Dobrze przeszkolony

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Widywaliśmy się wcześniej od czasu do czasu, mijaliśmy się na ulicy nie wiedząc o sobie zupełnie nic. Nosił całkiem wytworne garnitury, jego buty zawsze były w nienagannej kondycji, brak krawata wydawał się być w pełni uzasadniony wydatnym jabłkiem Adama. Szybko zwróciłem uwagę na jego sztywny krok, trochę niepasujący do imponującej, nieprzesadzonej w żadną stronę, sylwetki. Poruszał się ewidentnie jak zlęknione zwierzę, być może uważając na coś, czego wszyscy dokoła nie potrafili dostrzec. Zanotowałem, że nie wsiadał za każdym razem do tego samego samochodu; pieszo czy we wewnątrz pojazdu – poruszał się jednak zupełnie samotnie. Gdy drugi raz zauważyłem go w tej samem kawiarni, postanowiłem podejść, by zgłębić tajemnicę, którą siłą rzeczy się dla mnie stał. Pomijając wszystko inne, największy wpływ na tak odważną, niepsującą do mnie decyzję miała podejrzanie wielka liczba owych przelotnych spotkań. Zapytany o to wyjaśnił, że tak, dostrzegł mnie parę razy wcześniej, lecz zawsze zamyślony, nie przywiązywał do tego żadnej wagi, i nie, na pewno specjalnie mnie nie śledził, mogę być spokojny. Zaskoczył mnie język, jakim się do mnie zwracał, nie pasował na pewno do ubioru za kilka, może kilkanaście tysięcy, do jego naprawdę dobrej fryzury, do wrażenia, jakie pozostawił po sobie dotychczasowy, czysto wzrokowy kontakt. Choć nie lubię tego określenia, nie potrafię nazwać go inaczej niż nieoduczonym, jego słowa wprost nie trzymały się kupy, mówił jak ktoś, kto rzeczywiście nie odbył nigdy żadnej lekcji. I ta dziwaczna maniera – jakby gestykulował ustami, wyginając je na wszystkie strony, nawet wtedy, gdy przestawał nagle mówić. Zamiast więc przytaczać dosłownie te byle jakie urywki, jego wypowiedzi będę raczej tłumaczył.

Trwał spokojnie nad swoim do połowy wypitym cappuccino, nie przeszkadzając sobie niczym innym. To było doprawdy znamienne, nie miał przed sobą komputera, telefonu, książki, żadnych papierów. Bezsprzecznie, przez ten strój wyglądał na osobę mocno zajętą, nie robił jednak niczego innego oprócz picia tej kawy. W mig zapragnąłem stać się rzadkim typem bogatego człowieka, który nie ma zbyt wielu trosk, pogodnym rentierem, na całą zimę wyjeżdżającym z kraju. Być może ten oto osobnik jest kimś właśnie takim. Zbliżyłem się prędko, szczerze podekscytowany.

Przedstawiałem się; na owe czasy byłem kimś w rodzaju drobnego handlarza, sprowadzającego gorszy i lepszy towar, który wyprzedawałem z naprawdę różnym szczęściem. Miałem jeszcze w zapasie trochę ratujących mi tyłek oszczędności, lecz z natury lekkomyślny, wciąż tylko uszczuplałem ten skromny majątek. Uścisnęliśmy sobie dłonie, lepki, zarośnięty obiekt znalazł się w moich objęciach. Zmusiłem się, ażeby błyskawicznie nie puścić tej dziwacznej ręki – z samego początku nie wypada robić problemów. Samo klasyczne polskie imię nie zrobiło na mnie wrażenia, nazwisko jednak świetnie je dopełniło, nie tworząc razem w żadnym wypadku niczego wytwornego, ale pasując jak ulał do tych detali jego charakteru, jakie dopiero miały mi się ukazać. Był dość wysoki, trzymał głowę prosto. Z bliska rysy twarzy wydały mi dosyć toporne – nie wyglądał na ostatniego idiotę, rozbiegane oczy jednak, w połączeniu z blizną przecinającą nos i wprost ogromnym czołem robiły z niego wyrośniętego podwórkowego chłopaczka. Ale fryzurę to miał wspaniałą.

Podałem mu swój numer, on natomiast obiecał zadzwonić do mnie wieczorem. Nie miał teraz czasu na dłuższą rozmowę, lecz był pewien, że pod koniec tygodnia uda nam się lepiej poznać. Zawsze docenia śmiałość i nigdy nie odrzuca niczyjej przyjaźni. Zdradził, że istotnie, siedzi w biznesie, powodzi mu się nie najgorzej, nie chce jednak się niczym przechwalać – co najwyżej może mi służyć drobną pomocą. Wielu przychodzi do niego po wskazówki. Wszystkim nam brakuje forsy, on zaś zna się na pomnażaniu. Nie powiem, by całkowicie odpowiadało mi towarzystwo tak połamanego mówcy, przyznam jednak, że kontrast ten zaciekawił mnie jeszcze bardziej. Dopił kawę, rzucił kilka słów pożegnania i tyle go widziałem. Do usłyszenia.

 
Reklama
 
Reklama

To był wtorek. Przedzwonił dopiero w piątek około 21. Pytał, czy nie zobaczę się z nim następnego dnia, adres zaraz wyśle mi SMS-em.

Bywa, że specjalnie przygotowuję się na niektóre spotkania, robię listę pytań, notuję i tak dalej. W ostateczności wszystko ląduje w koszu, ale przez pewien czas jestem autentycznie napalony na zdobycie jakiejś wiedzy. Kawałki z pierwszej ręki, coś, czego nie dowiesz się ze sterty gazet leżącej w lepszych i gorszych knajpach. Twoje mleko właśnie się pieni, grupa różnokolorowych gołębi zakręca ostro na tle układanki dachów, a ty wyrwałeś się w końcu ze swej samotni. Możesz z kimś porozmawiać.

Ale masz tę przypadłość, wracasz do domu późno i żadna siła nie zmusi cię do spania. Choćby zagadnął cię wcześniej ktoś zauważalnie opóźniony w rozwoju, choćby odezwała się do ciebie strasznie gruba ekspedientka, gdybyś żarł fast foody z najgorszą, kryjącą się za słupem dziwką – jesteś przebudzony, coś się w tobie zmieniło, rozważasz wszelkie możliwości, wspominasz, planujesz zuchwałe kroki. Nie masz nikogo blisko siebie i te przelotne kontakty rozsadzają cię od środka. Jesteś człowiekiem o wrażliwej naturze.

Poszedłem, gdzie kazał. Bogatszy od ludzi z oficjalnych list, od czarnych i białych handlarzy mieszkań, od właścicieli obrzydliwych hal magazynowych, od mających rozmach złodziei czających się w naszej ulubionej, wirtualnej przestrzeni. Najpierw się najedliśmy, 10% należało się za obsługę, dał 40. Zaprowadził mnie do auta, mówił, że przestał pić 15 lat temu, nie odurza się też już w żaden niedozwolony sposób, stawia na szeroko pojętą przejrzystość. Nie, nie ma dzieci, ostatnia partnerka jedynie mu zawadza, zresztą jak wszystkie poprzednie. To takie męczące, nauczył się płacić za seks, tu i w Azji. Tam oczywiście jest bez porównania lepiej. Dokładnie tak jak się to słyszy, niech nie sądzę, że ktokolwiek przesadza. Jeśli nie okażę się kimś do przesady nieznośnym, może sprezentuje mi bilet. Pozwala sobie na tego typu przedstawienia, obiecanki. Ma ten niezbyt dyskretny gest Kulczyka, gdyż zapracował sobie na swoją pozycję. Jest jak najgłośniejszy uczeń na tylnym siedzeniu autokaru, niekryjący przed nikim, że rządzi wszystkim, co widzi.

Bez żadnego pisku opon udaliśmy się w tereny, których wcześniej nie widziałem. Niemożliwy wręcz spokój, pełna prywatność – tu możesz przyprowadzić dowolnego gościa, z dowolnych sfer, z dowolnego kraju, by zachwycić go cudownie rozplanowanym terenem i uroczą niziutką zabudową. Oczywiście spodziewałem się, że mieszka w wieżowcu, na jednym z ostatnich pięter. Odstrzelony portier, winda szybka jak wyobraźnia, mały pies, pielęgnowany przez specjalnie wytrenowaną posługaczkę, masturbująca się szmata czekająca cały dzień na jego powrót, lodówka bez tego, co widuje się w chłodziarkach ludzi klepiących biedę.

 
Reklama

Nie, ale rzeczywiście była tam dziewczyna, niebrzydka szatynka bez śladu tatuażu, zwyczajnie oglądająca telewizję. To nie był duży dom, nic nadzwyczajnego, raczej skromny, nieprzeładowany, dobrej jakości, to prawda. Ogród miał się dobrze, lampy skutecznie wydobywały na powierzchnię jego czar. Chciałoby się usiąść, zapatrzyć w oczko wodne i stworzyć solidną listę zadań na następny dzień. To nie dla mnie. Pani domu wstała, wygładziła sukienkę, podała mi wcale nie tak drobną dłoń i z miejsca zaproponowała kawę. Gdy doszły nas dźwięki ekspresu, mój kompan gestami zapytywał mnie, jak podoba mi się takie cóś. Kciuk powędrował w górę, było w niej coś, co mnie zainteresowało, bez wątpienia.

Usiedliśmy w nastrojowym świetle, słowem się nie odzywając. Godzina przeleciała nam całkiem spokojnie, czas wykorzystany na relaks, jak można by powiedzieć. W końcu zaczynamy coś mówić. Ona wzdycha, prawie wszystko ją męczy, może jeszcze ten dom sprawia jej radość, taki skromny, niepozorny. Całuje go w policzek. Przytula ją, mamy bardzo ładną scenkę. Czy dowiem się dzisiaj czegoś ciekawego?

Znikamy na górze, w gabinecie. Ciemno tu, ciemne meble, na podłodze brzydkie panele, malutki chodniczek, całkiem duży fotel. Książki – można się domyślić. Tytuły ujmujące ten sam temat z każdej strony. Jakieś medale, ta pokraka biega. Oczka mu błyszczą, kiedy snuje opowieść o wyścigu przez pustynię. Później, tym razem werbalnie porusza temat tej z dołu, laluni. Czy ja bym ją ewentualnie widział w wyobraźni bez tej kiecki? Nieźle się prezentuje? Stary strasznie się napalił, chce mnie z nią spiknąć jeszcze tego wieczoru. Będzie dym, afera jak się patrzy, żałuję, że podszedłem do tej małpy te kilka dni temu. Zostawi nas tu, a sam weźmie sobie inną kurewkę, no, może być? Idę do łazienki, nie muszę schodzić piętro niżej. Przemywam twarz, Boże, podjarałem się, jego stara może znać się na rzeczy. Przysięgam sobie jednak, że do niczego nie dojdzie; wyciągnę za to od niego kilka pierwszej klasy informacji. Jakby nie było, nuda ewidentnie się kończyła.

Mówię, po coś przyprowadził mnie do tego zakątka? Nie masz co robić? Chce mi pokazać, co to są pieniądze. Kazał mi się odwrócić. Zalogował się do banku, jucha. Powiedział, że dawno przestał robić jakiekolwiek kalkulacje, tak nakombinował, że wszystko dzieje się samo. Psiakrew. Ładna kasa, co? Kiwam głową, elegant ma racje.

Kroki, weszła po kilku stopniach, woła go. Przeprasza mnie, schodzi, rzuca wcześniej dziki uśmiech, a jeszcze chwilę przedtem usypia komputer. Niemal kładę się na fotelu, obracam się w tę i w tamtą, upiłem się, sam nie wiem czym. Są cichuteńko, niczego nie mogę dosłyszeć, rozglądam się. Mam dość, zamykam oczy. Ludzie, których nazywamy normalnymi nie istnieją. Ostały się tylko straszne świńskie łby. Czekam i czekam, auto odjeżdża. Co jest? Ktoś zaraz będzie na górze, otwierają się drzwi, to ona. Gry i zabawy, tak? Pieszczoszko? Gładzi włosy, jeszcze nic nie powiedziała. Śnię, jak jasna cholera, śnię. Pójdę stąd, nie wolno mi przebywać w tej posranej chałupie. Telefon wibruje. „Życzę wam szczęścia”. Jezu. Wyciąga do mnie rękę, robi dwa kroki. Cóż, podnieciłem się, tym bardziej decyduję się na ucieczkę, mijam ją bez niczego, zostawiam samą, pewnie przyjdzie następny, z innego spokojnego domku. Znajduję przystanek, dzwonię do gnoja, nie odbiera. Co tu się stało?

Proszę sobie wyobrazić, że parszywiec nie skontaktował się ze mną przez kilka kolejnych dni. Ale ja już wiedziałem, że spotkam go na mieście. Rzeczywiście, przechodził wysztafirowany, drapnąłem go i odzywam się. Słuchaj no, badziewierzu, coś ze mną zrobił? Uważał, że był zajęty od wtedy do teraz, a mnie samego nazwał głupiutkim. Wystawiała do mnie tyłeczek, taki jak chyba lubię, a ja nic. Nie ważne, on to ma pamięć tylko do tego, co istotne. Zapominamy o sprawie. Starą i tak wkrótce się oddeleguje. Co myślę o tym jego Banku Anglii, czy cyferki do mnie przemówiły? Jesteś bogacz nie na żarty, po co ty tu siedzisz? Dobrze jest, jak jest, tyle tylko wydukał. Miałem już dosyć pajacowania. Tym bardziej, że coraz mocniej wkręcałem się w jego światek. Byłem o krok od poproszenia o numerek – z tamtą, albo i jeszcze jaką jedną. Przerobił mnie na zboczeńca, zwyczajnego popaprańca. Szybko mu poszło. W zeszłym tygodniu nic mi nie dolegało, nie rozumowałem w ten sposób. Mam wątpliwości, mówię, jesteś oszust, mało brakuje, a oskarżysz mnie o coś, bratku. Ale gadaj mi zaraz, gdzieś się tak dorobił. Na to on: przejedźmy się. W życiu. Oddalam się, mija dziesięć sekund, patrzę, idzie za mną. Pech mego ojca mnie dopadł, stało się, ukatrupi mnie, dryblas. Przejmie mieszkanie, doczepi się do rodziny, nie da spokoju, póki wszystkich nas nie wykończy. Uciekam, żegnaj, chamie, biegnę jak mnie dawniej uczono, łapię tramwaj, żadną taksówkę, blokuję numer darmozjada. Za dwa przystanki się przesiadam, jadę na koniec miasta, kawa, deser, kanapeczka. Późno wracam do domu, trzęsę się, w końcu moja samotnia przemawia do mnie, nie mam się co bać, otaczam się spokojem.

Dziwne, lecz zasnąłem szybko. A kiedy wpadłem już do tego innego świata, znowu coś mi się przydarzyło. Dowiedziałem się tam, że tuż przy plaży, na skarpie można odnaleźć nieco pieniędzy. Ktoś mi tak szepnął, udałem się więc nad wodę, odnajdując zarośla, do których wstępu broniła rozpadająca się furtka. Było cholernie nierówno, drzewa wiły się, przyjmując przedziwne kształty. Wszystko to było w istocie niepokojące, lecz jak na sen zupełnie znośne. Kto jednak nie zainteresuje się dodatkowym groszem, kto nie marzy o walających się na chodniku banknotach, o darach losu? Rzuciłem okiem na ziemię, schyliłem się, by po chwili mieć w ręku rozmokłą dwudziestkę. Zaraz potem na jej miejscu pojawiło się całe zawiniątko, zawierające nawet troszkę zabłoconych dolarów. Zaczynało mi się to podobać, już myślałem o suszeniu, chciałem doprowadzić forsę do jako takiego porządku. Papierki przestały się rozmnażać, przeszedłem się kawałek. Tylko po to, by na krzaku zobaczyć szkolną legitymację. Dzieciak był z podstawówki, bez żadnych okularów i innych udziwnień. Co jest, myślę? Zgubił ją i tyle. Ruszam się dalej, widzę jakiś dyplom, na tej samej roślince, z innej strony. Serdeczne gratulacje, tego typu rzeczy. Oglądam, porównuję, obie karteluszki należą do tej samej osoby. Nagle zdjął mnie strach, sądzę, że coś się tutaj stało, zabili tego małolata, albo co. Z legitymacji i dyplomu wziętych razem formuję kulkę, boję się, że ktoś powiąże mnie z tą sprawą. Jak mówiłem, w dole była plaża. Rzucam w dal, może jakiś ptak to porwie. Nie ma nic więcej, budzę się z pełnym pęcherzem. Nie sprawdzam godziny, panuje ciemnica, robię, co mam zrobić i cudem znów pogrążam się w nieświadomości. Dzwoni budzik, przypominam sobie, że zadarłem z Gudzowatym.

Jak co ranek wychylam się przez okno, rozglądam po okolicy, na niebie szukam kolorów, czekam na wiatr, słucham autobusów, to wysokie piętro, staram się zbytnio nie wychylać, boję się, szybko wyobrażam sobie różne tragedie. A jakbym zleciał, znalazłbym się blisko miejsca, gdzie matka zabierała mnie na lody. Nic nie wyczytuję z tych chmur, choć przyznaję, ładnie są zawinięte. Dźwigi jak wycelowane działa, niedaleko powiewa flaga, kościół jest z lewej, stąd nie widać krzyża. Wspominam, jak zrobiono mnie na cztery tysiące, a wcześniej na trzy, jak pogrywano ze mną w latach mej niewinności. Kiedyś w domu rozległy się dwa dzwonki, zawołano mnie, zaskoczony podszedłem do drzwi. Stała tam jedna z dziewczyn, bogatsza, o dobrych stopniach, mogąca się podobać. Próbuje wyciągnąć mnie na spacer, mnie, chuderlawe dziecko groźnego pijaka. Oczywiście, że nic mi tu nie pasuje, ale odpędzam matkę, wciskając jej byle co i wracam do pokoju się przebrać. Na dolnej półce trzymałem wyjściowe spodnie, znajduję tam jedyne do czegokolwiek nadające się galoty – obskurne dziadostwo. Wkładam je szybko, przywdziewam którąś z za dużych koszulek, wygładzam na sobie pogiętą szmatę. Idę się przejść, mamo. Ona też nie wierzy, przecież wychodzę jedynie na boisko. Gotowy otwieram drzwi, a tam stoi teraz kto inny, jej koleżaneczka. Liczy, że pożyczę jej zeszyt. Po czasie pojawiają się kolejni gówniarze, śmiech na cały blok. Jestem w stanie tylko zapytać, czy byli już u piegusa z klatki obok z tym samym numerem. Kładę się na przykrytej narzutą otomanie, nie wolno niszczyć pokrycia. Matka mówi, że gdy otwierała widziała jak ten duży uciekał na schody, tak się jej wydawało. Wiedziała, co się święci. Milczę przeciągle, w końcu wychodzi. Głupie, ciepłe łzy. Przynajmniej nikt mnie dziś nie spierze, tato osłabł ostatnio, pokręciło go. Wcześniej zawsze kryła dziada, opowiadała rodzinie, że cierpi na korzonki, podczas gdy on zachlewał się, jakby to był konkurs. Kłamała księdzu już na progu, gruby przychodził z kolędą i wypytywał, jak to katabas. Jest w pracy, opowiadała. Stary przyszedł raz nie w porę, źle obliczył swoje możliwości. Tamten siedział i naciągał nas na coś. Ojciec wszedł na cyku, padł na dupsko, jak to się robi u siebie. Księżulo nie był zupełnym idiotą, połapał się, że tatuś chce spędzić trochę czasu z rodziną. Bez dodatku obcych.

Myślałem nadal o fircyku z niskiego domu, ale w trackie dnia uspokoiłem się, biorąc wczorajsze zdarzenia za mały wybryk. Potem – jak to ładnie można powiedzieć, omijając nużące szczegóły – minęło trochę czasu. Po niecałych dwóch tygodniach, w porze, kiedy w naszym kraju jada się obiad, spostrzegłem za oknem błądzącą piękność. To była ona, na pewno wysłał ją stary, wyśledzili mnie w momencie, gdy sam dałem sobie już ze wszystkim spokój. Wyglądała inaczej, miała grzywkę. Ewidentnie szukała mojego bloku, szajbus musiał ją jakoś poinstruować. Zszedłem na dół, sam już nie wiem, czy chciałem uciekać, czy atakować, ręcznie wyjaśniając całą sytuację. Odwróciła głowę i spojrzała prosto na mnie, ucieszona, gorąca jak diabli, lepsza niż poprzednim razem, z dala od starego. Szare oczy, nos, nie pamiętałem tego uroczo poprowadzonego nosa. Tylko ją całować, wielbić policzki. Odetchnęła, ja zaś oczarowany, zapomniałem o moich wcześniejszych rozmyślaniach. Nie chciała dzwonić, musiała rozmówić się ze mną na żywo. Zabrałem ją pięćset metrów dalej, usiedliśmy naprzeciwko, zapłaciłem. Cholerna randka. Zabrali go, nie wiadomo, co będzie dalej, przyszli po niego przedwczoraj. Nie było jej łatwo, dwa lata trwała przy jego boku. Czysty wariat, na różne sposoby próbowała się wyplątać. Mówiła szybko, wierciła się, pociła nieco. Gapiłem się jak głupi; kiedy poprawiała włosy, dostawałem jakby ataku. Kocham cię, mówiłem sobie, kocham cię, nerwusko. Opowiadała swoje, ledwie słuchałem, zupełnie zidiociały. Opanuj się, misiu, bo jak nic się przewrócisz.

Co ważne, niebezpieczeństwo zażegnane, stary wzięty za modę i zamknięty. Reszta szczegółów łatwo mi umykała, patrzyłem na kołnierzyk, na gestykulację, na brzeg jej kubka, leżącą obok torebkę. Przyskrzynili go na dobre. Był swego rodzaju gwiazdą, miał fanów, oglądali go, lekko mu to nie przyszło. Wyciąga telefon, pokazuje mi jego mordę. Pomagał innym, garnął się do biznesu, miał kilka pseudonimów. Wyobrażałem już sobie czasy, kiedy przestanie o nim paplać, kiedy zamieszkamy gdzieś z dala, kiedy będziemy się kłócić o nasze psy. Szkolił liderów, miał wpływowych znajomych, handlował z Indochinami. Ściągnęli z niego garnitur uszyty na Zachodzie.

Poszliśmy się przejść. Słuchaj, mówię, szef się stracił, róbmy swoje. Było pięknie, ach pięknie na tym dworze, włosy miały długie, uszy w sam raz, kroki stawiała coraz pewniejsze. Zapominała o dziadydze, usta przyjemnie drżały, pachniała wiśniami. Było tak zielono, kaczki nie bały się niczego, woda spokojnie stała w brzegach. Przycupnęliśmy blisko jeziora, nie było wyjścia, musiała gadać o dawnych czasach. Pochodził z wiochy, nie ma co, nigdy nie pracował na etacie, rodzice początkowo zachwyceni nie byli. W końcu pokazał matce, ile już zgromadził – babsko się zamknęło. Robił plakaty wyborcze, udzielał seksualnych porad. Swego czasu szalał, prawie nie chował go do spodni, uwodził na pokaz. Znalazł naśladowców, adeptów.

Duże i małe maskotki biegały naokoło, goniły za kolorowymi piłkami, owady latały, dzieci darły się, jak to one. Obserwowałem jej buzię, te kształty pchające mnie w stronę grzechu, nadal jakoś słuchałem, choć pędziłem wraz z marzeniami. Może potem pomogę jej wstać, zważę te drobne dłonie, i znów posadzę. Na mojej zgrabnej kanapie. Potrząsnąłem głową, wynurzając się z potopu myśli, a ona była już wycieńczona podjętą opowieścią. Położyła się na trawie, nikt nie miał nic przeciwko – te kwiatuszki, ziemia pod spodem. Oceniałem jej skórę, musi być gładziuteńka, Jezu. Raczej nie zamierzała spać, ale nie mówiła już nic. Rozłożyła szeroko ramiona, zaśmiała się, ściągała sto procent mojej uwagi. Sam się ulokowałem obok, ale w pewnej odległości, przyzwoicie. Jednak się odzywa, hej, bo spali nas słońce, idziemy. Obserwuję jej profil, tak to powinno wyglądać. A tak prezentuje się wzorcowe udo, przepisowe kolano, optymalna łydka. Stary jest bez szans, już po nim przecież.

Szczęśliwy patrzę w niebo, po chwili stoi nade mną. Śliczna. Jestem samochodem, chodź. Zaparkowała pod takim sporym drzewem, wóz jest dobry, jedzie się rozkosznie. Nie pytam o nic, nie potrzebuję nic wiedzieć. Trzeba zacząć porządkować jego rzeczy. W domu czeka mnie jeszcze kilka historii. Dla mnie to bez znaczenia. Szyja z jednym, jedynym pieprzykiem. Mając więcej zielonych niż czerwonych świateł, sprawnie docieramy na miejsce. Wysiadamy, wchodzimy. Ściągam buty, widzę go na końcu korytarza, hej, mówi.

Reklama