trzeba by ich zapytać. Trudno mi siebie samego recenzować, swoją Skoro dziekanat podpisał ze mną umowę na stałą współpracę, to chyba jest ok!

Dziś zajęcia odbywają się na Zoomie. Także castingi od wielu lat przeprowadza się też zdalnie. Jak się czujesz w tej sytuacji? Wiem, że kiedyś bardzo nie lubiłeś tego elementu pracy aktora.

Tzw. self-tape’y od jakiegoś czasu są nową rzeczywistością. Nie mam z tym problemu, choć sam casting nadal jest dla mnie najtrudniejszym momentem na linii pracy zawodowej. To nie tyle konkurs piękności, co wydarzenie, gdzie na dzień dobry trzeba się pokazać z jak najlepszej strony, mając bardzo niewiele danych. A wersja online jest jeszcze trudniejsza. Wyobraź sobie ten wywiad, gdzie ty nagrywasz pytania u siebie w domu, a ja dogrywam swoje odpowiedzi u siebie. Nie ma przepływu energii, nie ma flow między nami. Ale to część tego zawodu. Trzeba to po prostu zaakceptować i jakoś spróbować polubić.

Na koniec chciałabym zabawić się w pewną grę. Porozmawiać z tobą tak, jak się – niestety – zwykle rozmawia z aktorkami. Zatem, kochana, jak się czujesz ze swoim wiekiem? 40-tka to taka magiczna granica!

Kochana, powiem ci, że to jest najlepszy czas w moim życiu. Przełamuję się, wiele doświadczyłam, wiele wiem, wiele przede mną. To jest bardzo dobry czas.

A jak rodzicielstwo zmieniło ciebie jako aktorkę?

Bardzo, bardzo mnie zmieniło. To doświadczenie nowego człowieka jest punktem zwrotnym, nie tylko w życiu prywatnym, ale także zawodowym. Uwielbiam być rodzicem. Uwielbiam to, że jest na świecie nasza mała istota.

A ja uwielbiam to, że nie pokazujesz jej twarzy na Instagramie, że udało ci się jeszcze nie wykorzystać jej w kampanii batona proteinowego – i mam nadzieję, że tak zostanie. Dziękuję ci bardzo za rozmowę!

To ja bardzo dziękuję.

 

fot.: Paulina Pawłowska

Reklama

New Home

Kieruje mnie światło pozostawione na werandzie. Kilka stopni. Nick łapie