Bożena Stachura: Szczerość bez popisów

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni odwiedziła nasze studio i z właściwą sobie przenikliwością opowiadała, czym dla niej była rola w „Jak pies z kotem”. Po jej powrocie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie stała się, jak mówi żartobliwie, ambasadorem filmu Janusza Kondratiuka, zapragnęliśmy spotkać się ponownie. Aktorka – podobnie jak twórcy, z którymi ma szczęście pracować – nie lubi popisów na castingach. Być może dlatego Bożena Stachura w wywiadach stawia na szczerość.

 

Twoje wejście do zawodu to początek tego stulecia. Styl ówczesnego polskiego kina naznaczyły lata 90. Twój brak zaangażowania w kinie wynikał właśnie z tego, jaki był tamten okres naszej kinematografii? Był po prostu nie dla ciebie?

Na dużym ekranie zadebiutowałam zaraz po szkole. Wszystkie role, które zagrałam w kinie, były dla mnie ważne i zdarzyły się w znaczących produkcjach: w „Chopinie. Pragnieniu miłości” Jerzego Antczaka, „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego i ostatnio w „Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka. Za każdym razem angażowana byłam praktycznie bez castingu. Na przykład Wiesław Saniewski na wrocławskiej premierze filmu „Chopin. Pragnienie miłości”, gratulując mi debiutu, powiedział: „Pani Bożeno, jeszcze nie wiem, kiedy i w jakim projekcie, ale zagra pani u mnie główną rolę”. I rzeczywiście, zadzwonił po pięciu latach z propozycją udziału w „Bezmiarze sprawiedliwości”. Choć nie widział mnie na ekranie w roli współczesnej kobiety, a pamiętał jedynie zawadiacką Solange z filmu kostiumowego, bez dodatkowych zdjęć próbnych powierzył mi rolę sędzi – postaci bardzo dramatycznej, rozdartej, moralnie niejednoznacznej. [Wiesław Saniewski zrealizował „Bezmiar sprawiedliwości” w 2006 r.; na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni film otrzymał wyróżnienie – Nagrodę Dziennikarzy – przyp. M.J.]

Niesamowitego miałaś tam partnera, Jana Frycza, o którym nie da się też powiedzieć, by miał szczęście do filmowców. Zważywszy na jego nadzwyczajny talent, uderzające, jak niewiele zagrał w kinie.

Można wyliczyć mnóstwo takich aktorów! Na przykład Krzysztof Globisz. Pamiętam, w krakowskiej szkole teatralnej, na zajęciach z historii kina, pani prof. Maria Malatyńska pokazała nam Moczara w jego wykonaniu, w „Pułkowniku Kwiatkowskim” Kazimierza Kutza, właśnie jako przykład wielkiego aktora filmowego, po którego kino polskie zdecydowanie zbyt rzadko sięga.

Według mnie winny tym nieobecnościom jest tamten okres polskiego kina. I mam pretensję o brak Jana Frycza, bo wszystko, co w kinie widziałam z jego udziałem, zawsze wywoływało ogromny apetyt. A dziś, zaproszony przez młodych twórców do roli w serialu „Ślepnąc od świateł”, jest na językach wszystkich widzów.


Reklama
Advertisement

Jan Frycz to bardzo wymagający partner. Zadaje dużo pytań, nie ma gotowych, łatwych rozwiązań, przez co wprowadza twórczy niepokój na planie. Bardzo podobało mi się, jak pilnuje tekstu scenariusza. Uczy się go precyzyjnie na pamięć i tego samego oczekuje od partnera. Jeśli w scenariuszu zdanie zapisane jest tak, a nie inaczej, to tak powinno wybrzmieć. Nie lubi, gdy ktoś dodaje od siebie między słowami „jakby”, „no, wiesz” czy jakieś spójniki. Pytał mnie np.: „Czy tam było napisane słowo «ale»?” „Nie było, tak mi się powiedziało”. „No właśnie, «tak ci się powiedziało»! Skoro nie było «ale», zagraj to bez «ale»!” Uważał, że aktor nie powinien sobie w ten sposób ułatwiać. Jeśli w scenariuszu jest: „Przyszłam, nie było cię”, to nie wolno mówić: „No, wiesz… przyszłam, ale cię nie było”. To ważna lekcja. Zapamiętam ją do końca życia. Podobało mi się też, jak przed każdym ujęciem robił ćwiczenia dykcyjne, rozgrzewał się. Doświadczony aktor, a pracował z takim zaangażowaniem, jakby to był jego pierwszy film. I właśnie tę świeżość, porywczość, to szarpanie się o tekst, wymaganie czegoś od reżysera, partnerów, a przede wszystkim od siebie samego – cenię sobie w pracy najbardziej. I, muszę przyznać, mam wielkie szczęście, że mi się tacy partnerzy trafiają. Taki też jest Robert Więckiewicz, mój filmowy mąż z filmu „Jak pies z kotem”. Przy nim nie można tak sobie spokojnie usiąść i „podawać” tekst, przy nim trzeba BYĆ.

Olgierd Łukaszewicz powiedział o Robercie Więckiewiczu, że to bardzo ciepły partner. [W filmie „Jak pies z kotem” Łukaszewicz zagrał Andrzeja Kondratiuka, a Więckiewicz – Janusza Kondratiuka, który opiekuje się schorowanym bratem – przyp. M.J.]

I zaskakująco oddany. Robert w pracy nie gwiazdorzy. Szanuje partnera, umie słuchać, ma dużo empatii, a to podstawa, żeby zbudować jakąś relację. Naprawdę nie mogę narzekać. 

W filmie „Jak pies z kotem” musieliście być również połączeni jakimś stosunkiem do świata, życia? A może bardziej do śmierci?

Paradoksalnie nie robiliśmy filmu o śmierci, tylko o żywym człowieku, o podtrzymywaniu go jak najdłużej przy życiu. O tym, że kiedy stoimy wobec ostatecznego, to tak naprawdę zajmujemy się tym, co małe, codzienne, żeby tego kogoś jak najdłużej mieć przy sobie. Cieszymy się, że nastała kolejna jesień, wiosna, a on jest. Leży, może już z nim bardzo źle, wymaga nieustannej opieki, ale jest z nami. To uniwersalna opowieść o życiu, a życie nie jest jednoznaczne i taki właśnie jest ten film, smutno-wesoły, słodko-gorzki. Zostaliśmy zaproszeni do bardzo intymnego wyznania, do opowieści Janusza Kondratiuka o samym sobie i o jego trudnym pożegnaniu z bratem. Temat filmu, to, że graliśmy w autentycznych wnętrzach, wśród prawdziwych członków rodziny, obecnych w czasie realizacji na planie – to musiało nas scalić. Staliśmy się poniekąd rodzina. Nikt nie grał pierwszych skrzypiec i nie ciągnął w swoją stronę, a to tylko potwierdza format wybitnych aktorów, z którymi spotkałam się na planie. Olgierd Łukaszewicz, Robert Więckiewicz czy Ola Konieczna nie ustawiali lusterek przed sobą, nie mówili tylko do siebie. To też zasługa reżysera, który nie zaprosił nas do grania, a do bycia. Janusz Kondratiuk ponad wszystko ceni sobie naturalność, prostotę i szczerość. Wreszcie, po latach, zjawił się w moim życiu ktoś, kto powiedział: „Daj mniej. Nie graj. Bądź sobą. Chcę cię taką, jaka jesteś”. Tak właściwie wyglądał mój casting do filmu „Jak pies z kotem”. Akceptacja od pierwszego wejrzenia. Kiedyś Jerzy Antczak powiedział mi, że nigdy nie lubił tradycyjnych castingów. Uważał, że wybijają się na nich ci, którzy potrafią wydobyć z siebie wszystko od razu, na zawołanie, są pewni siebie. To oczywiście cenne cechy w aktorstwie, ale nie zawsze o to chodzi. Często w stresującej sytuacji ludzie bardzo wrażliwi, skromni przepadają, co nie oznacza, że nie są świetni. Jerzy Antczak unikał zwykłego castingu w stylu: biała ściana w studiu, kamera w twarz i teraz człowieku pokaż w pięć minut, kim jesteś i co umiesz, opowiedz coś ciekawego.

To jest wtedy popis.

Może nie popis, ale na pewno godna pozazdroszczenia umiejętność. Ja, jeśli nie bardzo wiem, czego się ode mnie oczekuje, nie potrafię na zawołanie udowodnić, że naprawdę kocham to, co robię. Jerzy Antczak, obsadzając „Chopina. Pragnienie miłości”, zapraszał aktorów do swojego warszawskiego mieszkania. Jadzia Barańska [współautorka scenariusza i żona reżysera – przyp. M.J.] podawała kawę i ciasteczka. Czytaliśmy scenariusz, rozmawialiśmy, a oni nas obserwowali, sprawdzali, czy do siebie pasujemy. Jerzy nie musiał patrzeć okiem kamery na aktora, żeby wiedzieć, czy chce z nim pracować. Przychodził na spektakle do teatru, oglądał filmy, teatry telewizji, seriale. Mnie spotkał przypadkiem na korytarzu w ZASP-ie. Kompletując obsadę „Chopina”, przyjechali z Jadzią oglądać zdjęcia aktorów. Ewa Florczak i Małgorzata Rożniatowska zadzwoniły do mnie, że mam natychmiast przywieźć swoje portfolio, bo szukają dziewczyny do roli Solange. Przybiegłam tak, jak stałam, w zimowej kurcie, buciskach, w czapie, bez makijażu i niespodziewanie… zderzyłam się z Antczakami w drzwiach!

Był rok 2000…

Antczak krzyknął: „Jadziu! Zobacz! To Solange! Gdzie ja w Polsce takie oczy z południowej Francji znajdę?”. Jadzia próbowała go zastopować: „Jerzy, przecież przez tę kurtę nie widzimy, jaką pani ma linię!”. A wtedy Małgosia Rożniatowska szybko wtrąciła: „Idźcie na «Wesele» Wyspiańskiego do Narodowego, tam zobaczycie jej linię”. Rzeczywiście, w „Weselu” nie tylko linię mogli zobaczyć… Reżyser, Jerzy Grzegorzewski, wymyślił, że Poeta (w tej roli Zbigniew Zamachowski) odpinał rąbek gorsetu druhnie Kasi, którą grałam. Antczakowie zostali posadzeni w dyrektorskiej loży, tak, żeby wszystko dokładnie widzieli. Solange w scenariuszu miała scenę w rzece, w skąpym odzieniu, i dlatego tak bardzo zależało im na sprawdzeniu moich „walorów”. Oryginalny to był casting i do tego zaowocował wspaniałą, filmową przygodą. Minęły lata i znowu spotkałam słynnego reżysera, z którym miałam porozumienie od pierwszego wejrzenia. Bardzo jestem wdzięczna reżyserce castingu Marcie Kownackiej, że na próbnych zdjęciach poprosiła mnie o piosenkę. Zaśpiewałam łemkowską dumkę, Janusz Kondratiuk wzruszył się i już niczego nie musiałam mu udowadniać. „Jak ktoś tak śpiewa, to na pewno nie kłamie” – powiedział. 

Poza kwestiami ważnymi dla ludzi znających środowisko filmowe i historię obu reżyserów Kondratiuków, o których wasz film opowiada, jak bardzo jest to uniwersalna rzecz o rodzinie? Przypuszczam, że podczas swojej podróży po Stanach mogłaś wysnuć taką refleksję.

Rzeczywiście, dzięki podróży z naszym filmem po Ameryce zobaczyłam, że obcokrajowców, kompletnie niezwiązanych z polskim kinem, nieznających twórczości braci Kondratiuków i Igi Cembrzyńskiej, bardzo wzruszał nasz obraz. Często opowiadali mi własne, domowe historie. Porywał ich nie kontekst rodziny sławnych artystów, ale uniwersalizm i szczerość naszej opowieści. Na przykład na Camerimage [w 2018 r. na Energa Camerimage Film Festival w Bydgoszczy do Złotej Żaby w Konkursie Filmów Polskich nominowany był Witold Płóciennik, autor zdjęć do filmu „Jak pies z kotem” – przyp. M.J.] miałam przemiłe spotkanie z młodym reżyserem z Indii. Opisał mi historię swojej babci, którą bardzo kochał i zajmował się nią do końca jej życia. Międzynarodowy tłum na bankiecie, królują wielcy, światowi operatorzy, Chris Doyle, Ed Lachman czy Michaił Kriczman, a on mnie odnajduje i ma potrzebę porozmawiania o „Jak pies z kotem”, bo film bardzo go poruszył. O takich rozmowach donoszę Januszowi Kondratiukowi. To budujące, że z naszym przekazem docieramy także do ludzi młodych, którzy opiekują się swoimi bliskimi. Nie jest tak, jak niektórzy uważają, że panuje totalna znieczulica i że młodzi żyją jedynie w swoim wirtualnym świecie.

Po pięknym wejściu do świata kina pod skrzydłami Jerzego Antczaka, po otrzymaniu angażu w Teatrze Narodowym za czasów Jerzego Grzegorzewskiego, po rozbudzeniu w tobie nadziei na to, że teraz już będziesz wyłącznie takie rzeczy przeżywać, że w tym zawodzie będzie tylko dobrze, nie wszystko się powiodło. Brak ról filmowych, odejście z Teatru Narodowego… Rośnie rozczarowanie i zgorzknienie?

W Teatrze Narodowym miałam zaszczyt grać w najlepszych latach tego teatru, kiedy dyrektorem był Jerzy Grzegorzewski, a zespół był silny i pełen wybitnych osobowości. Niewiele dziś z tego zostało, świat się zmienił… Czy czekanie w naszym zawodzie ma sens? Jeśli jest nadzieja, że coś się wydarzy, to tak. Ja wciąż wierzę, że najlepsze role jeszcze przede mną. Aktorstwo dla mnie to nie tylko zawód, to pasja. Nie wyobrażam sobie robić nic innego. Kiedyś Teresa Budzisz-Krzyżanowska powiedziała: „Pamiętaj, córeczko, ten zawód lubi sprawiać zawód”. Lubi i trzeba czasem umieć przeczekać. Na pewno nie warto podejmować chaotycznych decyzji, na oślep. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale ja dziś na pewno nie chcę sobie zadawać pytania: jeśli nie aktorstwo, to co?

Po tym, gdy zobaczyłaś w Stanach, jak bardzo film otwiera ludzi, dochodzisz do wniosku, że więcej życia i przygody jest w kinie? 

Kino zostaje na zawsze. Teatr ma to do siebie, że role bezpowrotnie znikają, są nam odbierane wraz z wycofaniem spektaklu z repertuaru. Jeśli nikt ich nie zarejestrował kamerą, odchodzą w niebyt. Zostaje kilka fotografii w albumie. Zagrałam kiedyś w Teatrze Narodowym główną rolę kobiecą, u boku Ignacego Gogolewskiego, w „Na czworakach” w genialnej reżyserii Kazimierza Kutza [sztuka Tadeusza Różewicza wystawiona w 2001 r. – przyp. M.J.]. Ignacy Gogolewski to kolejny przykład partnera, od którego czerpałam pełnymi garściami. Wybitna była rola poety Laurentego w jego interpretacji. Grałam w tym spektaklu Dziewczynę – muzę Poety, a potem Wdowę oprowadzającą wycieczki po pokoju Laurentego. Świetny tekst, wzruszająca muzyka Jana Kantego-Pawluśkiewicza. Wielki spektakl, który, nie wiedzieć czemu, mało był grany i szybko zdjęto go z afisza. Ślad po nim zaginął. Rola kinowa to magia, która trwa i daje nam nieśmiertelność.

Zanim zaraz po szkole znalazłaś się na tej prestiżowej warszawskiej scenie, w PWST pracowałaś pod skrzydłami Jerzego Treli, Mikołaja Grabowskiego i Pawła Miśkiewicza. Młodziutka aktorka może traktować spotkania z takimi twórcami jako obietnicę stałej wielkiej przygody w teatrze? 

Nikt niczego w tym zawodzie nie obiecuje. Profesorowie w szkole mówili: „Cieszcie się tym, co macie tutaj, i korzystajcie, ile się da”. W szkole studenci są w centrum uwagi, wszystkie światła są skierowane na nich. Wydaje ci się, że twój los, twoja przyszłość wszystkich interesuje. Kończysz szkołę, wychodzisz na ulicę, świat tętni swoim życiem, a Ty musisz zrobić wszystko, żeby ten świat zainteresować sobą. Kiedy kończyłam krakowską szkołę teatralną, wielu moich wybitnych profesorów grało w Teatrze Narodowym u Jerzego Grzegorzewskiego, który kochał krakowskich aktorów i chętnie zapraszał ich do współpracy. W Warszawie znaleźli się moi Mistrzowie: Jerzy Trela, Krzysztof Globisz, Dorota Segda, kompozytor Stanisław Radwan. Nie zastanawiałam się ani chwili. Wsiadłam w pociąg i przyjechałam do Grzegorzewskiego walczyć o etat. Zapraszałam go na moje przedstawienia dyplomowe, które graliśmy w warszawskim Teatrze Małym, pisałam listy, przyjeżdżałam na rozmowy. Moja determinacja została nagrodzona. Znalazłam się w obsadzie „Wesela”! To był piękny czas, debiut marzeń, tym bardziej że przyjechałam prosto z Krakowa do tej bronowickiej, narodowej chaty. Przedstawienie Grzegorzewskiego było niezwykle! Nigdy nie zapomnę dnia premiery [styczeń 2000 r. – przyp. M.J.]. Takiej zespołowości, jakiej wtedy doświadczyłam, każdemu życzę w teatrze.

Á propos zespołowości… Jak żyć w poczuciu, że jesteśmy zespołem, rodziną teatralną i oglądać koleżanki w rolach, na które sama miałabyś chętkę? Na ile w tej teatralnej zespołowości można być w grupie przyjaciół, a na ile to zawsze jest walka?

Atmosfera w zespole, to, czy ludzie się szanują, wspierają czy walczą ze sobą, zdecydowanie zależy od przewodnika stada. Kiedyś Marek Kondrat porównał zespół Teatru Dramatycznego pod dyrekcją Gustawa Holoubka, który był jego mentorem, mistrzem i nauczycielem teatru, do ciasta typu sękacz. Ciasto to owija się wokół jednej osi. Im więcej go nacieknie, tym sękacz jest smaczniejszy i dorodniejszy, ale żeby się utrzymał, musi mieć mocny trzon. Trzonem w Teatrze Dramatycznym był właśnie Gustaw Holoubek, który kochał aktorów, szanował każdego pracownika, przyciągał swoją inteligencją i poczuciem humoru. Ludzie tłumnie gromadzili się wokół niego, tworząc wielką teatralną rodzinę i jeden z najlepszych zespołów w stolicy. Dzisiaj podobną atmosferę odczuwam, grając w Och-Teatrze u Krystyny Jandy. Ona też skupia wokół siebie oddanych jej ludzi, zaraża energią i pasją oraz szanuje swoich pracowników.

Mówisz o życiu artystów, ale ten przekaz jest bardzo uniwersalny. Każdy z nas zna smak pracy pod egidą charyzmatycznego, mądrego człowieka, który umie zawiadywać zespołem ludzkim. Można tego życzyć każdemu. 

Wiesz, jak przyjemnie pracuje się w teatrze, gdzie wszyscy – aktorzy, reżyserzy, asystenci, asystenci asystentów, garderobiane, obsługa sceny, sekretarki, zespół literacki, wszyscy bez wyjątku – są szanowani? Aktor ma robotę najbardziej wyeksponowaną, bo stoi na scenie, ale dobrze się gra tylko wówczas, gdy w kulisach współdziałają ludzie zadowoleni.

 

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Witaminki

Ostatnio pomyślałem czy by nie opatentować witaminowych suplementów dla nas

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama


Reklama
Advertisement