Korytarze

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

1

Najgorsze, co mi się przydarza to odbywana popołudniem drzemka. Unikam jej tylko czasem i to z największym trudem, walcząc przeciw naturze, rezygnując całkowicie z odpoczynku. Wystarczy, że chwilowo osunę się do pozycji leżącej, by zniknąć wnet na czas dwojako liczony – w obu miejscach bowiem sprawy sekund, minut i godzin mają się zupełnie inaczej. Tamta strona, łapczywie karmiąca się moimi doniosłymi porażkami, przekazuje mi najczarniejsze wizje, bogate w szczegóły i będące kopalnią znaczeń, historie – gdyby je opowiedzieć – zajmujące kilka pełnych obrotów najmniejszej wskazówki, oddając mnie jednak rzeczywistemu światu po jakimś kwadransie. Odtąd wszystko szybko się urywa, planeta sama jakby rozpędu nabiera, nowy dzień przesadnie pilnie chce nadejść, oferując w ramach oszukańczej rekompensaty świeżą szansę na powolne przemijanie.

2

Sobota z niedzielą to twory może i dziwne, pozornie nieprzeniknione, lecz ci z nas, którym nikt nie odebrał zaklętych wspomnień ośmiolatka, znają doskonale naturę weekendu. Choć ustalono, że każdego tygodnia należą się dwa pełne dni wolne od nauki, to owe doby występując w tym, a nie innym miejscu ciągu – biorąc pod uwagę jak wszystko umyka przy końcu – inne niż przygnębiająco nietrwałe być nie mogą.

 
Reklama
 
Reklama

3

Ależ naprawdę nie wstawałem o złej porze, ubierałem się w nawet nieźle odprasowane rzeczy i szedłem najbezpieczniejszą z trzech dróg pod blok człowieka, którego matka moja darzyła niechęcią zarezerwowaną dla osób mających czelność nie tylko zabierać czas jej syna, ale także i jej własne chwile, poprzez ciągłe pojawianie się w powierzanych jej opowieściach. Sam nie byłem nazbyt punktualny, przybywałem może pięć minut po umówionym czasie, lecz i to było jakby pewnym powodem do dumy. Otwierano mi właściwie zaraz, gramoliłem się na niewysokie pięterko, rzadko używając tej, jakże niepodobnej do mojej, windy. Lusterkowe monstrum o nachalnym metalicznym zapachu i specjalnych, dodatkowych guzikach nie miało nic wspólnego z lepiej znanym mi elewatorem. Docierając pod drzwi, zwykle spędzałem tam dziesięć minut, słuchając krzyków przerośniętej siostry i nie tak opryskliwych, ale jednak twardych odpowiedzi obu rodziców. W końcu uchylał się biały prostokąt, niezbyt dobrze chroniący to, co nagromadzili wspólnymi siłami: liche akcesoria kuchenne w pomieszczeniu, do jakiego tylko raz zostałem dopuszczony, słabej mocy perfumy w łazience oddanej do użytku w początkach lat osiemdziesiątych, zmyślne narzędzia ojca skryte za zwiewną zasłonką na końcu tego ciągnącego się przedpokoju. Mój korytarz długością dorównywał temu, były to przecież niemal bliźniacze mieszkania, skopiowane dobry tysiąc razy w obrębie całego osiedla. Nocą, gdy przez drzwi pokoju rodziców przebijało nikłe światło telewizora, obawiałem się podróży do ich zakątka, węsząc duchy, złośliwe stwory i nagle wyrastające pod nogami przeszkody. Sama jaskinia zaś gotowa była ze swego wnętrza ciskać we mnie celnymi obelgami – byłem przecież niczym i dziś też nic nie znaczę wobec grozy tamtych dni. Mój zapach nie dorówna nigdy woni jasnej boazerii, podeszwy mych stóp nigdy godne nie będą w pomarańcz wpadających płytek, a sama twarz moja zawsze przegra z pięknem dwóch obrazków, uwieszonych ściany odkąd tylko pamiętam.

4

Kiedy już ujrzało się kościół – a opadająca czasem mgła, a nawet i lekka mżawka czyniły zeń niepospolite widziadło – w momencie zwalał się na nas ciężar grzechu, popełnionego przeciwko trzeciemu przykazaniu, co do tego nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Nie chcąc wystawiać się na litościwe spojrzenia lepszych od nas, nie śmiąc oglądać ołtarza z odległości zarezerwowanej dla bardziej kochających Boga, zakradaliśmy się w okolice drzwi prowadzących na chór – na podwyższenie, gdzie klawisze atakował organista bez cierpliwości. Potem, gdy mijał nas kościelny z koszykiem wyłożonym czerwonym suknem, wzruszaliśmy ramionami i jeszcze przez chwilę przesadnie gestykulowaliśmy. Nie mógł oczywiście tego widzieć, a my nie mogliśmy mu niczego dać. Spóźnieni na przedstawienie, zwalnialiśmy samych siebie z opłat. Właściwie nie prowadziliśmy rozmów, czasem tylko lekko naprowadzaliśmy wzrok drugiego na jakąś tam ciekawostkę. Tragedią był znak pokoju – ta jego zapocona dłoń, którą bezskutecznie wycierał o spodnie i pół opakowania chusteczek. Powiedziano mi, że wstydem jest pierwszym opuścić kościół, czekaliśmy więc, aż najgorsze menty sobie pójdą, by za chwilę w poczuciu szczęścia się zwinąć, a potem wystawać i pełną godzinę przed klatką, gderając sam już nie wiem o czym, przechodzących sąsiadach, o jutrze – dniu, który najlepiej by zrobił, wcale nie nadchodząc.

5

 
Reklama

Ale karuzela kręciła się nadal, rosnąc razem z nami, nie zważając na nasze wyjątkowo złe wybory, akceptując wszystko, na cośmy się zdobyli, pod koniec każdej niedzieli oznajmiając jedynie energicznym dzwoneczkiem wykonanie kolejnego pełnego obrotu. Choć głównie patrzyłem na kuchenny kalendarz – o którego czerwone okienko stale dbał ojciec – zapewniając tym sobie szersze, trzymiesięczne spojrzenie na przeszły, obecny i przyszły czas, to kolega mój uparcie lansował karteczki z proroczymi przysłowiami, odrywane dzień po dniu i przed wyrzuceniem fotografowane chyba tylko po to, byśmy do reszty zgłupieli. Cierpkie polskie wróżby, spełniające się o wiele pełniej niż horoskop w darmowej gazetce, siedziały nam w głowach, planując za nas obecny dzień. I to ciągnęło się trochę, może jeden przeraźliwy rok, może dłużej. Nawet nie tak dawno, zeszłej wiosny, wiele czasu po tym jak przyjaźń poszła w niepamięć, podniosłem z ziemi karteluszek, który niespodziewanie dobrze pasował do ówczesnych wydarzeń. Ale to było takie oczywiste, nim się schyliłem wiedziałem, że przejdzie mnie mroczny dreszcz.

6

I nie potrafię życia widzieć inaczej jak tylko oczami, co ukształtowały się wtedy. Uszy, które także dołączam do tendencyjnego zestawu odbioru rzeczywistości, nie są czułe na żadną subtelność, ich kanaliki drążyły słowa ostre i dzikie, przechodzące wcześniej przez gardła specjalizujące się w oszczerstwach, zabobonach i nagonce. Może tylko kiedy na trochę wyrwałem się z innego, jeszcze gorszego niż dwie opisane tu chałupiny, domu, by porozbijać się po świecie, przestałem czuć żal z powodu kończących się dni, gdyż zamiast zatracać się w pustce, z sukcesem odhaczałem kolejne punkty z listy. Wszystko musiało wrócić jednak do dawnej normy. Tempo takie przestało mi służyć, pogrążyłem się zresztą marzeniach, na które nie było mnie stać.

7

Wielki wynalazek, największy może – zegar, ładnie prezentujący się przedmiot lepiej lub gorzej krytej obsesji każdego z nas. Ten człowiek, z którego mocy wyzwolić się nie potrafię, choć niby dawno z nim skończyłem, kupił raz piękny czasomierz kobiecie, co ściągała z niego ubrania zanim dopił herbatę, a potem puszczała go na głodno, może nie wyrzucając go siłą, lecz wszyscy wiedzieli, że ona ceni sobie samotność. Później i tego miała dość, jako nowiutka barmanka oferując swe wdzięki komu popadnie. On z rozpaczy wydzwaniał do mnie, jakby do reszty zidiociał, co też w istocie się stało.

8

I nie wiem, po co już o tym i tamtym wspominam, innego wytłumaczenia nie ma jak to, że wpadłem w sidła młodości, właściwie nie tak brutalnej, jak lubię ją nazywać, lecz na swój unikalny sposób obrzydliwej. A przede wszystkim biernej, obserwowanej z boku. Chłonąłem wszystko jak leci i brałem za swoje to, czego nikt nie miał zamiaru zatrzymywać – chwile pełne trosk mijały i zaraz o nich zapominano. Ale to ciągle mi się śni. I nie jestem jedyny, co i pocieszyć i zdołować potrafi. Ktoś powiedział, że dla niego, niemogącego uwolnić się od obrazów korytarzy, być może wyjściem byłoby zapisać się na jakiś czas do szkoły dla dorosłych. „Wtedy te sny może puszczą”.

9

Jakbyśmy brali udział w eksperymencie, po którego zakończeniu nie wiemy zupełnie, w co ręce włożyć. Rozchodzimy się do domów, gdzie nie czeka nic prócz smutku. Jesteśmy jak kolonijne dzieci wracające po wszystkim na brudne podwórka, rozpamiętujące w deszczowe dni to, co zdarzyło się w lasku przy plaży.

 
Reklama

Reklama

Najlepiej

Mija właśnie piętnaście lat odkąd zacząłem swoją przygodę z reklamą