Ozdobniki i zawiłe zdania

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Pamiętam opowiadania, które pisałem, gdy byłem jeszcze w szkole średniej. Lepiej znam tylko dwa, choć i tak dosyć powierzchownie. Mógłbym je odnaleźć, wysłałem je przecież paru dziwnym osobom, oficjalnie nie trzymam ich jednak nigdzie, w żadnym widocznym, czy ukrytym folderze. W pierwszym dziecko robi sobie rowerową wycieczkę na plac budowy, gdzie korzystając z uroków urozmaiconego terenu szaleje do późnego wieczora. Później, po powrocie odnajduje w domu konającego ojca, mocno rzucającego się na kanapie w swych ostatnich chwilach życia. Kolejna zaś rzecz to obrazek zarejestrowany na molo: para biedaków prowadzi niewesołą rozmowę. Gdyby ona zaczęła się umiejętnie puszczać, sugeruje on, cała ich daremna sytuacja materialna mogłaby wyglądać nieco lepiej.

Po tym razie zdaje się, że zupełnie zaniechałem dostarczania nieprawdziwych historii – temat podjęli akurat marketingowcy, propagując tu i tam ich storytelling. Pamiętnik, który jednak później budowałem zawierał przeważnie zupełne bzdury, w każdym razie nie było tam ani jednego porządnego zdania. W moim świecie nie działo się nic szczególnego, ale kontynuowałem zapiski, choćby i dlatego, że nie miałem nikogo, z kim mógłbym wyczerpująco porozmawiać – osoby nieprzeciętnie bystrej czy nawet maksymalnie szalonej. Ci, z którymi chciałem się przyjaźnić przeważnie nie mogli stać się mi bliscy; moja kłopotliwa nieśmiałość zabraniała mi samemu nawiązać kontakt, oni natomiast nigdy pierwsi nie zaczynali rozmowy. Nie byłem przecież, patrząc na mnie z daleka lub bliska, zbyt ciekawym przypadkiem. Gdy dzięki zbiegowi okoliczności umawiałem się z dziewczyną ze świata, jaki mnie pociągał, pojawiła się rodzinna impreza, gdzie zostałem doprowadzony niemal siłą. Nie nauczony, by próbować ponownie, odpuściłem. Nie uważam mimo wszystko, by młodość przepadła, zostało jej trochę, może kilka długich lat, jeśli w dobrym humorze zabierzemy się do liczenia. W każdym razie zawsze mogę ratować się myślą, że szczyt jest jeszcze przede mną, inni zaś po początkowych sukcesach skazani są teraz na rozczarowania: jedno po drugim, jedno po drugim.

Kiedy przestałem już pamiętać o dzienniku, zacząłem po kawałku tracić towarzysza niedoli, który, choć nie był może moją bratnią duszą, to z pewnością rzeczywistość czynił lepszą. Nie dociekaliśmy jednak, kto ją wcześniej spieprzył, to było tylko pokrzepiające narzekanie – razem zawsze raźniej. W czasie, gdy każdy z nas starał się znaleźć kogoś do pary (w końcu wypadało na poważnie się tym zająć), nasze kontakty siłą rzeczy uległy zmianie. I mam tu na myśli związki odbierające czas i chęć na najkrótszą choćby rozmowę między tak zwanymi przyjaciółmi. Teraz on ma już dziecko, nie wie nawet, co dzieje się ze mną, może zrobi z niego wariata, może ja sam będę ślinił się i bełkotał, może czeka go kariera w administracji państwowej.

Są ludzie, którzy utrzymują, że nasze wczesne lata to niewyczerpalne źródło inspiracji. Kto to przeżył, przez resztę czasu nie musi już szukać nowych podniet; może rozmyślać. Bogate życie wewnętrzne, które wmówił mi jeden z nauczycieli, mogło więc rzeczywiście coś znaczyć. Byłem nieobecny, odpływałem całkiem naturalnie. Najpierw, zamiast jak inne dzieci wyśmiewać się z tego, co puszczali nam na wideo, błądziłem po moich autorskich światach. Potem, w głowie ciągle przydarzały mi się podobne do siebie historie: drogie przedmioty, podróże, seks jednego, drugiego, trzeciego rodzaju. Dzisiaj, zgodnie z przepowiednią, najwięcej zdarza mi się analizować to, co wyprawiali ze mną – już wtedy bardzo starzy – rodzice. Wracam tam, gdy tylko wokół dzieje się coś na moje standardy nudnego.

 
Reklama
 
Reklama

Obecnie jednak siedzę tu, gdzie melodyjnie wyją psy, gdzie w powietrzu unosi się coś paskudnego; kicham, a mój płytki oddech nie pozwala w pełni cieszyć się śmiesznie małym urlopem. Wyjechaliśmy z miasta do miasta. Mam przed sobą dni, podczas których, oprócz jedzenia, picia i zaglądania do majtek, bądź co bądź mądrzejszy niż wcześniej, od czasu do czasu zasiądę, by nieco sobie popisać – nawet jeśli nie jestem jeszcze gotowy, nawet jeśli nie zebrałem dosyć materiału, ćpając na przykład przez całą dekadę lub chodząc na ośmiogodzinne sesje nienawiści do normalnej pracy.

Reklama