Generalnie, myślę, dasz radę – recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Zdrój Barbary Klickiej to festiwal pozorów i konwenansów. Pełen humoru, ironii i sarkazmu – rzecz w tym, że grubymi nićmi szytych. Pod powierzchnią cały czas czai się bowiem coś niepokojącego, coś, co uwiera i mierzi, co nie daje spokoju.

Narratorka powieści, Kama, pewnej jesieni przybywa do sanatorium na „trzydzieści dni pensjonariuszowania”. Mieszka w Warszawie i choć stamtąd nie pochodzi, towarzysko obciąża ją to na starcie. Na domiar złego nie ma (już) męża i (jeszcze) dzieci. Ma świadomość, że musi przetrwać. Pytanie tylko, jak?

Reklama

Po pierwsze: nie dać się sprowokować. Cokolwiek by się nie działo, o cokolwiek by nie pytano („Dzieci są?”), do czegokolwiek nie nakłaniano, trzeba „być jak najcięższy mebel dosunięty do drzwi, […], nie drgnąć nawet”. Po wtóre: uśmiechać się. Uśmiechać się, bez względu na wszystko, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy będzie potrzebna czyjaś pomoc. Kama dużo się więc uśmiecha. Równie często myśli. Chociaż zwykle procesy te zachodzą jednocześnie, towarzyszą im nader czytelne, niekiedy przekomiczne sygnały dotyczące tego, jak dalece jeden zaprzecza drugiemu. Dzieje się tak na przykład w scenie śniadania na jadalni, gdy starsza, nadgorliwa kuracjuszka gorąco namawia bohaterkę do udziału w wycieczce do Lichenia – tam mogłaby złożyć złoty łańcuszek jako wotum w intencji sprowadzenia na świat upragnionego (z założenia) potomstwa. („Myślę: mogę jej wyrwać paznokcie, umiałabym. Uśmiecham się. Promieniście”.) Albo wówczas, gdy Kamila niespodziewanie spotyka na korytarzu Mariusza, masażystę-seksistę, pozwalającego sobie względem wybranych pacjentek na wiele więcej, niż tylko notoryczne, pretensjonalne i przemocowe zarazem, zdrabnianie imienia:

– Cześć – mówię. Myślę: dlaczego nie mówię mu, że nie chcę paluszka, nie chcę i nie będę chciała, dlaczego staję, bo on staje, czy mnie do reszty pogięło, czemu tu sobie ociekam w korytarzu, skoro chciałam tylko otulona ręcznikiem przemknąć do wanny po drugiej stronie? – Jak się masz? – pytam.

Wiernie oddawana w toku narracji, charakterystyczna dwoistość, wewnętrzna sprzeczność, nieprzystawalność myśli do słów i czynów wydobywa na światło dzienne cały szereg automatyzmów, skryptów zachowań, niepisanych zasad, ale również rozmaitych skrajności i wypaczeń. Potęguje podskórne poczucie osaczenia i skrępowania, przymus bezwzględnego podporządkowania się obowiązującym regułom. Nawet wówczas, gdy bohaterce zdarza się stracić rezon, autorka pozostaje niesłychanie czujna: potrafi wychwycić drobny gest, pojedyncze słowo, wymianę zdań, ot, zwyczajną sytuację i jak gdyby mimochodem podważyć pozorną neutralność ich wydźwięku.  Z niebywałym wyczuciem, ale i konsekwencją pokazuje dwie strony tej samej rzeczywistości: opresyjność skrytą pod powłoką tego, co trywializowane, poddawane procesowi nieustannej stereotypizacji. Densingi w rytmie disco polo, pielgrzymki, kąpiele w solance i błocie, podstarzali amanci i wszechwiedzące stałe bywalczynie uzdrowisk, personel nadużywający władzy na rozmaite sposoby, weekendowe przepustki uzależnione od łaski i niełaski lekarzy, wszechobecna presja zadzierzgiwania więzi i ciągłe podleganie ocenie, powtarzające się, gardzące granicami prywatności pytania i liczne prowokacje mające na celu ustanowienie, czy raczej utrwalenie, sanatoryjnej hierarchii bytów i wartości.

Zdrójto spektakularny, pełen świeżości i głębi prozatorski debiut. Wciągająca gra językiem, obrazem, słowem, ciałem, stereotypem, konwencją. Czytając, myślałam co rusz: jakie to dobre, jakie zabawne, jakie trafne, jakie prawdziwe, jakie straszne. Humoru i lekkości tu mnóstwo, ale o wiele ważniejsze niż środki, są cele – to, co przyjęta przez autorkę taktyka twórcza pozwala zdemaskować, czemu zaradzić, przed czym ochronić lub co oswoić, poddać w wątpliwość. Miejscu, w którym się znalazła, narratorka siłą rzeczy przygląda się od wewnątrz, z bliska, uważnie i wnikliwie. Dostosowuje się, a jednocześnie podejmuje próby zachowania resztek dystansu, autonomii i zdrowego rozsądku. Owszem, sanatorium przypomina naszpikowany pułapkami labirynt. Czy naprawdę jednak tak diametralnie różni się od świata zewnętrznego?

W stosunkowo krótkiej powieści Klicka zmieściła maksimum treści, całe spektrum tematów, problemów i klisz znanych skądinąd. Na uwagę zasługuje zwłaszcza jeden motyw: Kamila od samego początku się pilnuje, nieustannie kalkuluje, co musi zrobić, na co się zgodzić, czemu nie sprzeciwić, by przetrwać. Przyczyn takiego zachowania można upatrywać w jej doświadczeniach sprzed lat, ale nie tylko tam. Lawirowanie między okresem dzieciństwa i dorosłości czemuś służy, składa się w spójną, dalece niepokojącą, całość. To nie przypadek, że zamiast się postawić, bronić swojego zdania, protagonistka co najwyżej „kiwa głową, najmniej intensywnie jak tylko potrafi”, że „cofa dłoń, cała trochę się cofa”. W tej książce komunikaty cielesne potrafią – „że tak powiem”, zapewne wtrąciłaby Kama – wyrazić więcej niż tysiąc słów. Zagrożenie, jak się okazuje, czai się wszędzie – nie tylko w położonym, bądź wie gdzie, ośrodku z pogranicza snu i jawy; także na ulicach, w domach, szkołach, zakładach pracy. W określonym typie mentalności, w patriarchalnym środowisku, w opresyjnych wzorcach kobiecości (matka, żona, kochanka), w bagatelizowaniu seksistowskich zaczepek i odzywek. W – jeszcze do niedawna – płynących zewsząd komunikatach, że najlepiej zacisnąć zęby, wyprostować plecy i rozdawać uśmiechy na lewo i prawo; udawać głupią, głuchą i niemą, powtarzać, jak tuż przed rozpoczęciem turnusu powtarzała bohaterka: „No i generalnie, myślę, dasz radę, dasz radę”.

Autor

Alesandra Kumala – uwielbia Glena Hansarda, czytanie książek (niekoniecznie pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty w ręku), picie mleka z kawą, słuchanie szumu morza i podróże pociągiem. Nie znosi deszczu, rollercoasterów, grzybów i weluru. Marzy o wyprawie do Nowego Jorku, ale póki co zadowoli się skompletowaniem Serii Amerykańskiej.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama