Bartłomiej Kasprzykowski: Aktor zawsze jest przecież bez winy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

O  tym jak poradzić sobie w czasie epidemii w zawodzie, którego sens polega na byciu pośród ludzi, o polityce, która odciska na sztuce i na artystach coraz bardziej dotkliwe piętno, o podziałach między nami i o tym, czy jeszcze z tym wygramy. Z BARTŁOMIEJEM KASPRZYKOWSKIM, aktorem, reżyserem, mistrzem scrabble’a rozmawia Grzegorz Kapla

 

Scrabble to była przydatna umiejętność w czasie epidemii?


Reklama

Zdarzało się, chociaż planszówki, które zawitały w naszym domu, przynajmniej w teorii, w zamiarach, po prostu leżały na stole przez cały czas. Mieliśmy wrażenie, że będziemy grać non stop, ale się nie udało.

Czym się zajmuje aktor w czasie kiedy plany zdjęciowe są poprzesuwane albo całkiem spadają z kalendarza?

Odrabia zaległości. Jeśli chodzi o życie rodzinne, ten zawód ma to do siebie, że jest wolny, więc co jakiś czas mamy takie okresy kiedy telefon nie dzwoni, jesteśmy w domu 24h/dobę i możemy się zajmować dziećmi. Kiedy wybuchła pandemia to dzieci były również w domu, więc przede wszystkim one się liczyły, wszystko kręciło się wokół nich, aczkolwiek nie narzekam, mój syn, który uczył się zdalnie, zrobił niezłe postępy przez to, że nie rozpraszało go żadne towarzystwo. Mieszkamy w domku pod Warszawą, więc mieliśmy przed naszymi oknami trochę przestrzeni i nie czuliśmy się tacy zapuszkowani. Można było w każdej chwili wyskoczyć z dziećmi, pograć w piłkę.

Ale telefon nie dzwonił, a aktorstwo to jest zawód, który trzeba uprawiać społecznie. Jeżeli nie ma sceny, planów filmowych to nie ma dochodów. Jak sobie radziłeś z lękiem, którego każdy z nas doświadczył w mniejszym lub większym stopniu?

Przyznam szczerze, że sytuacje stresowe przeżywam dość praktycznie, skupiam się na tym co mogę zrobić, a nie na tym czego nie mogę. Na szczęście poczynione oszczędności dały możliwość przetrwania tego czasu, aczkolwiek konsekwencje tego odczuwamy cały czas, bo marzec, kwiecień, maj to były w planach najbardziej intensywne miesiące pracy, jeżeli chodzi o teatr. Mieliśmy zaplanowane kilkadziesiąt przedstawień. Wszystkie zostały odwołane z dnia na dzień, były próby przeniesienia ich na jesień.

Jeszcze nie wiemy jak będzie.

Ludzie nie kupują biletów do teatru, obawiają się. Nawet jeśli mamy ten przesiew proc. to i tak sprzedaż biletów jest dość niska, a w przypadku takiego przedsięwzięcia jak nasze, moje to przedstawianie zrobione własnym sumptem, prywatnym całkowicie to kalkulacja jest dość mocna i staramy się raczej nie ryzykować, więc odwołujemy po prostu.

Powiedzmy o tym spektaklu. „Telewizja kłamie”. Twój pomysł?

Mój. Poprzednią produkcję robiliśmy w trójkę z Bartoszem Opanią i Tamarą Arciuch. Tak nam to dobrze się układało i tak polubiliśmy tego rodzaju pracę, że postanowiliśmy po zakończeniu tamtego rozdziału spróbować czegoś nowego. Ja wtedy wpadłem na pomysł, żeby zrobić przedstawienie interaktywne, o telewizji, o czymś co znamy, znamy przecież  wszyscy. Zawiązał się zespół, który był już częściowo sprawdzonym zespołem i Bartek, i Tamara, dołączył do nas Adam Fidusiewicz i poprosiliśmy Michała Paszczyka, który jest bardzo sprawnym pisarzem dialogów dlatego, że on tworzy na co dzień treść Kabaretu Paranienormalni, jednego z topowych kabaretów w Polsce, a prywatnie jest moim przyjacielem ze szkoły teatralnej. Przyszedłem do niego z tym pomysłem i on zaczął to pisać. Pisał, przynosił nam sceny, my te sceny redagowaliśmy.

Czyli mieliście tylko dialog, bez didaskaliów?

Tak, wiadomo, że w te sceny, które on pisał były wpisane jakieś didaskalia.

Tak, ale kabaret i teatr to trochę różne płaszczyzny.

Różne, ale pokrewne. Nie zawsze się udaje ten mariaż, ale ja mam dość duże wyczucie, jeśli chodzi o kabaret i długo obserwowałem też pracę Michała Paszczyka, lubię takiego rodzaju formę, w której aktor nie jest tak bezpieczny jak w teatrze, bo w teatrze mamy czwartą ścianę, reżysera, teatr, repertuar, wszystkie te rzeczy oddalają od aktora odpowiedzialność za to co robi, bo jeżeli gram w spektaklu to ja go nie napisałem, jeżeli gram w spektaklu, który ktoś wyreżyserował to jest czyjaś reżyseria, jeżeli nic nie rozumiem to jest czyjaś wina, ale przecież nie moja, bo aktorzy zawsze są bez winy. Tutaj jest inaczej, tu jest tak, że współtworzyliśmy to przedstawienie, ale jego treść, oczywiście jeśli chodzi o sferę tekstową, tutaj królem tego tekstu jest absolutnie Michał Paszczyk.

Ale to, że będą występowały takie postacie, które znamy z telewizji, mają zmienione imiona czy nazwiska, ale to były jego pomysły czy wasze?

To były jego pomysły, natomiast te postaci od samego początku miały być wplecione w to, tak żeby przysunąć widza jak najbliżej do tej rzeczywistości, którą zna i jednocześnie też nie próbować parodii osób, karykatur, żeby nie tworzyć takich rzeczy, ale żeby było o tej rzeczywistości i kłamstwach w telewizji. Kończąc jeszcze, a propos tej różnicy między teatrem a kabaretem i tym mariażem, kabaret ma to do siebie, że jeżeli coś się napisze i to pokaże na scenie, podlega natychmiastowej weryfikacji, jeżeli się nie sprawdza albo zostaje wyrzucone, albo zostaje zmienione i znowu rzucamy prosto w twarz widzowi, czyli odpowiedzialność jest natychmiastowa.

Odpowiedź jest natychmiastowa.

Odpowiedzialność też, żeby było lepiej. Na dodatek finansowaliśmy ten spektakl, spłacaliśmy założone przez jednego z nas pieniądze,  dlatego teraz on wystawiany gdzieś w Polsce jest jakby naszym dziełem i pod względem merytorycznym, i finansowym, i organizacyjnym. To jest zupełnie inna forma niż to, co jest uprawiane na co dzień w Polsce, bo aktor albo jest zatrudniany przez firmę, która tworzy przedstawienie, albo jest zatrudniony w teatrze, który daje mu etat, a my jesteśmy sami, totalnie, całkowity freelance.

Spłaciliście?

Spłaciliśmy. Dokładnie przed ogłoszeniem pandemii przedstawienie zaczęło nie tylko dawać nam satysfakcję czysto artystyczną, z kontaktu z widzem, z jego reakcji, ale również zaczęło dawać dużą satysfakcję finansową i w tym momencie przyszła pandemia i ucięła wszystko.

Trudna sprawa opowiadać o tym jak telewizja kłamie, bo musicie się ścigać z publicystami, musicie się ścigać z ludźmi, którzy piszą o telewizji. Piszą i z jednej, i z drugiej strony o tych telewizjach z przeciwka same niepochlebne opinie.

Wszystko jest oparte na kłamstwie dlatego, że walka pomiędzy tymi firmami, które tworzą telewizję, to jest walka czysto handlowa dlatego dezinformacja ma też bardzo duże znaczenie, czyli nie tylko telewizja kłamie, okłamuje widza, że ludzie są piękniejsi niż w rzeczywistości,  bardziej uprzejmi i wychowani niż w rzeczywistości.

Od tego zaczynacie?

Tak, opowiadamy tę część głównie. Pierwszym takim momentem, kiedy widz widzi to kłamstwo, jest to, co się dzieje przed włączeniem kamer live, co się dzieje po i co się dzieje również po wyłączeniu. Widzimy i studio, i kulisy. Manipulacje zaczynają się na przykład od tego, że nie można wymieniać nazwy innej stacji, jakby ona w ogóle nie istniała.

Nie możecie wymieniać nazw niektórych produktów?

Productplacementu nie umieściliśmy w przedstawieniu, natomiast jest tam dużo różnych form, jeśli chodzi o pokazywanie tych różnych kątów okłamywania widza, również miesza się w to polityka, padają takie zdania, że nie to jest ważne kto mówi prawdę, ale kto komu uwierzy. Nie prawda jest tam najważniejsza.

Dlatego ja staram się unikać tego pojęcia prawda, wolę mówić o faktach.

Bo łatwiej mówić o kłamstwie niż o prawdzie, tak?

Fakty wydawały mi się zawsze jako istniejące obiektywnie, mające jakiś epistemologiczne zakorzenienie, ale żyjemy w epoce post prawdy i fakenewsa, trudno odróżnić co jest faktem, a co nie jest. W dodatku kiedy wybuchła pandemia to role aktorów, celebrytów przejęli politycy, bo byli jedynymi, którzy mieli nieskrępowany dostęp do mediów.

Ja myślę, że zawsze wypierali dlatego, że jak się zwróci uwagę w ogóle na to co się dzieje, jeżeli chodzi o pomoc kulturze, to nie tylko za tych rządów, ale generalnie zawsze było dość opłakanie, a dziś, jeśli cofniemy się do aktora w ogóle, to tego tworu pomiędzy artystą a nie artystą to wydaje mi się, że tutaj wizerunek aktora jest zupełnie zniszczony. Pozbawiony tajemnicy, elitarności, upowszechniony, a czasem wyszydzony. Nie chodzi o to, żebym tęsknił za elitarnością, ale co za tym idzie, funkcję aktora może przyjąć każdy, kto pojawi się w medium, w którym się występuje. Czy to będzie serial, czy to będzie film, czy teatr to już ten poziom aktor i nie-aktor jest bardzo zatarty. Jeżeli mamy dziewczynę, która zaistniała w programie rozrywkowym i po tym programie rozrywkowym kontynuowała swoją karierę w serialach i filmach, a teraz można ją zobaczyć w teatrze, to z aktorstwem może mieć to niewiele wspólnego. Przeważnie jest tak, że to odcinanie kuponów, pójście coraz dalej w kolejne media. Robiliśmy zresztą o tym ostatnie przedstawienie, „Pod niemieckimi łóżkami”, gdzie mieliśmy do czynienia z autorką książki o tym tytule, która zostaje wprzęgnięta w przemysł rozrywkowy i robi karierę najpierw jako gość show, celebrytka, potem gra u Wajdy, potem występuje w operze, potem przechodzi do programów rozrywkowych, na koniec już, jak całkowicie wyciśnięta cytryna, spada na ziemię.

Może wy sami pozwoliliście się z tego obedrzeć poprzez występowanie w tych wszystkich Tańcach z gwiazdami czy Twoja twarz brzmi znajomo.

Akurat ten przykład jest chybiony, dlatego że Twoja twarz brzmi znajomo jest bardzo aktorskim programem. Natomiast jacy my?

Aktorzy.

A kto to są aktorzy? Czym się charakteryzują jako grupa zawodowa?

Kończy szkoły aktorskie?

Niby tak.

Profesjonalnie potrafią zrzucić z siebie jedną osobowość i nałożyć drugą?

Piję do tego, że nie jesteśmy żadnym środowiskiem, jesteśmy zbieraniną owiec we mgle, którą można spokojnie kąsać, zrzucać, prowadzić w złe kierunki. Nie jesteśmy w żaden sposób zorganizowanym środowiskiem, przez to jesteśmy kompletnie bezradni i pod tym względem, kiedy patrzę na to co wymusza na nas ta sytuacja, czyli wolny rynek, brak jakiejkolwiek opieki, brak samoorganizowania, to ja już chyba nie chcę być aktorem w takim ujęciu. Ja wolę być człowiekiem, który robi swoje rzeczy, które są związane ze scenami i aktorstwem, ale bycie takim aktorem to nie za bardzo. Doświadczałem często takich sytuacji, gdzie to, co wyczyniali moi koledzy, było przeciwko środowisku, było psuciem rynku, było podkładaniem nogi, już na taką dość poważną skalę. Stąd też moja niewiara w to, że jesteśmy środowiskiem czy też branżą… Wierzę w branżę producencką.

Wydaje mi się, że to jest syndrom, który dotyka każdego środowiska, z dziennikarzami jest podobnie. Kiedy ostatni raz dziennikarze stanowili grupę zintegrowaną? W momencie kiedy ABW weszło Latkowskiemu zabrać laptopy. Ale czy dzisiaj by tak postąpili? Nie wiem. Środowisko artystyczne jest jednak tym, które idzie w awangardzie, wskazuje pewne wartości.

Ale jest zatomizowane, jest rozbite, jest pełne ludzi, którzy się podszywają pod artystów, to też psuje bardzo wizerunek. Nie ma żadnego rodzaju weryfikacji tego co jest nazywane sztuką, kulturą.

A to nie jest tak, że jeżeli ludzie przychodzą na wasz spektakl, to jest taka weryfikacja? To nie wystarcza?

Tak, to jest weryfikacja, dlatego frekwencja i ten odzew jest dla mnie bezpośrednią weryfikacją, natomiast to jest weryfikacja, która następuje na kilkunastu, kilkudziesięciu salach w Polsce, do których przychodzi kilkaset osób. Jeżeli to zliczymy razem to nawet jednego osiedla nie uzbieramy na Dolnym Śląsku. To nie ma takiej siły, aby rzeczywiście stanowiło, mogło poczynić jakieś zmiany. A propos dziennikarzy, chciałem też powiedzieć, że to jest podobna sytuacja, bo obserwuję od dłuższego czasu proces, który właściwie jest podobny do naszego. Dziennikarzy zastępują „pracownicy mediów”, tak to gdzieś zostało określone, prawdziwych dziennikarzy jest niewielu, niewielu ludzi jest przygotowanych do tego zawodu, niewielu ludzi potrafi go uprawiać często, jest to po prostu odgrywanie roli dziennikarza.

To akurat zmienił internet, bo dzisiaj każdy może być wydawcą.

I każdy może być aktorem. Są te paradoki, docusoap, słyszałem, że ci którzy tam grają nawet są po studiach aktorskich, są specjalnie reżyserowani tak, żeby grać jak najbardziej amatorsko, żeby to było jak najbardziej słabe, bo to się dobrze sprzedaje.

Zawsze tak było w kulturze, szła fala tandety, budziła sprzeciw, prowokowała zmianę. Może jesteśmy w momencie, w którym ta fala przeboju się odwróci.

Jak patrzę na swoje życie to ta fala cały czas idzie w dół, mogę nie dożyć tego podniesienia.

Ostatnio usłyszeliśmy o tym, że zmieniły się wytyczne co do tego jaki film może dostać Oscara, że musi tam być ktoś o odmiennym kolorze skóry, o odmiennej orientacji, ktoś prześladowany musi być obsadzony w głównej roli.

Kiedyś marzyłem o Oscarze, wierzyłem w Oscara, ta ostatnia informacja mnie dobiła całkowicie, a myślenie o tej nagrodzie minęło, nie wierzę w to.

Mi przyniosła nadzieję, bo ja myślę, że to jest ten moment, w którym ta fala zacznie powracać.

Może to jest ten moment, ale dopóki nie zobaczę, nie uwierzę. Natomiast to co poruszyłeś, a propos tej gloryfikacji na scenach, z mojego punktu widzenia, tą falą wzbierającą są te małe fale, które wywołujemy ruchem swoim własnym, w takich produkcjach jak ta nasza. Nie nadmieniam jej po raz kolejny po to tylko, żeby ją reklamować, ale po to, że jestem dumny z tego, że udało nam się stworzyć coś co jest całkowicie oderwane od wszelkich kanonów i sposobów uprawiania tej działalności.

Od wszelkiej administracji.

Również, co jest bardzo cenne.

Bo skoro się okazało, że o tym kto kieruje teatrem decyduje dzisiaj polityka albo koalicyjna albo opozycyjna, bo jeżeli opozycja podniesie zbyt duży szum to jednak się tego dyrektora tam zostawi. Czy teatr jednak ma jeszcze skrzydła, czy już tylko podcięte lotki?

To się już dawno temu stało, już w czasach jak byłem zatrudniony w Teatrze Słowackiego, również cała ta sytuacja polityczna odgrywała różną rolę. Marszałek mianował dyrektora teatru, a więc był to dyrektor marszałka, inny dyrektor był wojewody i tak dalej. Oni się ze sobą kłócili, a my staraliśmy się wykonywać swoją pracę w sztukach, które również były dobierane według jakiegoś klucza i to już działo się kiedyś. Nie widzę za bardzo różnicy, już dawno temu ta administracja bardzo mocno ingerowała.

Ale za komuny też tak było, a jednak sztuka żyła swoim życiem. Nie mówię, że artystom się dobrze żyło.

Może właśnie dlatego żyła własnym życiem, że miała tą konieczność organizowania się sama w podziemiu. I tutaj też widzę analogię, bo gdzieś wszyscy w zespole myślimy w podobny sposób, że musieliśmy zejść do podziemia, żeby robić swoje własne rzeczy niezależnie, bo w innym wypadku nawet uczestniczenie w produkcji czysto prywatnej, która robi sobie jakieś przedstawienie, przeważnie są to farsy, to też jest dalekie od niezależności. Tacy ludzie też są biznesmenami przede wszystkim, oni wręcz wywierają nacisk na aktorów, żeby to było tańsze, szybsze.

Czyli model Brodaway’u: jeżeli nie masz publiczności, nie grasz.

Ale jeżeli mamy sytuację Brodway’u, to mamy do czynienia z ludźmi, którzy są na Broadway zgłaszani z tak wielkiej selekcji, z tak wielkiego kraju, z tak dużymi tradycjami jeżeli chodzi o teatr, musical i film, że nie da się porównać nas. Nasz ryneczek jest malusieńki.

Bo trzeba jakoś tą publiczność sobie wychować. Youtuberzy to potrafią, a pisarze na przykład nie. Być może dlatego, że operują słowem, które jest jednak zbudowane z liter, to inny język niż filmiki.

Jest taki profil na Instagramie „Nawiasem mówiąc”. Zwróciłem na niego uwagę dlatego, że zamiast zdjęć, dominowały tam litery, czcionka maszyny do pisania i wtedy zauważyłem, że chodzi o wiersze. Ktoś pisze wiersze, pisze wiersze na Instagramie, dociera do ludzi przez niego. Jakąś cząstkę wydaje tam, myśli jak to ma wyglądać graficznie, jak z tym powiązać instastory, z czasem również pokazuje swój wizerunek.

Problem w tym, że pisarze próbują żyć z tego, co napiszą, to znaczy te litery sprzedać wydawcom. Dopóki książka jest produktem przemysłu wydawniczego, a nie dziełem sztuki to będzie jak będzie. Podobnie jest trochę z teatrem, ale jak jest z serialami? Jednak grasz w serialach od lat i znowu się kręci.

Odpowiem ci kontrpytaniem. Co myślisz o serialach?

Myślę, że ten moment epidemii skierował ten strumień świata, uwagi publiczności właśnie w kierunku seriali. Czy polskie seriale są dobre? Kilka na pewno jest świetnych.

Mamy dobre wzorce, jeżeli popatrzeć na to co od dawna robi HBO czy nawet Netflix, choć nie zawsze, to jednak serial przejął trochę scenę. Nawet seriale przejmują produkcje kinowe, seriale poszły do przodu, jeżeli będziemy szli tą drogą to bardzo dobrze. Wydaje mi się jednak, że nasz rynek jest ciągle zafiksowany na to co było kiedyś, na czasach Magdy M., w której też grałem, że ciągle opowiadamy o świecie, którego trochę nie ma, o świecie wyidealizowanym, czasami kompletnie otartym z psychologii.

Skąd tak wielkie mieszkania mają warszawiacy, którzy pracują jako kelnerzy?

I kiedy oni w ogóle pracują? Cały czas mają czas na kawę, spacer z psem i jogging, właściwie jedna scena jest w kancelarii. Graliśmy prawników, którzy w tej kancelarii bywają co jakiś czas, realia kompletnie się z tym mijały. O tym mówię, że jeszcze mamy ten deficyt, aczkolwiek powstają seriale premium, które też moim zdaniem trochę za mało się sprzedają, ale już idą w stronę tego lepszego serialu.

Poprzeczka jest dziś zawieszona dużo wyżej, więc jest nadzieja.

Seriale takie jak Magda M., Teraz albo nigdy czy Przyjaciółki na Polsacie, te seriale zawsze dają pewną szansę. Szansę na to, żeby stworzyć fajną opowieść, nawet jeśli ona będzie trochę wydumana, wyssana z palca, to jednak praca aktora polega na tym, żeby daną postać oddać jak najbardziej prawdziwie, nawet jeżeli scenariusz czasami przeszkadza. Moja praca w serialu głównie na tym polega, że staram się naprawić albo nie zepsuć tego, co mam. Rzadko, to chyba było tylko w Ranczo staram się doskoczyć do poziomu, który dostaje w tekście. Szekspira nie ma. Dominuje często, bez urazy, ale Zenek Martyniuk, czyli coś co jest łatwe i przystępne.

Tak, dlatego że specjaliści od sprzedaży wzięli się za formatowanie.

Znowu jesteśmy w tym samym miejscu, czyli prywatna inicjatywa i robienie biznesu bierze górę nad tym, czym jest cała ta zabawa w aktorstwo.

Ale z drugiej strony jest Lech Majewski, który wyjeżdża w 109 kopiach z filmem, który kompletnie jest niekomercyjny.

Zdarzają się cuda, zdarza się też cud, o którym jeszcze nic nie wiesz, ale się dowiesz. Od długiego czasu z moją partnerką, Tamarą Arciuch, marzyliśmy o tym, żeby razem pracować nie tylko w teatrze, żeby zrobić coś fajnego w filmie i nagle się zdarzyło, zrobiliśmy film, który był zrobiony w absolutnie covidowych warunkach, była czwórka aktorów, czwórka ekipy technicznej, reżyser i dwójka asystentów.

Kryminał?

Nie, to jest film, który opowiada o nas, to zabrzmi pretensjonalnie, ale opowiada o nas, o rzeczywistości, która teraz dotyka nas bardzo mocno, czyli o rzeczywistości podziału, tej szachownicy, którą widzisz, bieli i czerni, która jest nam wciskana jako nominujące kolory. Dwie pary spotykają się na weekend po to, żeby odnowić swoją znajomość po latach, po czym okazuje się, że nie mogą się ze sobą dogadać, bo jedni z nich bardzo odbili na prawo, drudzy bardzo mocno odbili na lewo i początkowo jest to bardzo zabawne, a z czasem przemienia się w dość ciekawy dramat psychologiczny.

Brzmi tak, że Polański chętnie by to reżyserował.

Nie, to reżyserował człowiek, który postanowił po latach robienia rzeczy komercyjnych pójść swoją własną drogą i wypowiadać się całkowicie niezależnie, bo on to wyprodukował, napisał, wyreżyserował, czyli Piotr Wereśniak.

Czyli to, że powiedziałem, że kryminał to nie jest tak dalekie od prawdy.

Tak, oczywiście robił i kryminały, i komedie romantyczne.

Czyli suspens będzie? Ale nie powiesz mi czy na końcu się zabijają czy nie?

Nie, nie powiem, ale fakt, że powstają takie rzeczy, ja strasznie to lubię jak ktoś robi coś na wariackich papierach, w co wierzy niezależnie, za swoje własne pieniądze, bo każdy pieniądz uzyskany z zewnątrz powoduje zmniejszenie niezależności. Mam nadzieję, że tak będzie, bo uważam, że trzeba łączyć podejście komercyjne z podejściem czysto artystycznym. To są realia. Zrobienie czegoś, co jest całkowicie oderwane od rzeczywistości rynkowej skazuje na formę niebytu, więc wydaje mi się, że dobrze jest żenić te dwie rzeczy. Myślę, że gdyby zastanowić się nad taką optymistyczną pointą to całe to narzekanie jest zbieraniem energii na skok do przodu, każdy kryzys wywołuje ewolucje i nawet jeżeli w tej chwili jest bardzo źle to w którymś momencie dotkniemy dna, od którego się łatwo odbić, tak jak nam się udało z Telewizja kłamie, tak samo myślę, że powstaną kolejne projekty.

Zrobiliście w zamknięciu film. Czego można było się spodziewać więcej?

To było fantastyczne, było spełnianiem marzeń, nawet w tej ciężkiej rzeczywistości można spełniać marzenia.

Rozumiem dlaczego planszówki zostały na stole.

Zostały dlatego też, że okazało się, że dzieci wybrały ogród, a nie dom.

Bardzo dziękuję.

Dziękuję.

 

foto.: Karolina Nowaczyk

 

Reklama