„O czym mówię, kiedy mówię o śmierci”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przejmujący, poetycki, mitycyzujący, kojący – zbiór historii wysłuchanych przez Angelikę Kuźniak pozwala nam oswoić pandemię odwieczną. Nie ma przecież niczego pewniejszego na świecie niż śmierć.

„Ubranie na śmierć mam. Skromne i eleganckie. Zdziwi się pani! Wcale nie czarne! Czarne jest niemodne. I jakoś mnie odrzuca. Spódniczka i pończochy mogą być czarne, ale żakiecik musi być w kolorze. Marynarka – rudoceglasta, z miękkiego aksamitnego materiału/ Lubię chodzić w dżinsach, ale pomyślałam, że przecież na spotkanie z Panem to jednak w dżinsach iść nie wypada. Lepiej już coś szałowego. Mogłabym być ubrana cała na czerwono i jeszcze w brokacie, ale nie wiem, czy to by nie wywołało jakiegoś popłochu. W niebie albo w piekle. W zależności, gdzie trafię. To właśnie najgorsze, że nie wiem.”

Angelika Kuźniak zaczęła pierwsze prace nad książką o umieraniu 20 lat temu. Jeszcze nie wiedziała, że z zapisków, cytatów i przemyśleń w notesie powstanie kiedykolwiek książka. Na potrzeby „Soroczki” siły połączyła z Anną Bedyńską – fotografką, która robiła zdjęcia ubraniom przygotowanym na śmierć. A żeby ten rytuał zrozumieć, trzeba sięgnąć do ludowej tradycji tkania „soroczki” – lnianej koszuli przygotowywanej specjalnie na rytuał przejścia. Rozmówcy Angeliki Kuźniak, zapytani o ubranie przygotowane na śmierć, zaczynają reporterce opowiadać swoje życie. I tkają definicję odchodzenia przez pryzmat tego, co ich w życiu spotkało. Dla wielu Kuźniak jest jedynym świadkiem, któremu powierzają swój ból i ciężar dźwigane całe życie. A reporterka towarzyszy im w ostatniej spowiedzi.

Potężnym walorem tej książki jest jej niebywała kondensacja – na zaledwie kilku stronach reporterka jest w stanie zmieścić ludzkie życie. Większość bohaterów już nie żyje. Dlatego spisane historie noszą nie tylko znamiona swoistego ocalenia – przekazują prawdę o tym, o co w życiu warto kruszyć kopie i o tym, przed czym uciekać nie ma sensu. To książka szczególna w okresie pandemii, wydana na chwilę przez świętem zmarłych, niedorzecznie odwołanym przez rząd. W Polsce szczególnym – skłaniającym do refleksji, zwracającym nas ku słowiańskiej tradycji pielęgnacji przejścia. Dla mnie najważniejszy przekaz „Soroczki” zawiera się w słowach jednego z bohaterów: „Pyta pani, czego chciałbym jeszcze od życia? Żeby się skończyło. Niech pani zapamięta na zawsze: są dwie rzeczy, które można podarować drugiemu człowiekowi. Słowo i czas. Jak to, o czym rozmawiać? Choćby o chmurach na niebie.”

Pieczołowicie przechowywane, wietrzone, odświeżane, chronione przez apetytem moli ubrania na śmierć wyciągnięte z szafy w obecności reporterki stają się zaledwie pretekstem do opowiedzenia swojego życia. Jedyną okazją do opowiedzenia o sobie – o przeżytym, nigdy niewysłowionym. Bo nie było czasu, okazji, przestrzeni, bo nie miał kto wysłuchać, bo nie było komu zrozumieć, bo kto by tam starego chciał słuchać. O śmierci i umieraniu opowiadają ludzie prości i wykształceni, leciwi i trochę młodsi, zamrożeni w nieprzeżytej młodości i starzy od dziecka. Samotni jak palec i otoczeni wianuszkiem wnuków. Co roku oczekujący w Wigilię na stołeczku przed drzwiami przez wyłupany wizjer niewidzianej od ponad dekady córki. Mieszkańcy domu starców i aktywni renciści. Emerytowani aktorzy i Platerówki, którym wojna stoi przed oczami jak żywa.

Kuźniak słucha ich przy wspólnym ubieraniu ziemniaków, spacerze po pokoju, wygląda przez okno na drogę, którą wyruszy niebawem ich trumna. Jedyny dostępny jej heroizm to nie uciekać. I reporterka zostaje, prawie do końca.

Właśnie ten moment: gotowości do wysłuchania otwiera w rozmówcach Kuźniak tamę życia – dotąd blokowanego, stłamszonego, zgniecionego milczeniem. Kto wie, czy to nie jest jeden z niewielu momentów w życiu bohaterów, kiedy ich życia nabiera niebywałej kondensacji. Kiedy wreszcie czują, że żyją. Kiedy ich życie okazuje się wreszcie zauważone, upodmiotowione, uwznioślone jedyną dostępną i pewną świętością – obecnością Innego. Poszczególne opowieści skomponowane zgodnie z przebiegiem zwrotek pieśni żałobnej układają się w humanistyczny i humanitarny hymn – paradoksalnie na cześć życia.

Jednym śmierć wdziera się do życia niepostrzeżenie, nagle, w dzieciństwie jeszcze – i panoszy, rozkwita, wije się i pleni. Zjawia się razem z wojskami wroga albo pierwszą bombą zrzuconą na cichą, bezpieczną dotąd wieś. Razem z pierwszym strzałem przychodzą kolejne plagi: gwałtów, wysiedleń, głodu i udręki. Zabiera kolejnych członków rodziny, bliskich od serca odrywa. Czasami wkracza w życie poprzez uczynienie świadkiem, zmusza do współuczestnictwa w żniwach. Czasem uśmiechnie się krzywo nieadekwatnym żartem na pogrzebie, podarowaną chwilą ukradzioną wieczności. Bohaterowie trwają w jej cieniu, kiedy w ich życiu dominuje brak. Czasami staje się sensem i esencją życia, jak w opowieści „Ta, która żałuje”. Czytałam ją trzy razy i za każdym razem zostawiała we mnie lej po bombie. Nie da się jej streścić, zalecam doświadczenie jej jako całości – z redakcją Kuźniak, dynamiką opowieści i bezlitosną prawdą o tym, że razem z ukochanym człowiekiem umiera kawałek nas.

Znam takie opowieści od dziecka: o zasłanianiu luster, zatrzymywaniu zegarów, o konieczności poszanowania majestatu śmierci. Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia prowadzała mnie do domów, gdzie umierali starzy ludzie. Nie zasłaniała mi oczu, stawiała blisko stygnącego ciała. „Ty też kiedyś umrzesz” – mówiła. I uczyła, że ucieczka nie ma sensu. Dziś babcia miałaby na głowie kuratora, a już na pewno postępowanie związane z narażaniem na skrajny stres. Zgodnie z mottem z książki autorstwa Marii Janion, współcześnie całkowicie wyparliśmy fakt śmiertelności. Mamy być nieskończeni, wszechwładni, niezniszczalni. Być może dlatego panoszący się wirus wprawił glob w masowy popłoch i histerię. Pandemia jest niczym innym jak przypomnieniem: od chwilowości naszego tu poistniewania nie uchroni ani najdroższa polisa, ani wzmożone zakupy na Zalando. Wszystkich nas zrówna – czy to w lazarecie na stadionie, czy to w prywatnej, sterylnej przestrzeni ekskluzywnego szpitala. Być może właśnie tam najbardziej zabraknie nam wysłuchania. Angelika Kuźniak staje się dla rozmówców medium – to dzięki jej umiejętności słuchania ich historia wreszcie może wybrzmieć. Nie czarujmy się: widać, gdzie Kuźniak doszyła i upiększyła, widać, gdzie doświadczenie dziennikarskie pomogło jej uzupełnić braki w słowniku, dziury w myśleniu, dementywne wyrwy w pamięci. Ale nie przestaje być w tym wiarygodną reporterką. Kuźniak nie tylko słucha – ona towarzyszy. Jest jak doula, która pomaga samotności wreszcie się wysłowić.

Angelika Kuźniak swoją cierpliwą, godną obecnością przypomina o podstawowych celach reportażu: unieśmiertelnieniu w słowie. Dlatego pewnie każdy reporter chciałby usłyszeć słowa, które Kuźniak mogła zapisać i wydrukować: „Widzi pani, zanim pani przyszła, nie myślałem, że można opowiedzieć swoje życie. I coś więcej jeszcze.”

 

Angelika Kuźniak, „Soroczka”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Reklama