Mroczny syntezatorowy fresk

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Muzyczny początek 2019 roku jest, delikatnie mówiąc, rozczarowujący. Uznani artyści uraczyli nas wyjątkowo konwencjonalnymi albumami, a żółtodzioby zrobiły za mało, by zawojować rynek. Styczniowo-lutowa posucha motywuje więc do wyszukania choćby kilku perełek mogących osłodzić ostatnie dni. Oczywiście wysyp miałkich wydawnictw znacznie utrudnia odkopanie takich skarbów, lecz nie jest to zadanie niemożliwe. Ja, na przykład, jakieś dwa tygodnie temu odnalazłem godną uwagi płytę, która aż do dziś towarzyszy mi w codziennych bojach z rzeczywistością. Rzeczone cudo jest grubo ciosanym, lecz charakternym materiałem, świadomie rezygnującym z kompozycyjnej finezji na rzecz uderzającej bezpośredniości. Surowość owocu starań amerykańskiego duetu o nazwie Boy Harsher stanowi odtrutkę na wyretuszowany pop XXI wieku.

“Careful” sprzedaje gorzki smak melancholii w ekscytującym, rytmicznym opakowaniu. Niepokojące partie syntezatorów, przywodzące na myśl ścieżkę dźwiękową do najlepszych filmów grozy lat osiemdziesiątych, tuningują marszowe uderzenia automatu perkusyjnego. Augustus Muller oraz Jae Matthews pieczołowicie konstruują duszną atmosferę, lecz nie zapominają uzupełnić klaustrofobicznej wizji przebojowymi patentami. Ich pomysł na dobrą zabawę przypomina filozofię pionierów gotyckiego disco Dead Can Dance odnajdujących sens życia w klubowym danse macabre. Kumulacja wewnętrznych lęków doprowadzona do tanecznej eksplozji to widok, od którego nie można oderwać wzroku.

Transowe brzmienie opisuje apatię jednostki funkcjonującej w ciasnych ramach współczesnego społeczeństwa. Zimny jak monologi Patricka Batemana z “American Psycho” kalejdoskop dźwięków wyraża globalną alienację lepiej niż niejeden socjologiczny esej. Natomiast o ile Bret Easton Ellis posługiwał się w swojej głośnej powieści sarkastyczną satyrą, tak w przypadku tego przedsięwzięcia ciężko mówić o komizmie sytuacji. Śmiech już dawno przestał być efektywną reakcją obronną, więc ludzkości pozostało jedynie zaakceptowanie porażki.

Unoszący się nad całością posmak punkowego etosu “Do It Yourself” (“zrób to sam”) upraszcza strukturę piosenek, odzierając je z niepotrzebnych ozdobników. Inspiracje błyszczącymi latami osiemdziesiątymi spotykają się tu z garażową chropowatością, świadomie psującą ładne melodie. Pęknięte przeboje okraszone półamatorską produkcją lo-fi, podnoszą ciśnienie tak mocno, że każdy odsłuch należy zakończyć kubłem zimnej wody. Nieoszlifowana estetyka Boy Harsher zamienia wady w zalety i udowadnia, że prostymi środkami można często osiągnąć lepszy efekt, niż stosując przekombinowane zabiegi formalne.

 
Reklama
 
Reklama

Utwory stworzone przez zdolną dwójkę konsekwentnie budują spójną stylistycznie opowieść, zabierającą słuchacza w podróż do mrocznych zakamarków amerykańskich przedmieść. Neonowy liryzm zaszczepia w świadomości obraz nocnej podróży samotną autostradą w głąb miejskiej otchłani. Schowany pod warstwą pogłosu i szorstkiej elektroniki wokal kieruje nas prosto w przytulne objęcia ciemności. Zaskakująco komfortowy mrok kusi obietnicą ucieczki od życia powszedniego.

Niezależna wytwórnia Nude Club wydała na świat przejmujący produkt powszechnych lęków ostatniej dekady. Odpowiedzialne za niego osoby stanęły twarzą w twarz z wielkomiejską szarzyzną i przygotowały wyjątkowy reportaż dotyczący siedmiu bram piekieł metropolii. Efekt ich starań przywołuje twórczość J.G Ballarda – jednocześnie przeraża oraz zachwyca.

Reklama