Skup się

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Szukając tematu do pisania, człowiek zbyt mocno się zagłębia lub tylko prędko przebiega po płyciznach umysłu stwierdzając, że każdy napotkany wątek to w gruncie rzeczy pretensjonalne gówno. Wiersz przychodzi niemal łatwo – rozglądasz się nieco i niezależnie od humoru, po najwyżej paru późniejszych poprawkach otrzymujesz coś, co ma już jakąś wartość. Ale czysta proza lub załóżmy to, co nazwać można felietonem, wymaga od ciebie innego rodzaju skupienia, choćby tego potrzebnego do wysiedzenia na miejscu dłuższą chwilę.

Staroć, książka o wpływie internetu na prawą i lewą półkulę, nie wiem, może poprowadzona dobrze, może źle, nastraszyła mnie nieco, choć to zapewne wstyd przyznawać się do tego. Skoro ludzie – co zupełnie naturalne – wraz z upływem czasu traktują to medium jako większy i większy zamiennik ich własnej pamięci, oznacza to chyba, że bez wsparcia któregoś z urządzeń będzie im coraz trudniej wyciągnąć z własnej głowy coś wyjątkowego.


Reklama

Ciągnie mnie, by stale coś sprawdzać – najchętniej uciekłbym z telefonem do łóżka, a potem, błogo odmóżdżony, zasnął. Zauważam, że świadomość często boli, a to chyba znak, że dobrze bym się odnalazł w jakimś koszmarnym uzależnieniu. Gdy rano mam już dość snów, szybkim krokiem podchodzę zobaczyć, czy nic się nie wydarzyło. Przyzwyczaiłem się do czekania na coś, na cokolwiek, do śledzenia jednej bądź kilku spraw naraz. Gdy naokoło nastaje totalna pustka, jak bohaterka poprzedniego tekstu zerkam na konto, choć według mojej najlepszej wiedzy od ostatniego razu nic złego, czy też dobrego nie mogło się tam wydarzyć.

To wygląda tak: dostajesz temat i musisz coś napisać, od 2500 do 3500 znaków, może trochę więcej. Nazywa się to artykułem, da się to zrobić w półtorej godziny, lecz jeśli wyszukiwanie nie da ci zbyt wiele podpowiedzi, wszystko potrwa dwa razy tyle. 45, 50, 60 złotych na czysto. Potem: ktoś czegoś szuka i, o ile podobnych tekstów jest odpowiednio dużo, być może natrafi on na stronę, do jakiej linkowałeś. Piszesz wstępniak, dzielisz całość na akapity, czasem wprowadzasz wypowiedź eksperta, którym jesteś ty sam. Kończąc wybierasz sobie zgrabny fragment i dopisujesz: „jak powiedział nam specjalista z firmy…”. Tworzysz metadane, pamiętając o należytej długości i o tym, by nie kopiowały słowo w słowo samego tytułu. Sprawdzasz, wytłuszczasz niektóre zbitki wyrazów, liczbę znaków przenosisz do arkusza. Robisz to samo z kolejnym, ale nie radzisz już sobie z jeszcze następnym, jesteś dziwnie zmęczony, choć ilości czasu, jakie poświęcasz nie są przecież duże (więcej tracisz jedząc i chodząc do kibla), jesteś biedny, użalasz się nad sobą, nie wiesz jak nazwać to, co robisz, nie wiesz jak przedstawiać się nowopoznanym ludziom, nie jest źle, kiedyś nie przyciągałeś żadnej pracy, lecz mimo to normą staje się poczucie odrazy do samego siebie.

Chyba nie dasz rady robić tego w kawiarniach, to, jak mówią, praca głęboka, musisz się odciąć od żywych i umarłych. Nie stać cię na to, po jednym nawet espresso z dodatkiem lub bez jesteś zresztą zbyt pobudzony. Starasz się budować wielkie sentencje, między dwoma kropkami wstawiasz pełno upiększających wyrazów, wszystko dla kilkunastu groszy więcej.

W zeszłym roku, chociaż absolutnie nie wynikało to z obliczeń, starczyło nam pieniędzy. Mamy trochę szczęśliwych zdjęć, trzaśniętych między kłótniami o każdą część skomplikowanej rzeczywistości. A krzyczało się donośnie, wyciągało noże z szuflad, zatrzaskiwało w łazience z popsutym piecem, albo dla odmiany uciekało z domu na spacer po mrozie, w ciemnicy, o pierwszej, drugiej godzinie. Pamiętam jak kilka miesięcy wcześniej, siedząc sam w domu przez wiele dni z rzędu i zastanawiając się, dlaczego ludzie wariują będąc razem, zdarzało mi się płakać na wspomnienie tego, co żyjący do teraz ojciec wyprawiał w obecności pochowanej pięć lat temu matki.

Mówiłem, jak trzeba uważać, by pewnego razu zbytnio się nie unieść. Teraz wróciłem pamięcią do naszych pierwszych przykrych przypadków w czerwcu, sierpniu, wrześniu. Na każdym mieszkaniu, a przenosiliśmy się kilka razy, wprowadzałem zupełny brak akceptacji jakichkolwiek odchyleń od wymarzonej normy, bezczeszcząc szybko nasz nowy dom. Choć nie zdarza się to już często – mniej mamy obecnie do cna wyniszczających nas problemów – to właściwie każdego dnia, gdy tylko zrobi się nieco ciszej zastanawiam się, dlaczego jestem aż takim gnojem. Pytam swoje pokraczne, odbicie dlaczego się nie rozwijam, nie publikuję w zamian za duże sumy w pismach o księżycowym zasięgu, nie jeżdżę muskowym samochodem, nie jestem uzależniony od tatuaży, nie mieszkam choćby na pięćdziesięciu metrach, nie mam dziecka, które wygrywa matematyczne konkursy i zakłada technologiczny startup? Dlaczego źle traktuję siebie i innych – tych których znam i tych, których nawet nie widzę, pozamykanych w blokach?

Piszę i stale coś próbuje mnie odciągnąć – odłożona na kanapę książka, myśl o kolacji, sam wielki internet. Robiąc notatki na boku, ręcznie, chcę tak bardzo się pospieszyć, że wykrzywiam nadmiernie litery, tak, że nie są już podobne do niczego. Znów muszę improwizować.

Zmieniłem się, nie słucham muzyki, według dawnych norm wstaję trzy godziny spóźniony, nie troszczę się o dziewczynę, która może uciec do innej dziewczyny. Pan Patryk przeżył coś takiego. Stało się, a on dostał jeszcze raka, a gdy jego matka – tak jak wszystkie matki – umrze, zwyczajnie się powiesi, nie wykazując już odpowiedniej zdolności do płacenia długów, mając zbyt lichy dochód po piętnastu – już szesnastu – latach pracy u szwedzkiego giganta meblowego, stop.

Ale wróćmy do początku. Może na przestrzeni tego, co Anywhere.pl oznaczy jako felieton znalazłem jakiś temat, może nie, ale teraz mam się odrobinę lepiej, a dopóki coś pomaga to…

Reklama