Szkicownik mistrzyni w swoim fachu Solange – When I Get Home, recenzja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Pierwszego marca, Solange Knowles sprawiła wszystkim nie lada niespodziankę. Zdolniejsza, w mojej opinii, siostra Beyonce znienacka, bez żadnej promocji, pokazała światu nowe dziecko – dziewiętnaście brawurowych kompozycji składających się na album pt. “When I Get Home”. Następca powszechnie docenionego “A Seat at the Table” nie jest jednak typowym, zwiewnym r&b do jakiego nas przez ostatnie lata przyzwyczajała artystka. O nie, nie moi drodzy! Tym razem utalentowana wokalistka i producentka brnie w znacznie bardziej nietuzinkowe rejony, sprowadzając resztę dyskografii do roli przystawki przed wydanym w piątek daniem głównym.

No, dobra – co my tu mamy? Przede wszystkim wyrazisty obraz dojrzałej autorki, w końcu mającej odwagę na robienie wszystkiego, co jej się żywnie podoba. Musiało upłynąć parę lat, żeby wypracowała perfekcyjny, dający bezkresne możliwości warsztat, aczkolwiek słuchając utworów zawartych na tym krążku, stwierdzam, że było warto czekać.

Młoda dama popowej sceny nareszcie pozwala sobie na frywolną improwizację. Pożyczona trochę od hip-hopu i trochę od jazzu ideologia freestyle’u to znak rozpoznawczy wszystkich kompozycji, swobodnie krążących wokół ciepłego soulu, rapowej zawadiackości oraz funkowego ciężaru. Piosenkarka czuje się w tej plątaninie estetyk jak ryba w wodzie i to bardzo dobrze słychać.

W istny zachwyt wprawia również kunsztowne wykorzystanie gościnnych wokalnych występów. Pojawiający się na albumie m.in. Pharrell, Frank Ocean, czy Gucci Mane są pionkami w dłoniach reżyserki spektaklu, która dopasowuje ich głosy do własnych potrzeb, traktując znajomych po fachu jako kolejne instrumenty realizujące konkretną wizję. Ta metoda zszywania spójnego dzieła z fragmentów popisów innych przypomina nieco największe dzieła Kanye Westa, sterujące twórcami krajobrazu dzisiejszej popkultury według misternie obmyślonego planu.
Zdziwi Was zapewne jeszcze jedna rzecz. Mam na myśli szkieletową strukturę poszczególnych piosenek. Oparte na słownych i muzycznych repetycjach kręgosłupy utworów są polem do odważnych wariacji na temat motywów przewodnich. Możecie słuchać eksperymentalnych szkiców godzinami, a i tak nie dopatrzycie się zwrotek i refrenów skonstruowanych po Bożemu. Oszczędna formuła nie jest jednak dziełem przypadku, gdyż pozostawiona między dźwiękami przestrzeń, przywołuje rozbuchaną stylistyczną różnorodność do porządku. Solange zapisuje dziesiątki pomysłów w muzycznym brudnopisie, lecz jej notatki nie mają żadnych skreśleń.

Po takim albumie jak ten przestałem czegokolwiek oczekiwać od błyskotliwej Amerykanki. Skoro udowodniła mi, że jej unikalna koncepcja wykracza poza standardy definiujące regularną gwiazdę popu, to przecież nie mam prawa liczyć na konwencjonalny repertuar. Piosenkarka, która w 2016 roku wskoczyła do ekstraklasy, obecnie buduje własną ligę, gdzie rządzi i dzieli, utrzymując pozycję jedynego lidera. Przesłuchałem „When I Get Home” mniej więcej dwadzieścia razy i wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś, kto ociera się o geniusz, robi to bez uronienia choćby kropli potu.

 
Reklama

Reklama

Smak umami

Umami to jeden z pięciu podstawowych smaków, odczuwalnych przez człowieka