AC/DC – Power Up

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Trzy lata temu mało kto spodziewał się, że australijsko-brytyjska formacja wyda jeszcze jakikolwiek premierowy materiał, poza ewentualnymi odrzutami z przeróżnych sesji, które pewnie zalegają na półkach w archiwach kapeli. W 2017 roku zespół był w rozsypce: lider formacji, Malcolm Young od kilku lat cierpiał na demencję i nie występował już z grupą (na jego miejsce przyjęto jego bratanka Steve’a), wokaliście Brianowi Johnsonowi rok wcześniej młodszy z braci Young, Angus podziękował za 36 lat wspólnej pracy, gdy okazało się, że ten stracił słuch i nie mógł dokończyć trasy koncertowej. Status perkusisty Phila Rudda (w zespole niemal od początku, z przerwą w latach 1983 – 1993), oskarżonego o posiadanie twardych narkotyków i próbę morderstwa był, delikatnie rzecz ujmując, niejasny, bowiem bębniarz został z powyższych przyczyn odsunięty od grania w kapeli. Obrazu rozpaczy dopełnił basista Cliff Williams (w zespole od 1977 roku), który oświadczył, że ma dość i udaje się na  emeryturę.

18 listopada 2017 Malcolm zmarł, a jego pogrzeb okazał się okazją do odnowienia więzi między muzykami. Jednak przełom nastąpił dopiero w kolejnym roku. Jak opowiadał mi Brian Johnson podczas niedawnego wywiadu, który z nim przeprowadziłem, Angus zadzwonił do niego i zaproponował mu nagranie kolejnego albumu zespołu. Po aprobacie Briana gitarzysta zebrał pozostałych członków (Phil został w międzyczasie oczyszczony z części zarzutów oraz odbył karę i terapię) i przedstawił im swój pomysł – album będzie oparty o riffy, które bracia Young stworzyli podczas prac nad płytą „Black Ice”. Zespół wszedł do studia i jeszcze przed pandemią nagrał płytę.

Jaki jest „Power Up”? Taki, jaki być powinien. Nikt nie wymaga od AC/DC niespodzianek, to jeden z najbardziej konserwatywnych zespołów świata, choć oczywiście opowieści o tym, że grupa gra od ponad 45 lat ten sam kawałek są przesadzone. Brzmienie formacji zmieniało się, ważną cezurą było pojawienie się w zespole Johnsona, śpiewającego bardziej siłowo, za czym poszło „zmetalizowanie” muzyki. Jednak współczesne AC/DC zdjęło trochę fuzza i pogłosów (polecam porównanie nowego krążka z „The Razor’s Edge” sprzed 30 lat), ale to wciąż hard rock, oparty o gitarowe riffy, napędzany charakterystycznym drive’em perkusji i basu, ze zdartym głosem Johnsona na przedzie (to, że wokalista czasem pomrukuje nie jest nowością, zdarzało mu się to w przeszłości). Są chórki, są solówki, nie ma ballad. Czyli jest typowe AC/DC.

Fajnie, że takie płyty powstają, bo ten band jest jak bezpieczna przystań, do której fani rock’n’rolla mogą w każdej chwili przybić. Wiedzą, czego się spodziewać, nie musza się obawiać autotune’a, bitów i rapsów. A jeśli ktoś utyskuje na brak progresu – cóż, po prostu nie musi kupować tej płyty. Całej reszcie polecam.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama

Najlepiej

Mija właśnie piętnaście lat odkąd zacząłem swoją przygodę z reklamą