Wszystkich Świętych – postać i odfajkować

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Natknąłem się niedawno na piękny obraz rosyjskiej malarki Mara Daugaviete z 1990 roku pod tytułem: „Spotkanie żywych i martwych.” Pomimo makabrycznej, na pierwszy rzut oka, tematyki dzieła, nie da się nie zauważyć, że przesłanie, które artystka próbuje nam przekazać, jest jak najbardziej pozytywne. Daje się wyczuć nawet bijące z płótna uczucie ciepła, wzruszenia i radości. Nie jest to obraz mroczny w nastroju, ciemny w barwach z czym najczęściej spotykamy się, gdy mamy do czynienia z przedstawianiem miejsc ostatniego spoczynku, czy generalnie sztuką sepulkralną. Wręcz przeciwnie, bijące z niego kolory, pora dnia, a nawet zachowanie samych bohaterów dzieła, wskazują, że mamy tu do czynienia  raczej z apoteozą życia, jakimś radosnym świętem, a nie przypomnieniem „memento mori”. To nie są ponure, listopadowe Dziady, do jakich przyzwyczaiła nas ikonografia, nie tylko ta ojczysta, ale całego zachodniego świata. I tak obraz ten natchnął mnie do próby ponownego odkrycia sensu odwiedzin nekropolii oraz przypomnienia sobie i wam, czym jest, albo inaczej, czym powinien być dzień Wszystkich Świętych. Bo chyba o tym zapomnieliśmy. Więc jeśli pozwolicie, kilka rad, jak świętować Dzień Zmarłych.

Przede wszystkim pamiętajmy, po co tak naprawdę, wybieramy się jutro na cmentarze w ten, jak śpiewało TSA, listopadowy wieczór. Nie, jak mówi nam Kościół Katolicki: „Ku czci wszystkich chrześcijan, którzy osiągnęli stan zbawienia i przebywają teraz w niebie”. „Ku czci” to ja mogę pójść co najwyżej na akademię. Nie po to też, by postawić na grobie największy i najbardziej zdobny znicz, a przynajmniej większy i bardziej zdobny, niż ten który przyniosła głupia ciotka Zośka. To nie zawody. Nie po to, by spotkać się z rodziną, której i tak przez cały rok unikaliśmy, jak ognia. I nie po to, do jasnej cholery, żeby pokazać owej rodzinie nowe botki od Louboutin’a, albo przystojnego syna, który dostał się na medycynę. Wiec po co?

Otóż przychodzimy tam, by spotkać się z naszymi najbliższymi, którzy już nie żyją, tak jak maluje nam to Mara Daugaviete. Rozmawiajcie więc o nich, a nie tylko o sobie. Nie spoglądajcie konspiracyjnie na zegarek, skoro nie robicie tego na przyjęciu u znajomych. Wspominajcie. W zadumie starajcie się przypomnieć sobie ich twarze, głosy, zapach. Sceny z życia wspólnego, te dobre i zabawne, ale też te trudne. I spróbujcie z nimi porozmawiać, tak w myślach, to żaden wstyd. Spytajcie, jeśli macie tylko odwagę, czy są z was dumni? Czy, jeśli na nas patrzą, uważają was za ludzi dobrych, mądrych, odpowiedzialnych? Czy sobie poradziliście bez nich?

Wbrew pozorom na cmentarzu nie ma potrzeby myśleć jedynie o śmierci. Na cmentarzu trzeba myśleć głównie o ludziach – tych z tej i z tamtej strony. Po to właśnie idziemy w listopadzie na cmentarze. Na spotkania. Bo to nie trupy tam leżą, ale nasze wspomnienia. To ciągłość życia pomimo śmierci. Podarujmy im więc trochę czasu, oni tak wiernie czekają.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama