Groza na dzielni

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Igor Jarek zna życie. Jest poetą, żadnej pracy się nie boi, a nawet przez rok fedrował w kopalni. Razem z żoną po ASP tworzą świetne komiksy. Nie ma parcia na szkło, nie zbija piątek z literackimi blogerami i nie wrzuca selfików z naczelnymi krytykami kraju. Pisze, bo chce, a do tego ma jeszcze coś do powiedzenia. Wydawnictwo Nisza znane z odnajdywania autentycznych pereł prozatorskich i poetyckich wydało właśnie jego zbiór opowiadań „Halny”. To wystarczająco dużo argumentów, żeby po zbiór sięgnąć.

Trochę tu literatury łotrzykowskiej, sporo kurzu prosto z blokowisk, mnóstwo nieparlamentarnego języka i bezsilnego wścieku na podłą rzeczywistość. Strzeżcie się, miłośnicy frazy czystej, krystalicznej i bluzgiem nieskalanej – Jarek dowiezie Wam w opór nowohuckiego miejskiego slangu. Nie doświadczycie tu domorosłych rozważań filozoficznych. Zadrży Wam jednak serce w trakcie wiania przed policją albo uników przed hersztami narkotykowej bandy. Na dzielni raczej nie draśnie Was melancholia zachodu słońca – prędzej powiew wygazowanego piwa, posmród pojary i swąd strachu o dziś – bo kto by tam o jutrze myślał, jak ratować się trzeba tu, teraz, niezwłocznie.

Powiedzieć o bohaterach opowiadań Igora Jarka, że mają w życiu pod górę – to nic nie powiedzieć. Są beznadziejnym wyzwaniem dla tuzów resocjalizacji. Po nowohucku: życie traktuje ich jak z „gówna ulepionych”: nieustannie im „lepy na bęben sprzedaje”. Bohaterowie mają za sobą kryminalną przeszłość, problemy z alkoholem, zdrowiem, powikłanym dzieciństwem albo są uwikłani w układ z miejscową dzielnicową mafią. Trudnią się dilerką, grą na małomiasteczkowych festiwalach, sprzątaniem cudzych mieszkań albo realizacją zleceń, które dadzą im chleb, koks i ciepłe piwo do szluga. Nie mają złudzeń co do siebie: „nie powiem, zawsze byłem zdrowym popierdolem, należącym do licznie rozsianej po całym kraju rodziny ochujałych psycholi produkowanym na masową skalę przez zakłady karne”. Alkoholowy los albo recydywa nie do końca są wynikiem ich wyborów. Raczej los ich naznaczył na zawsze. Dlatego stanowią wyśmienitą obsadę sztuki, którą w średniowieczu zwano moralitetem, a Igor Jarek dalekie echo tego gatunku przywołuje i dokrawa do współczesnych realiów okrutnej nowohuckiej dzielnicy. Niechże nie odrzuca Czytelnika to porównanie – nie będzie tu żadnego moralizowania, biblijnych przypowieści o dobru ani prawym życiu (tu na uspokojenie cytat: „w naszym fachu się nie stresować to jak być księdzem i nie ruchać małych dzieci”). Będzie za to małopolska, wyparta rzeczywistość w pełnej krasie. Tak bardzo pełnej, że może nawet lepiej byłoby jej nie znać. Jakże daleko nowohuckim jestestwom do zblatowanych współczesnych bohaterów literatury środka, przedstawicielom pokolenia wyżu depresyjnego, których ból istnienia oscyluje wokół nośnego brandingu, zbitej szybki ajfona albo utyskiwań na jakość polskiego przekazu reklamowego.

Nad Sandrą, Pawłem, frontmanem zespołu Torreadorzy czy Bartkiem zwanym pogardliwie Bursztynkiem wisi jakieś przeklęte fatum. Kiedy już-już wydaje się, że ich los ma szansę choć na chwilę się odmienić, choć na sekundę im ulżyć, dostają od życia cios prosto w splot słoneczny. Niespodziewanie, niesprawiedliwie, jakby scenariusz ich życia był z góry zaplanowany na katastrofę. Los nimi pomiata jak halny śmieciami po Plantach. Bez względu na to, jaką decyzję podejmą, ile energii włożą w wykonanie zadania, jak sprawnie obmyślą plan ucieczki albo ratunku – wcześniej czy później coś się nie uda. Nieszczęście zawsze uderzy z półobrotu. Przy tym – gdyby nie czujność Igora Jarka, historie bohaterów znikłyby wśród tysiąca innych, uprzywilejowanych i przez mainstream błogosławionych.

Karty opowiadań Jarka zasiedlają ludzie bez właściwości, z marzeniami wielkości orzeszka, idealizmem skrojonym na miarę tego, co w ich zasięgu. Nie marzą o szybkich furach, piętnastoletnia fiesta w zupełności wystarczy. A skoro w kryminale udało się skończyć kurs rytmiki – to może jakieś zajęcia wczesnoszkolne, żeby na tani wynajem wystarczyło. No i może mieszkanie dla brejdaka, co mu osiemnastka stuknęła, żeby jeszcze na tort było i wykurwiste świeczki od Ruskich, a potem na karnet na siłkę, żeby bratankowi pokazać, jak się po tartanie hyca. I spokój, święty spokój – z dala od goniących psów, zamówień na towar, gróźb, poniżenia.

Bohaterowie Jarka krzywdę, ból i strach przed bliskością skrzętnie skrywają pod kapturem bluzy, chronią za ścianą z bluzgów i groźnym spojrzeniem łachudry z dzielni. Wewnętrznie to ludzie z głęboką blizną, której tkanka twardnieje z dala od autentycznych bliskich relacji, zaufania i bezpieczeństwa.

Imion niektórych z nich w ogóle nie poznajemy (jak w opowiadaniu „Królowa”). Za to wyraziście nad nimi górują miejscowe zbiry o ujmujących ksywach w stylu Łopata, Zibi, Kaban czy Dżafar. Bohaterami Jarka łatwo manipulować, łatwo ich używać, łatwo na nich zrywa zrobić. Każdy z nich ma jakiś osobowościowy defekt: dzieciństwo w bidulu, przegwizdane relacje z rodzicami, skrzętnie skrywaną traumę, która wybija gejzerem strachu w najmniej odpowiednim momencie. Królowie dzielnicy zdają się doskonale wyczuwać swąd strachu ofiar z daleka i przystępują do ataku. Słabsi od nich, uwikłani, użyci, zdegradowani – nie mają szans stać się architektami własnej przyszłości, bo nawet teraźniejszość wyliczona przez szefów siatki co do minuty.

Bohaterowie Jarka nie są ludźmi z gruntu złymi, a w każdym razie usilnie starają się nimi nie być. W rękach dzielnicowych oprawców stają się jednak bezwolnymi narzędziami, prowadzą nierówny bój z losem o zachowanie resztek sprawczości. Ich przegniła przeszłość zdaje się jednak być stygmatem na stałe, bynajmniej nie dodającym im świętości, a naznaczającym nieodwracalnie, na zawsze. Tak, jakby jeden z błąd z przeszłości, przeoczenie, chwila słabości czy szalona przejażdżka po pijaku z góry przekreślały powodzenie wszelkich późniejszych przedsięwzięć. Jakby skazywały ich na karę wieczną, bez odroczenia, bez prawa łaski, bez przedawnienia. Bohaterowie Jarka im bardziej starają się wyjść na prostą, na swoje, złapać azymut, tym bardziej świat/los/otoczenie zdają się zwierać szeregi, żeby jeszcze bardziej ich plany pokrzyżować. Rozpaczliwe to starania, a jednak w trakcie lektury nie odczuwamy wewnętrznego poczucia niesmaku. Co prawda pełne emfazy słowo „godność” średnio tu pasuje, ale właśnie o nią walczą wszyscy ci, których autor powołał do życia.
Jarek nie pompuje nieszczęścia – raczej je relacjonuje słowami swoich bohaterów w czasie rzeczywistym. Dlatego, czy nam się to podoba, czy nie, w pewnym momencie zaczynamy z nimi współodczuwać. A nawet ich lubić – bo zindywidualizowany język nas do nich zbliża.

Paweł z opowiadania „Halny” na przykład przejawia poważne ciągoty erudycyjne: przywołuje skojarzenia z kanonem filmowym, stara się inkrustować język bardziej wyrafinowanym słownictwem (w rezultacie powstają językowe koszmarki, ale metaforycznie doskonale oddają beznadziejne starania bohaterów o uzyskanie lepszego życiowego statusu czy próbę poczucia kontroli i możliwości samostanowienia). Bohaterowie mają też tendencję do tworzenia oryginalnych bon motów na miarę swoich możliwości, wrażliwości i ogłady: „dopalając szluga, myślę se: życie to jednak jest jak para sznurówek, co, kurna, za żadne skarby świata nie idzie ich rozwiązać. Trzeba, kurna, poczekać, aż sparcieją i same trochę zluzują”. Sandra z kolei konstatuje krótko: „Angole wyglądają jak świnie, które nauczyły się mówić tylko po to, żeby bekać w pół zdania”.

Każdy z bohaterów, walcząc z niewidzialną siłą fatalną, która pcha ich na sam skraj życiowej i kryminalnej przepaści, wykazuje jakąś skłonność do nostalgii. Mimo zanurzenia w gęstym kilimie bluzgów, bohaterowie nie wypierają się tego, że w życiu niczego więcej nie cenią prócz życia, choć to nieustannie macha nad nimi ostrzegawczo hanajem, a nieraz ostro po łydkach zetnie. Umierająca na glejaka wielopostaciowego Sandra, która jedzie autokarem z Anglii do Polski, mówi:

„Idziemy z laską na oddaloną o kilkadziesiąt metrów ławkę. Chce mi pomóc, ale mówię jej, że już mi lepiej. Cień, jaki rzuca na asfalt, jest trzy razy większy od mojego i…

… trzy razy ciemniejszy.

Siadamy se. Niby grudzień, a zero śniegu. Mam nadzieję, że u nas trochę spadnie.

Fajnie by było jeszcze zobaczyć śnieg. Ulepić bałwana, zrobić aniołka. Albo chociaż siedząc przy oknie, patrzeć, jak dziadek mróz i babcia zamieć spuszczają wpierdol bezdomnym mętom.”

Igor Jarek spójnie i wciągająco opowiada. Nie potrzeba zaplecza mafijnego ani narkotykowego, żeby jego opowieść zatrzymywała uwagę. Jeśli lubią Państwo erudycyjne opowieści i filozoficzne rozważania przeplatane mało oryginalnymi obserwacjami kapitalistycznego świata – proszę sobie Jarka odpuścić. Jest tu nowohuckie życie i tylko życie. Gradacja emocji, zwroty czasowe, gibkie salta w świecie przedstawionym – „Halny” Igora Jarka to sprawny technicznie debiut. Już „Kolęda” złożona z trzech doskonale skomponowanych opowiadań mówi dużo o technicznej sprawności Jarka. Trójgłos bohaterów jest spójny i harmonijny. Być może to nadużycie, ale konstrukcja budzi skojarzenia z triadą harmoniczną, przy czym Jarek konstruuje pełny akord w skali zdecydowanie minorowej. To nie jest zbiór, którego lektura poprawi nam samopoczucie, zbuduje morale czy podpompuje ego. Ale otworzy oczy na to, co dotąd istniało głównie podziemnie, w reportażach czy ulotnych notatkach prasy lokalnej. Igor Jarek ma również dobry słuch literacki – sprawnie nasyca język bohaterów nowohuckim idiolektem albo doprawia angielszczyzną prosto z pracujących Wysp. Myślę, że Igor Jarek dogadałby się świetnie z Marcinem Kołodziejczykiem, bo słuchowców w naszej literaturze mamy kilku wybitnych.

Podczas lektury zbioru nie mogłam się oprzeć skojarzeniu z filmem „Wiatr” Michała Bielawskiego – mimo że obaj panowie obrazują zupełnie inaczej. W zjawisku wiatru halnego jest coś metafizycznego i niepojętego. Halny odbiera rozum, podpala samobójców, wzmacnia siły piekielne, dokłada złu do pieca. ”Ten atmosferyczny chów wsobny, co się zwie halny, wpada mi na maskę i zaczyna na niej tańczyć kazaczoka” – mówi jeden z bohaterów opowiadania Jarka. Halny degraduje, miesza myśli, zakrzywia rzeczywistość, plącze czas. Działa tylko w sobie znanych rejestrach, a jest tak niepojętym zjawiskiem, tak bezbrzeżnym i odrębnym w swojej samotności, że nie sposób nie dokonywać jego antropomorfizacji i szukać punktów wspólnych. Czy to nie powszechna praktyka wśród tych, co wykluczeni, a wciąż naturalnie do stada ciągnący?
Bielawski w swoim filmie dokumentuje, ale jego oko ciąży ku konstrukcji obrazów poetyckich, hipnotyzujących niepokojem. Jarek w tytułowym opowiadaniu zjawisko halnego traktuje jak na poetę przystało: antropomorfizuje go, próbuje ubierać w metafory. Paweł, bohater tytułowego opowiadania, nawet współodczuwa z ciepłym wiatrem, co ma czasem dość swojej samotności i schodzi z gór do ludzi. Jedyne, co się wiatrowi udaje, to uczynienie nieporządku w dotychczasowym chaosie. Bohaterowie Jarka w metaforę halnego próbują się przyodziać bezskutecznie, choć na chwilę do wyklętego jak oni wiatru się przytulić. Ten nagle zmienia kierunek i siłę podmuchu. Jak los, który niespodziewanie życiem szarpnie w najmniej spodziewanym momencie.

Świeże, niepodrasowane spojrzenie, do nikogo umizgów nie czyni. Kibicuję Ci, Chopie. Pisz. Będę czytać.
A Państwu polecam.

 

Igor Jarek, „Halny”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2020.

Reklama