Pamiętaj o życiu

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Chorobliwie rozmawiamy o chorobach. I to nawet nie o tej najnowszej odsłonie, najbardziej popularnej. Rozmawiamy o chorobach rodzaju wszelkiego w odstępach bez odstępów właściwie. Dyskutujemy o tym, że boli, że coś w środku, a czasami na zewnątrz, że to w środku to może jest tym na zewnątrz, ale właściwie może być to zewnątrz tym w środku i co jeśli to rak? I choć profilaktyka jest ważna, należy się badać, to jednak warto też pamiętać o innym aspekcie życia, który nam w tym momencie umyka. Mianowicie – o życiu.

Bo choć są to wartości niematerialne, z których szydzi się obecnie albo piłsudzkuje się je, to jednak te wartości stanowią przecież o naszym codziennym życiu. To, czy mamy tzw. lipę na chacie, będzie promieniowało na resztę naszej egzystencji i możliwe, że w momencie pewnym dojdziemy do wniosku, że ta Pani, która sprzedaje nam właśnie podatek od głupoty, faktycznie nie nadaje się do niczego i warto ją zwyzywać, bo nie rozumie co to znaczy trzy zakłady po jeden na dwa, mały, średni, a na końcu multi. Może warto/nie warto wtedy przejść w swym wewnętrzu (tym bolącym) do źródła problemu i tam się uporać z naszym bólem, a nie szukać go w pomiędzy.

I podobnie jest z naszym podejściem do naszej wszechmatki Dolores, która może i się objawia niekiedy, ale skupianie się na niej robi z nas nie – dzielnych synów w walce o dominację nad światem mimo bólu i ran, ale maminsynków skupionych na tej kolebce, z której nigdy nie wyjdą. Nie jest to oczywiście skierowane do osób chorych straszliwie, ale do większości społeczeństwa, gdzie koncentrowanie się na miejscach bolejących jest codziennym żargonem, podobnym do dzień dobry, czy nie mów do mnie teraz.

Mówienie bowiem o swym mikro-bólu w takim natężeniu sprawia, że skupiamy się na aspekcie swego życia spod znaku „janimogu”. Bo boli i nie da się nic zrobić. Wtedy w wieku 25 lat mówimy sobie wzajemnie, że łopanie, to już teraz z górki, to jest już końcówka, ekhem, powiedz mojej żonie i dzieciom, że ich kochałem. A to siła wieku przecie i ogromna moc wewnętrzna i zewnętrzna, to bycie kozą wśród mułów, bycie jurnym chopem i dziołchą, a nie 80-letnim dziadem i babą, którzy ledwo co mogą przejść przez ulicę. Czy może być coś gorszego, niż skazywanie się za młodości na starość? Czy coś gorszego może być od wmawiania sobie i innym, że to już bolesny koniec i upadek? Czy czasem ta młodość i siła to nie jest najpiękniejsza wartość na świecie, której pożądają wszyscy, którzy ją utracili, wierząc, że gdy ją odzyskają – będą mogli znów być?

 
Reklama
 
Reklama

Być może to tylko moje wrażenie, ale niekiedy zdaje mi się, że otoczony jestem zdrowymi ludźmi, z którymi rozmawiam głównie o chorobach i bólach. Dyskutujemy na temat łokci, stóp, brzuchów, głów, kacowania gorszego i lepszego, braku możliwości na polepszenie i trudności z przeszłości. A jak przecież mówi klasyk – każda rodzina ma złe wspomnienia. Niemniej, pamiętać należy, że każda rodzina ma też jakieś dobre. I może właśnie ten balans jest w życiu najbardziej potrzebny.

Reklama