Odległy świat – recenzja filmu „Kafarnaum”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

„Nie możesz mnie oceniać, nie znasz mojego życia i nigdy nie poznasz” – w ten sposób jedna z bohaterek zwraca się do postaci granej przez samą reżyserkę filmu „Kafarnaum”. Nadine Labaki jednak robi to, co uznała w swoim scenariuszu za niemożliwe – ocenia i stara się wiernie sportretować obraz libańskiej wielodzietnej rodziny żyjącej w skrajnej nędzy. Szkoda tylko, że patrząc na nich z uprzywilejowanej pozycji powiela znane nam obrazy, które o tyle nas wzruszają, co pozostawiają obojętnymi na los bohaterów.

„Kafarnaum” to kolejny film zrobiony z potrzeby aktywizmu, który zamiast jednoczyć, stawia jeszcze większy mur między nami a „obcymi”. Czy jest to naiwna wiara reżyserki w moc sprawczą kina czy umiejętne sterowanie emocjami widza? Przyznam, że ja podczas seansu czułem się, jakby Labaki wbijała mi ostry szpikulec pod żebra, gdy tylko opuszczało mnie współczucie wobec jej bohaterów.

A w zasadzie bohatera, ponieważ przedstawiony przez Labaki świat rzuca kłody pod nogi dwunastoletniemu Zainowi, żyjącemu w bejruckich slumsach. Mimo młodego wieku brak w nim dziecięcej beztroski. Rodzice starający się wiązać koniec z końcem, zrzucają na jego barki odpowiedzialność za los rodzeństwa.

Życie w Bejrucie rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest możliwość zawarcia małżeństwa na podstawie niepisanej umowy między rodzinami. Takim sposobem ukochana siostra Zaina zostaje sprzedana miejscowemu handlarzowi za kilka kurczaków. Chłopiec, chcąc uwolnić się od swojego losu, ucieka z domu i rozpoczyna tułaczkę po multi-kulturowym mieście. Podczas swojej podróży spotyka nielegalnych imigrantów z Etiopii oraz Syrii. Labaki ukazuje fragmentaryczny świat osób pozbawionych jakichkolwiek praw. Nie przedstawia historii ich kraju, ani wydarzeń poprzedzających ich przyjazd. Zostają wrzuceni do filmowej rzeczywistości niczym porozrzucane na wietrze liście drzew. Wpisuje to „Kafarnaum” w retorykę mediów, które problematyzują temat uchodźców, nie wyjaśniając przy tym genezy ich sytuacji. Labaki bombarduje nas obrazami przymierających z głodu dzieci czy dramatycznych warunków mieszkalnych. Nie powoduje to jednak, że postrzegamy bohaterów „Kafarnaum” jako jednych „z nas” – wręcz przeciwnie – obrazy te potęgują dzielące nas różnice i utwierdzają przynależność „obcych” do niższej klasy. Reżyserka steruje emocjami widza, jakby była to czynność równie łatwa jak pociąganie za sznureczki drewnianej marionetki. W tym celu wykorzystuje krzywdę najsłabszych jednostek jakimi są dzieci oraz czyny łamiące tabu kulturowe, takie jak przestępstwa seksualne czy sprzedaż dziecka.

„Kafarnaum” podejmuje ważny temat, ale w sposób, który nie przyczynia się do rozwiązania przedstawionych przez niego problemów. Mieszkańcy Libanu i emigranci z Azji i Afryki są sportretowani jako jednorodna masa stanowiąca kłopot dla Zachodniego świata. Losy Zaina wzruszają nas podczas wieczornego seansu. Po wyjściu z kina wsiadamy jednak do swoich drogich, europejskich aut, idziemy do restauracji i zapominamy o odległym dla nas problemie. Być może, zgodnie z sugestią swojej bohaterki, Labaki, przynależąca do innej grupy społecznej, nie powinna spoglądać ze swojej uprzywilejowanej pozycji na krzywdę niższych klas?

Autor

Dawid Dróżdż –Reprezentant łódzkiego filmoznawstwa. Miłośnik Kieślowskiego, Jarmuscha i Saury. Kino uważa za najlepszy pretekst do rozmowy o świecie. Wychowany na poruszającej muzyce Björk, fali Małyszomanii i autorytecie Cordella Walkera, dzięki czemu sentyment budzą w nim melancholijne skandynawskie dramaty, opowieści o małych bohaterach i sztampowe seriale z lat 90.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama