Błędna interpretacja, czyli trochę o moim fetyszu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Odkąd dowiedziałam się, że każdy postrzega rzeczywistość przez pryzmat własnego mózgu – mechanizmu zindywidualizowanego, doświadczonego własną niepowtarzalną historią, funkcjonującego według procesów fizjologicznych zamkniętych w jednym unikatowym organizmie – zrozumiałam, że wszelkie próby przekonania kogokolwiek do swoich racji zwyczajnie nie mają sensu. Mogą stanowić co najwyżej formę rozrywki, o ile oczywiście mamy fantazję na dyskusję. Osobiście miewam je coraz rzadziej, z czego na pewno wielu moich znajomych bardzo się cieszy. Warto oglądać filmy naukowe, choćby dla poprawy nastroju ludzi, których się lubi.

Natury nie oszukam, więc podawać w wątpliwość i refleksje różne życiowe wątki wciąż bardzo lubię, z tym że teraz wolę już skleić kilka liter w tekst, który kto chce sobie przeczyta i o ile tego chce to się nad nim zastanowi. Moja rzeczywistość rozbija się o szacunek i wolną wolę. A że każdy ma swoją właściwą interpretację znaczenia tych wartości toteż forma pisania niż dyskutowania wydaje mi się dużo zdrowsza.


Reklama

Potrzeba naprawdę bardzo dużo fatygi, aby wyrazić precyzyjnie swoje myśli, pragnienia czy oczekiwania. Potrzeba też bardzo dużo otwartości od adresata, aby chciał je dobrze zrozumieć. Finalnie różnie to bywa, bo z reguły ludzie są zbyt przytłoczeni swoim życiem, zbyt zajęci, za mało empatyczni lub po prostu nie chcą zrozumieć. Oczywiście wciąż bardzo nie lubią gdy ktoś zawodzi i nie lubią czuć, że zawodzą. No i nawet chyba nie zdają sobie sprawy, że powodem takiego postrzegania jest błędna interpretacja.

Powyższe reguły potwierdzają wyjątki, podążające nieustannie drogą samorozwoju.

Na pewnym etapie rozwoju świadomości człowiek może czuć się bardzo samotny. Jeśli jest uważny i zdolny do postrzegania rzeczywistości z pozycji obserwatora, aniżeli czynnego gracza, widzi wśród ludzkich historii wiele analogii, swoich nauk już wyciągniętych i wiele różnic nie do pokonania. Nie dlatego, że się poddaje, bo na przykład nie ma siły. Prędzej dlatego, że szkoda mu już czasu na “walenie głową w mur”. Woli iść samotnie, byle dalej iść. Wciąż iść.

Na pewnym etapie rozwoju świadomości człowiek zaczyna właściwie interpretować czas. Paradoksalnie niewiele mu wtedy potrzeba do szczęścia. Pozwolę sobie na spostrzeżenie, że kiedy ktoś właściwie interpretuje czas i jego obecność tu i teraz, a mimo to potrafi pogodzić tą interpretację z myśleniem perspektywicznym – już jest człowiekiem szczęśliwym. Pozostaje mu wyłącznie dbać o dobrą kondycję psychofizyczną.

Moją pasją są wnikliwe obserwacje ludzi i odnoszę nieodparte wrażenie, że człowiek od najmłodszych lat brnie w błędną interpretację o Świecie, tkwiąc w błędnej interpretacji o sobie, relacjach z najbliższymi, po to, by dowieść swoim błędnie zinterpretowanym obserwatorom jaki jest poprawny i wpisany spójnie w wykreowany przez siebie wizerunek. Błędnie zinterpretowany pożądany wizerunek.

Przy tym nie chce się ocknąć z tej błędnej interpretacji, bo to by załamało jego życiowy światopogląd, w którym czuje się całkiem bezpiecznie. Nic dziwnego, prawda? Kto lubi przyznawać się do tego, że żyje w kłamstwie, które na domiar złego sam wykreował? Właściwie to nie on sam, ale jego mózg.

Ja lubię (śmiech), bo mózg jest moim fetyszem i największym wyzwaniem z jakim przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć. Nie jestem pewna czy moi podopieczni z projektu #100dnizpebelle czują podobnie, ale na pewno zwracają się do mnie po właściwą interpretację siebie, relacji z bliskimi i otaczającej ich rzeczywistości. Odważni ci, którzy przeszli tę drogę.

Reklama