Escape plan 1.09.2018

M.

stan-wzmozonego-na-strone

Śpię sama. Po raz pierwszy od niecałych 3 lat. Upokorzenie powrotu do rodziców. Samotność. Złość. I co dalej?

Poukładane “dorosłe życie”: praca, mieszkanie, dziewczyna. Wszystko runęło. Leżę sama.

Sklejam się. Powtarzam rutynę.

Praca, uczelnia, powrót do rodzinnego – znów mojego – domu.

I tak codziennie, przez pół roku. 40 km do pracy w jedną stronę.

 

Poniedziałek, 7 rano z uśmiechem wchodzę do biura.

Ola pyta: Czy Ty jesteś normalna?

W końcu kto w poniedziałek z rana wchodzi uśmiechnięty do biura.

16:00. Wracam do domu. Parkuję. Spoglądam w lusterko. Ocieram policzki. Poprawiam rozmazany makijaż. Wchodzę.

I tak codziennie przez pół roku. Wyjeżdżam pełna energii, śpiewam całą drogę, a wracam w strumieniach łez. Czemu? Nie wiem. Choć myślę, że to zerwanie, do tego mieszkanie w toksycznym domu, długi dojazd do niskopłatnej, męczącej, chociaż wymarzonej pracy i licencjat do napisania – to wystarczające powody, by popaść w depresję.

 

Grudzień tragiczny. Styczeń jeszcze gorszy.

Spotkanie z Anią – koleżanką ze studiów. Kawa, kino, papieros.

Wspominała, że chce jechać do Stanów jako au pair. Nie wiem co to jest, ale Stany brzmią ciekawie. W kawiarni pokazała mi wszystkie papiery, wytłumaczyła proces aplikowania i kryteria, jakie trzeba spełnić. Może ja też pojadę?

Myślę, że pojadę za rok.

– Ja będę jechać teraz, we wrześniu. – Ania – Chodź pojedziemy razem. Będzie fajnie!

– Okej.

 

Niewiele myśląc, od tak właśnie wybrałam swój escape plan.

Potrzebowałam jakiegokolwiek punktu zaczepienia, celu, nadziei, że uda mi się wyrwać z sytuacji, w której się znalazłam.

A więc postanowione. Skończę studia i pojadę do Stanów.

– Chcesz pracować jako niania?! – mama.

– Bez sensu, zmarnujesz rok – tata.

– A po co masz tam jechać? Co Ci to da? – siostra.

– Gdzie Ty tam do Ameryki pojedziesz. – dziadek.

– Dobrze, niech jedzie. – babcia!

 

Została jeszcze jedna kwestia – dotrwać do tego momentu. Co okazało się nie lada wyzwaniem. Depresja uderzała ze wzmożoną siłą.  Każdy nadchodzący dzień był coraz cięższy. Czas na terapię. Pierwsze konsultacje i wylało się morze goryczy. Czekam na termin regularnych wizyt.

Przełom lutego/marca:

Rzuciłam pracę. Oddałam projekt licencjacki – obrona w maju. Zaczęłam regularną terapię. Mama przyjaciółki zaproponowała mi pracę w kawiarni – przed chwilą rozwijałam się w kierunku kariery, której tak bardzo chciałam – grafik 3D. Prestiżowa, przyszłościowa praca. Teraz? Parzę kawę. Odczuwam za to wielką ulgę, że nie męczę się więcej przed komputerem, siedząc obok szefa, który zamienia ze mną dwa zdania na tydzień.

Terapia działa w zaskakującym tempie. Odkładam pieniądze na wyjazd. Aplikuję. Czekam, aż odezwie się do mnie rodzina, która ma mnie gościć.

Program au pair to wymiana kulturowa, podczas której mieszka się z rodziną goszczącą i opiekuje się jej dziećmi. Zarabia małe pieniądze, trochę czasu poświęca na zwiedzanie i życie w Stanach.

Jest rodzina. Interviewu przez skype. Dzieci spoko. Mama bardzo stara się wypaść “cool”, tata lubi polskie pierogi. Wyjeżdżam za półtora miesiąca – destination: Washington DC, USA.

 

Już chce się pakować?! – abstrakcyjnym konceptem jest wyselekcjonowanie rzeczy potrzebnych do przeżycia roku w obcym kraju i w dodatku zmieszczenie ich do jednej walizki, z ograniczeniem wagi do 25 kilogramów. Jak ja mam to zrobić?

W międzyczasie podekscytowanie rośnie. Terapia już nie jest potrzebna (przynajmniej tak wtedy myślałam).

Na około trzy lub cztery tygodnie przed wyjazdem, moja najlepsza przyjaciółka i jej mama (razem prowadzą kawiarnię, w której pracowałam), postanowiły mnie zwolnić. W momencie, gdy potrzebowałam pieniędzy najbardziej. Ale okej, dam radę. Bardziej mi szkoda przyjaciółki niż pracy – znałyśmy się ponad 10 lat. Pokłóciłyśmy się przez głupie nieporozumienie. Próbowałyśmy oczyścić atmosferę, ale niesmak pozostał. Do zobaczenia za rok.

Walizka spakowana. Pokój posprzątany. 8 rano. Śniadanie z babcią i dziadkiem. Ostatni uścisk w drzwiach przedpokoju. Buziak w usta. Nigdy nie widziałam dziadka we łzach. Do zobaczenia za rok.

Auto zapakowane. Rodzice. Babcia. Kierunek Warszawa. Wspólny obiad. Oni wracają do domu. Ja zostaję u siostry. Wylot? Pojutrze.

Parking. Rozglądam się dookoła. Mama. Babcia. Tata. Kogo mam przytulić pierwszego? Jak mam się pożegnać? Co się mówi, gdy następnym razem mamy zobaczyć się za rok? Mam płakać? Śmiać się? Zażartować?

 

Obejmuję mamę.

Strugi łez.

Obejmuję babcie.

– Nie płacz – mówi, ocierając z łez swoje policzki – wszystko będzie dobrze. 

– Tato, a czemu Ty nie płaczesz?

 

Do zobaczenia za rok.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE